Tagi


Zgodnie z umową, którą zawarłam z Frontem – nie będzie żadnej relacji, a jedynie jej streszczenie, ponieważ moje opisy imprez są zbyt długie i podobno niektórzy biedacy po przebrnięciu przez kilka linijek wstępu tracą ochotę/cierpliwość, aby doczytać resztę.
Tak więc, Mister F. – speszyl for ju
😀

Zacznę od muzycznej zawartości setów:
REWELKA.
Nie było Lacrimosy – ale zamiast otrzymaliśmy fantastyczną porcję dźwięków do skakania i przytulania się.
Lakers postawił na akcenty Walentynkowe i zapuścił sztandarowo-romantyczne 13tki z „Elizabeth” oraz równie kultowe i jeszcze bardziej romantyczne „Czerwone krzaki” Miliona Bułgarów

Master Craftsman ponownie zachwycił absolutnie genialnym kawałkiem Das Moon „Black Flag”

Muszę też bardzo cieplutko pochwalić debiutującą za didżejką Kasię T. z klimatyczne.pl – jej set dostarczył wiele radości i powodów do szalonych wygibasów na parkiecie.
Podsumowując: generalnie było i zimnofalowo, i punkowo, i gotycko, czyli jak najbardziej OK, a mnie osobiście ucieszył Otto Dix swoją muzyczną obecnością. Poza tym Bauhaus, Tiamat, Joy Division, Filce z „Moonchild”, Wolfsheim i Siostrzyczki z „No time to cry”, Billy Idol z „Rebel Yell”, DoD-y w kilku odsłonach, nieoceniony Deith podpowiada, że „Soul Stripper” było na bank….
I jeszcze w kwestii tego przytulania – podczas jednego z setów moc walentynkowego przesłania tak dogłębnie podziałała na tańczących, że pewna para, po szalonych wywijasach parkietowych, podczas których tancerka w locie zahaczyła cieniusim obcasem o moją łydkę, ałaa – owa para przeszła do parteru… to co robili nazwałabym udanym imitowaniem kopulacji, bardzo udanym, niektórzy chyba dali się nabrać 😉 W każdym razie, kiedy zmachani podnieśli się z parkietu – dostali gromkie brawa 😉
Walentynkowe akcenty pojawiły się też przy małym barze, w wejściowej sali, tu w wersji bardziej gender jakby, co nie znaczy że z mniejszą mocą czy ekspresją 😉
A co do akrobacji wszelkich, tu wtrącę, iż z głębokim podziwem obserwowałam nowatorską i niezwykle widowiskową metodę Pandory, którą pozwoliłam sobie nazwać „jak wdrapać się na didżejkę ze skrępowanymi nogami” . Nasza Kochana Pandora co prawda nóg związanych nie miała, ale niesamowicie wąską spódniczkę, co na jedno wychodzi.
Nie wiem, czy owa technika została wykombinowana na gorąco, czy nasza akrobatka ćwiczyła ją mozolnie w domu, jednak jej „wturliwanie się” na mierzącą chyba z 60 cm scenę miało w sobie sprawność i wdzięk cyrkowych ewolucji.
Tu podkreślę również urodę tego ołówkowego ciucha w czarno-białą szachownicę, jak i całej Pandorowej tęczowej, eeeee… znaczy kolorowej stylizacji.

Radowała więc obecność znajomych, także tych dawno niewidzianych (pozdro, Marcelina <3)
Odbyły się też niespodziankowe urodziny Mariusza S. połączone z wręczeniem równie niespodziankowego prezentu i gromkim „sto lat”, wzruszony solenizant najpierw zaniemówił, potem, po mojej skutecznej zachęcie, walnął spicz zahaczający głębią o absolut i dialektyczną metodę Hegla 😉
Podkreśliłabym jeszcze wartość naukową psychologicznych rozważań z Michałem od Izy na temat mechanizmów zapamiętywania i towarzyską dysputy z M.C., tematu nie pamiętam, zbytnio pochłonęła mnie uroda jego krawata.
Ciekawy klimat wniosła także dyskusja z dwiema tajemniczymi dziewczynami – tajemniczymi, bo jakoś zapomniałyśmy się sobie przedstawić, o ile pamiętam… w ogóle z tym przedstawianiem się sobie było wczoraj jakoś dziwnie, pewnie dlatego, że siedziałam przy najbardziej zaludnionym stoliku, na dodatek o wielkiej fluktuacji osobowej i zdarzały się momenty, kiedy nie ogarniałam, z kim się już witałam, komu przedstawiałam i czy-ten-gość-co-tu-siedzi-to-ten-sam-co-przed-chwilą-czy-raczej-nie.
Przepraszam więc osoby, które w tej przywitawczej ceremonii pominęłam – mogło się bowiem zdarzyć, że w ogólnym zamieszaniu zamiaru przedstawienia się w ogóle nie zauważyłam 😉
A dyskusja z dziewczynami była o tyle podniecająca, że jedna z nich absolutnie i pod każdym względem się ze mną nie zgadzała… jakikolwiek temat by nie wypłynął, o jakimkolwiek fakcie z mojego długiego życia bym nie wspomniała – dziewczyna przerywała mi zdecydowanym „nie – nie – nie” i roztaczała przed moimi oczami, czy raczej uszami, swoją własną wizję zagadnienia 😉
Jej koleżanka nie odezwała się ani słowem, zajęta niemym kibicowaniem naszej wymianie ciosów, ekhem, znaczy poglądów. 😉
Królowa Kleopatra jak zwykle zapewniła mnie, że przepięknie wyglądam (dzięki :* )

Temat obowiązkowy – kibelki i cala reszta
😉
W sumie git, jak brakowało papieru toaletowego to były obecne papierowe ręczniki, co prawda należałoby wtedy otworzyć drzwi kabinki, wychylić się i dosięgnąć zbawienia oddalonego o jakiś metr ponad, co było utrudnione, jeśli było się już w trakcie kibelkowej czynności… ale od czego koleżanki-gotki zajęte poprawianiem makijażu czy fryzury przed lustrem, gotka gotce zawsze pomoże przecież 😛
Jeden, nieczynny kibelek, był opisany wyraźnie, że awaria, i na wszelki niewypadek okręcony taśma klejącą, żeby nikt mimo tej awarii, no wiecie… i to była chyba ta sama kartka i ta sama taśma, co w styczniu na imprezie Danse Macabre miesiąc temu 😛
I kibelkowe akcje – Walentynki odcisnęły się i na nich…. kolejkowe zwyczajowe ploteczki zamieniły się jakoś w świadczenie wzajemnych uprzejmości, koleżanka chciała za nie buzi, ja zaczęłam się ostro targować „buzi? ok, ale jak powiesz wierszyk” … i oto zadeklamowano mi ni mniej ni więcej:

„jestem piękna
ale Ty piękniejsza”

„Matko, tak zgrabnego haiku, na dodatek stworzonego na żywo, jak rap na żywo – nigdy dotąd nie słyszałam!!!” wykrzyknęłam – no i buzi się odbyło 😀

Muszę jednak koniecznie wspomnieć o pułapce-niespodziance, zgotowanej przez KotaKarola dla przestrzennie niezorientowanych, a mianowicie zabudowaniem jednego z przejść, w związku z czym obejście labiryntu korytarzy „na przestrzał” stało się niemożliwe. Przyznam się – błądziłam ustawicznie, a gdzieś w połowie imprezy po prostu utknęłam… chyba z 6 razy i na 6 różnych sposób próbowałam trafić z parkietu do stolika, na próżno, mój wewnętrzny zepsuty kompas raz za razem prowadził mnie do tej pilśniowej barykady….

Napomknę też nieśmiało o pewnej zniewalającej propozycji od Pani Justyny C. czyli Kociej Mamy, w moim zaaferowaniu i nieogarnięciu nie skorzystałam z niej, ciemnota jedna – ale…. może następnym razem 🙂 W każdym razie – dzięki, jestem wzruszona i w ogóle 🙂
I dzięki wielkie, Przemiła Kocia Barmanko, której imię oczywiście wyleciało mi ze sklerotycznej głowy, plasiam, za jak zwykle sprawną i uprzejmą obsługę jak również plotkarskie rozkminy w temacie kto-kogo-zna-i-kim-jest-ten-facet-a-kim-ten.
I chwała bądź wieczna Deithowi (czy raczej Mikhaelowi Lestatowi Noirwenowi, jak głosi jego nowa, jeszcze mroczniejsza ksywka) za odstawienie pod dom mnie i nie tylko, jesteś kochany !!!!!

Epilog:
Znam takich, co zamiast na CGN wybrali się na narty, ale niestety, z powodu pożaru (!) sąsiedniego domku zostali o 5 rano wyrwani ze snu i bestialsko ewakuowani wraz z całą okolicą, myślę – że atrakcje wczorajszej nocy mogą z całą pewnością z ich przeżyciami konkurować 😉

PS.
Frooont !!!! Może być? 😛 😛 😛