Tagi

Sobotni leniwy poranek, przeżuwam śniadaniową kanapkę i popijając kawę przeglądam nieśpiesznie fejsa.
No i na wejściu wyskakuje mi to:

Zazwyczaj tego nie robię, ale tym razem kliknęłam na obrazek i poczytałam komentarze.
Generalnie wiem, jakiego poziomu wypowiedzi można się spodziewać na serwisie tego typu i pod takim obrazkiem, ale ponieważ już na dzień dobry odebrano mi apetyt postanowiłam sprawdzić – czy chociaż jedna opinia wyłamała się z ogólnego zalewu uszczypliwych śmichów-chichów na temat owego męża – jak przykładowo „klepnął w dupsko i wszedł za trzecią falą” albo wręcz chamskich i poniżających: „rany… i ktoś ruchał takie COŚ?”
No i okazało się – że nikt.
Nikt się nie wyłamał.
Dokładnie wszystkie „dowcipne” komenty były w podobnych klimatach.
Na fejsbuku było przyjemniej i bardziej elegancko – pojawiły się jedynie dywagacje, czy ten dzielny facet to bardziej alpinista, surfer (to od tej fali) czy kowboj.
I generalnie wydają się one zabawne, i nie jest też tak – że nie łapię humorystycznego przekazu i żartobliwego kontekstu.
Owe porównania i przenośnie przemawiają do mojej wyobraźni, a ta podsuwa wizualizacje, które skłaniają mnie do chichotu.
Tylko, że…
No właśnie.
Bo z drugiej strony jakoś nie śmieszy mnie tragedia kobiety i jej kalectwo. Bo nie nazwę inaczej zmagań z 300 kilogramowym ciałem.
I nie mówcie mi, że to na własne życzenie czy coś – w wypadku takiej, skrajnie chorobliwej otyłości – rzadko przyczyna zamyka się jedynie, jak donoszą internety, w błędach żywieniowych – czyli zwykłym obżarstwie:

„Podłoże jest wieloelementowe, prócz czynnika dziedzicznego może chodzić o:
– wyżej ustawiony próg gromadzenia pożywienia
– wolniejszy metabolizm
– małe zużywanie energii
– zbyt duże zapotrzebowania kalorycznego.

Chorobliwa otyłość jest więc wynikiem połączenia czynników dziedzicznych, psychospołecznych i środowiskowych, które mają wpływ zarówno na regulacje apetytu jak i metabolizm. Dużego stopnia otyłość nie wydaje się być spowodowana prostym brakiem samokontroli pacjenta.”

Znane są także liczne przypadki, kiedy partner namawia czy wręcz zmusza taką osobę do objadania się ponad miarę, ponieważ pociągają go takie obfite, właśnie wielorybie kształty.
O swoim życiu Pauline Potter opowiada tu:

http://kobieta.onet.pl/zdrowie/zycie-i-zdrowie/zycie-intymne-najciezszej-kobiety-swiata/y65x0

I bardziej mnie ta opowieść wzrusza niż rozbawia.

Ale ja o czym innym chciałam.
Po tej fejsowej porannej rozrywce naszły mnie refleksje – zaczęłam rozkminiać, jak to jest z moim poczuciem humoru.
Dlaczego nie śmieszą mnie dowcipy o Żydach, kalekach, martwych płodach… i żeby była jasność: uwielbiam klasyczne dowcipy żydowskie, jak choćby takie:

http://dowcipy-o-zydach.humoris.pl/

Ale nie te z gazem w tle, albo że małemu Żydowi nie wystają nogi z pieca.
Może jestem dziwna – ale (choć czasem jakiś złośliwy, prostacki chochlik, ukryty we mnie, na moment wyszczerzy zęby) takie teksty w zasadzie budzą we mnie niesmak
I zażenowanie.
I, kiedy ten fakt analizuję i dociekam przyczyn – to raczej nie chodzi o stawianie granic humorowi.
Nie o to – że jakieś tematy uważam za absolutne tabu. Rzecz w tym – w jaki sposób ów temat się ujmuje, w jakim stylu się to robi.
Przecież uwielbiam Monty Pythona – a ten co rusz dowala konwenansom, stereotypom i jedzie po wszystkim możliwych tabu – kulturowych, światopoglądowych, religijnych itp.
Ale, kiedy się te dowcipy trochę poanalizuje, to zauważa się w tym głębszy sens i cel.
Kruszenie skostniałych form myślenia służy bowiem poszerzeniu horyzontów, uczy spojrzenia na sprawy z drugiej, niekoniecznie oczywistej strony, uczy również śmiania się z samego siebie, dystansu do własnych poglądów.
A czasem chodzi o totalnie abstrakcyjną figurę myślową, jakieś szalone skojarzenie, zabawne słowotwórstwo…
Więc czego ma mnie nauczyć żarcik o Cyklonie B? I gdzie kryje się komizm w martwym płodzie, odzianym w kostium klowna czy w nazwaniu żydowskiego psa Gazorem?
Tak, czaję to wysoce abstrakcyjne połączenie pojęć „martwego płodu” i „klowna” – tyle, że to IMO za mało, nawet dla mojego wrednego chochlika.
Ok, rozumiem, widzę w tym „Gazorze” neologizm – tyle, że mnie on słabo rozśmiesza.
Tu, moim zdaniem, nie ma żadnej finezji, tu kopie się żartem w twarz, przepraszam – w ryj, i śmieje z tego – że puchnie.
Tak to widzę.
Ale nie chodzi tu o jakąś polityczną poprawność, raczej o to, co czuję.
I czasem trudno dociec przyczyn, skąd takie akurat uczucia we mnie się rodzą…. może po prostu za dużo myślę, za bardzo się wczuwam, niepotrzebnie (?) poddaję analizie wszystko dokoła.
Może więc jestem kosmitą.
Może dlatego patrząc na ów nieszczęsny, wklejony na wstępie obrazek, uśmiecham się lekko, podchwytując jeden z komentarzy, że fajnie, że jest jeszcze dla mnie nadzieja… że co prawda 45 z 300 to niewielki procent, ale może w ramach wiosennego odchudzania podejmę podobną akcję/kurację… 7 razy dziennie, bosko …. i jeszcze, rany, żeby te 15% to nie z cycków ubyło broń Szmatanie, tylko nie z cycków….
Nie widzę żadnych hipopotamów, wielorybów czy potworów, nie zastanawiam się „jak oni to robili, matko…”, nie to mi się kojarzy.