Tagi

plakat impra1.jpg
https://www.facebook.com/events/1377129182550358/?source=1

Mister F. – relację z eventu dedykuję Tobie, bo będzie krótko i konkretnie 🙂
Przynajmniej będę się starać 😉

Generalnie to nie spodziewałam się szampańskiej zabawy – dzień po potwornie bolesnych, na dodatek nieudanych badaniach, mocno osłabiona, obolała i w nastroju takim se, jak się łatwo domyślić.
Ale gdzie tam 🙂
Już w trakcie przygotowań do wyjścia, kiedy stanęłam twarzą w twarz z czarną czeluścią mojej ogromnej szafy, gdy rozpoczęła się emocjonująca procedura wyciągania wieszaków na zewnątrz, układania na kupki – co pasuje do czego, czego dawno nie miałam na sobie albo wręcz „o rany, ja mam taką bluzkę? zupełnie o niej zapomniałam :)!!!” i surowa analiza zawartości szkatułek z biżuterią….
Kiedy już, wyśliczniona na maxa, stanęłam naprzeciw lustra w przedpokoju – rzuciłam okiem i nabrałam przekonania, że będzie dobrze.
I ochota na szampańską zabawę zjawiła się od razu 🙂

A wzmocniła się po radosnym przywitaniu ze Scarlett, Erzulią, kochanymi Didżejkami – Królowymi wieczoru, Tillem i całym licznym Towarzystwem.
Przy barze nastąpiło rytualne, słodkie powitanie z Kocią Mamą, jeju, może to nic – ale mnie osłabiają i wzruszają takie drobne świadectwa sympatii.
I dowód, że „kierownictwo” Cię rozpoznaje, oczywiście 😉
Ze względu na stan moich sił wieczór upłynął raczej pod znakiem pogaduch, dyskusji i wygłupów ze znajomymi – niż parkietowych wygibasów.
Oczywiście – musiałam ulec mocy i charakterowi brzmień, dobiegających z didżejki… tych wszystkich „zimnofalowych, punkowych ale i onirycznych, eightisowych i tanecznych, gitarowych ale i syntezatorowych, mrocznych ale i wesołych… polskich i zagramanicznych”.
Oczywiście – poleciałam na parkiet, kiedy rozległy się pierwsze dźwięki Deine Lakaien (tu zresztą anegdotka: siedzimy z Eleną, ona w nastroju melancholijno-maarzycielskim, czyli zatańczyłabym, ale tylko, jak usłyszę coś co kocham, ja na to „ok, to ja Ci to załatwię” i imituję wewnętrzną koncentrację z przesyłaniem mistycznych mocy w kierunku didżejki, muzyka przycicha, zaraz zacznie się następny numer, ja wykonuję ruch dłońmi, coś na kształt „voilà” iluzjonisty, nie mając rzecz jasna ani pojęcia, ani najmniejszego wpływu na to, co usłyszymy….
no i słyszymy to Deine Lakaien, ogólny opad szczęk, haha, ma się tę moc – i Elenka też biegnie ze mną szaleć na parkiecie 😉
I wzruszałam się na Siostrzyczkach, na Fieldsach (takiej ilości królów gotyku to jeszcze w KocieKarola chyba nikt nie słyszał), na Bauhausie, Joy Division… poskakałam sobie do Billy Idola… pogibałam się sexownie do „Woodoo” Godsmacka (?), a przy tym szaleństwo opanowało calutki dansflor:

Powzruszałam się przy „Violet” Klostera i pośpiewałam z paroma innymi odważnymi w chórze, jednak nasze głosy nie zabrzmiały tak mocno, jak w przypadku kilku siostrzyczkowych zdaje się numerów, które zawzięcie wyśpiewywał pewien tajemniczy angol (?) w garniaku… nawet zagadałam do tańczącej obok dziewczyny, że było się lepiej przygotować i poduczyć tekstów, a tak to zero lansu…
do tego lansu natomiast nie musiał się przygotowywać Paweł Scarlett i wtórował dzielnie tajemniczemu panu z drugiej strony parkietu…
A co do Pawła – szalenie zaimponował mi chwilę wcześniej rozbrajającą i uroczą scenką pt „jak zatrzymać na parkiecie swoją dziewczynę, która chciałaby wracać do domu” i zaprezentował się w niej jako subtelny i równocześnie wytworny romantyk 🙂
Przy okazji przypomniał mi też o książce „Beksińscy, portret podwójny” – czy o niej wiem, że już kupił i że chętnie pożyczy, jak tylko skończy czytać.
Rany, dzięki wielkie, ale tę książkę MUSZĘ mieć na własność, jak wszystko, co tylko się ukazało w temacie Tomka i jego ojca, z wycinkami z gazet włącznie.
Na parkiecie spotkałam też pamiętaną z Pixela Dziewczynę z Białym Welonem – czyli, jak się okazało – Matyldę. Jej stylówa była tym razem tak diametralnie inna, że udało mi się ją rozpoznać jedynie po … wyszukanym tanecznym stylu, po specyfice baletowych ruchów i gestów – podziwianych już na styczniowym DR-ze.
A skoro o podziwie – jak zwykle chwalono Mój Cudowny Gotycki Płaszcz Uszyty z Męskiego Szlafroka z Lumpexu… ale także bluzkę z beżową różą (tak, wybaczam Ci Michał vel Deith, że Tobie ta „sukienka” skojarzyła się z podomką ze względu na kopertowy dekolt), ufff … czas spędzony przed szafą nie okazał się stracony 😉
Ale, ale, właśnie – pogaduchy.
Z Ralfem o karaoke i knajpianych zwyczajach… z K.G. – o jego doświadczeniach koncertowych, ze szczególnym uwzględnieniem Fieldsów, rany, widzieć ich w akcji aż paręnaście razy – to jest coś, niezależnie nawet o ogólnej oceny występu.
Z Tillem – o ciasteczkach, bo ja przyniosłam pierniczki w czekoladzie – a on zupełnie inne 😉
I o jego włosach, matko, ależ zatęskniłam za widokiem jego rozwianej fryzury zajmującej przy wymachu połowę dansflora.
Temat kibelkowy, wieczny i obowiązkowy 😉
Przyznam, iż sobotnia impreza zmusiła mnie do przedefiniowania określenia „zabytek klasy zero”.
Takim właśnie zabytkiem powoli staje się bowiem, jak sądzę, zaciemniona kabinka w ubikacji damskiej, tej z lustrem i wodą w gustownej umywalce, każdorazowo oblewającej użytkownika ostrym sikiem, szczególnie kiedy ten użytkownik ma nieuleczalną sklerozę i niepomny poprzednich doświadczeń naciska ten cały dinks z normalną, średnią siłą – a nie na 1/100 mocy 😉
A na wyciemnionej klimatycznie kabince widnieje historyczny już napis „Awaria” , historyczny – bo wiszący tam od zeszłego roku bodajże… do miana antyku czy innej kopaliny pretenduje zapewne też artystyczna instalacja, wykonana przy pomocy porcelanowej muszli i taśmy klejącej w kolorze brudnego brązu, wielokrotnie owijającej tę muszlę, razem z pokrywą.
Dzieło owe, choć z racji długiego czasu ekspozycji może być uznane za pomnik kultury – ma kształt na wskroś nowoczesny.
Taśma, ciekawie kontrastując z bielą porcelany tworzy na niej tajemnicze esy-floresy, nieco dadaistyczne, a w tym nastrojowym wyciemnieniu nabierające mrocznych cech, z pogranicza jawy, snu, fantazji i halucynacji.
Ogromnie cieszymy się, iż kierownictwo klubu, w najlepiej pojętym interesie imprezowiczów i użytkowników klubu, dba o ich doznania artystyczne, o ich wszechstronny rozwój, a szczególnie ich wrażliwości na piękno – poprzez kontakt ze sztuką wysoką, to doprawdy cenne i wzruszające.
Jednak, jak wiadomo, ludzie prości nie zawsze są skłonni docenić takie starania, a ich bunt przybiera czasem zaskakujące formy.
W sobotę, jakiś anonimowy imprezowicz postanowił oprotestować owo dzieło przeciwstawiając mu własną kreację, w zbliżonej, choć nieco kontrowersyjnej poetyce.
I tak oto, w kabince sąsiedniej, umieścił własną, jak sądzę, kupę, która zaklinowała się na amen w rurze odpływowej muszli.
Nie wiem, jak dokonał owej sztuki ten niezidentyfikowany artysta – zrobił to jednak na tyle skutecznie, że przez jakieś 2 godziny owa kupa, tkwiąc nieruchomo na dnie, nieczuła na kolejne spuszczenia wody – nie schodziła z ust… w sensie – wszyscy o niej rozmawiali.
Przyznaję, była to równie ciekawą kompozycja, zarówno pod względem kontrastów kolorystycznych, jak i kształtów, tudzież krzywizn… jednak niestety, jej twórca nie przyłożył się odpowiednio do zapewnienia swojemu dziełu odpowiedniej trwałości i gdzieś przed trzecią rano zniknęło ono w czeluściach kanalizacji, bezpowrotnie, co wyznaję z żalem.
Kontemplacja sztuki we wszystkich wymienionych wyżej wcieleniach nie przeszkodziła, rzecz jasna, zwyczajowym kibelkowym dysputom.
Mnie, z racji wieku, doświadczenia i niesłabnącego zainteresowania płcią przeciwną przypadł w udziale temat związków męsko-damskich, naszych oczekiwań, niekoniecznie tożsamych u obojga partnerów, nieporozumień w tym względzie i niebezpieczeństw… i taką to właśnie zażartą dyskusję, przerywaną jedynie przez:

– eeee… ta kabinka jest wolna? czekacie w kolejce?
– taaa, wolna wolna, nie czekamy, my tu jedynie o facetach sobie dyskutujemy…

zakończyło nagłe i niespodziewane wtargnięcie do kibelka…. Lukierka Mojego Kochanego – z towarzyszącym jej Lemurem.
Musiałam mieć oczy jak pięciozłotówki, kiedy zobaczyłam ich oboje w drzwiach toalety – wiedziałam, że Kasiulek bawi się tego dnia na imprezie urodzinowej w Jazzie, więc skąd tu…?
No i prawie popłakałam się, poruszona serdecznym i tkliwym wyznaniem, jak to Moja Była Żona, wyszedłszy z JazzRocka dla przewietrzenia się – uznała za stosowne i nawet konieczne przetruchtać przez Rynek i odnaleźć mnie w Kocie – coby dopytać o stan mojego zdrowia, w kontekście piątkowej wizyty w klinice.
Cierpliwie i metodycznie przeczesała wszystkie sale, bary i dansflor, przyjrzała się siedzącym przy stolikach – aż wreszcie, całkiem słusznie, zaczęła przeczesywać wuceciki.
O matko.
Teraz to już muszę się z Tobą ożenić, Lukier.

Jeju, miało być krótko a wyszło – jak zwykle 😛

PS.
Michał, słoneczko Ty moje gotyckie, dzięki za odwózkę pod dom 🙂
A fotki dodam, jak do mnie dotrą.