Tagi



Lista utworów:

01.Symphonia Pagana (Intro) 03:59
02.In the Name of Ancient Gods 07:22
03.Jцtunheim 06:57
04.Wildsau 05:58
05.Edmund Von Ostanglien 06:20
06.Nighцgg 07:04
07.Heimweh 06:11
08.Die Quelle Der Weisheit 08:01

Rany, jak znowu zacznę, że wszystko zaczęło się od natychnięcia przez Radio HMA, to raz, że Was znudzę, a dwa – pomyślicie, że mamy z Januszem Merzem jakiś tajny układ, czy coś.
Więc przysięgam, na Szmatana i wszystkie Lucki tej galaktyki – nic z tych rzeczy.
Ta recenzja to jedynie kolejny dowód na to, że Radio HMA to najlepsze radio w necie, a może i na świecie 😉
Kliknięciem w zakładkę http://www.heavymetalattack.pl/ zaczynam dzień, snując się po mieszkaniu jeszcze całkiem bez przytomności, i dźwięki, które rozlegają się w moim mieszkaniu od tego momentu począwszy – pomagają mi tę przytomność odzyskać … i nawet podczas zajęć zdarza mi się słuchać radia online, a po wyjściu ostatniego ucznia podkręcam potencjometr o kilka kresek 🙂
Dopiero, gdy późną nocą wybiorę już film na dobranoc i zaczyna się projekcja – dopiero wtedy żegnam się z playlistą radiową, żeby następnego dnia rano przywitać się z nią na nowo.
Jasne – czasem HMA przegrywa z jakąś płytą, często z muzyką całkiem nową, odkrytą właśnie dzięki tej playliście, nie jest to więc, jak widać, przegrana stuprocentowa 😉
Cieszy mnie niesamowicie, iż radio, wbrew nazwie, nie ogranicza się do heavy-metalu, bo prócz wszystkich możliwych odmian i odcieni, od folku po industrial, od death po experimental czy progressive, można usłyszeć w nim kapele z kręgu gotyku, elektro, punk czy hard rocka, więc ostatnio na przykład Katatonię, Die Krupps, Dream Theater, Die Toten Hosen – a nierzadko moją ukochaną Lacrimosę.

Pamiętacie moją ostatnią recenzję i opowieść o tym, jak utwór Viral Millenium, wyemitowany przez radio HMA spowodował mój dwumetrowy lot w kierunku komputera?
Tym razem, kompozycja wybrana przez Janusza Merza na power-play, a mianowicie „Edmund von Ostanglien” z płyty „Heimweh” niemieckiego Black Messiah – omal nie spowodowała u mnie zawału serca, a ciśnienie z pewnością skoczyło mi ponad 200, jak znam życie.
Jasne, że kawałek urzekł mnie urodą, od pierwszego taktu walnął mnie melodią wyrywającą serce i hipnotycznym, synkopowanym, trochę jak w „Habanerze” Bizeta czy w „Bolerze” Ravela, rytmem … zachwycił prawdziwie męskim, czystym, głębokim wokalem na tle przecudnych chórów… zaskoczył konstrukcją utworu – w pierwszej części monumentalnie podniosłego, na kościelny sposób uroczystego, dostojnego i majestatycznego – w drugiej powerowo wesołkowatego z growlem i fajną, nieco oldskulową gitarową solówką… ale to, co naprawdę zatrzymało mi serce to uczucie déjà vu, niespodziewane i tak silne uderzenie myśli typu „rany boskie, znam to, znam!” – że przestałam oddychać.
Trudno, żebym nie znała, czy nie pamiętała – przecież sama to napisałam, no – prawie 🙂
Sama wymyśliłam paręnaście taktów powolnej melodii pełnej patosu, mówiąc dokładnie – jeśli nie identycznej, to bardzo, bardzo podobnej.
Żeby Wam o tym opowiedzieć, muszę cofnąć się do lat 70tych zeszłego wieku.
Wtedy właśnie mama zapisała mnie i siostrę na angielski do sióstr Urszulanek. Każdy, kto zna choć trochę mnie i moją umiejętność posługiwania się tym językiem domyśli się łatwo, iż na tych zajęciach zajmowaliśmy się wszystkim – tylko nie nauką. Było nas pięcioro w grupie, wszyscy w wieku wczesno-licealnym, a prowadząca lekcję siostra zakonna – starszawa, niedowidząca i ogólnie nieogarnięta, co wykorzystywaliśmy chętnie i często.
Nie – to nie to, co myślicie, żadnych spektakularnych akcji – dzisiejsi gimnazjaliści wyśmiali by nas zapewne za te naprawdę nieszkodliwe i pełne uroku pomysły, ale nam wydawało się wtedy, że są one szczytem buntu i perwersji. Z miniuturowego radyjka, ukrytego pod stołem, słuchaliśmy na przykład Wyścigu Pokoju albo najnowszych nagrań Led Zepellin – a zakonnicy wmawialiśmy, że dźwięki dobiegają zza okna, ona bidula wdrapywała się na stołek, coby dosięgnąć wysokich klasztornych okiennic – a my zyskiwaliśmy dodatkowe minuty na wygłupy.
Ale co do perwersji… jakoś tak po paru latach wspólnych zajęć, a także wspólnych pogaduch przed nimi – i po, któreś z nas wpadło na szalony pomysł napisania sztuki, w której główną rolę miałaby zagrać nasza siostra Gwidona (a może Rufina, już nie pamiętam)
Zabawne i przewrotne było to, iż naszą nauczycielkę cechowała pobożna wstydliwość aż do pruderii włącznie, a jej wynikiem – nieporadne starania choćby o to, żeby jedynego w grupie chłopaka sadzać zawsze troszkę z boku i w „odpowiedniej” odległości od reszty, co nas szalenie bawiło i prowokowało nieustanne próby złamania tego tabu, dziewczyny wciąż pochylały się ku niemu – a to pożyczając długopis, a to zaglądając do notatek, na co siostra reagowała przestraszonym wzburzeniem i aż się zaperzała … my, świntuchy, bawiliśmy się tym lepiej, im bardziej była zmieszana i zatrwożona – a w naszej sztuce planowaliśmy dla niej aktorskie zadanie, wymagające braku zahamowań czy uprzedzeń w tym względzie i sporej odwagi, nie powiem nic więcej, się domyślcie sami … 😉
I jakoś tak dziwnie się złożyło, że to właśnie mnie powierzono stworzenie muzyki do owego spektaklu, w sumie to w ramach żartu – ale ja, nie wiedzieć czemu, potraktowałam to poważnie.
A jeszcze dziwniejsze było to – co stało się potem. Otóż, kiedy usiadłam przed pianinem, pierwszy raz w życiu – w roli kompozytora, nie odtwórcy, i pozwoliłam wyobraźni dać się ponieść, to w mojej głowie usłyszałam kilkanaście taktów utworu o charakterystycznej, jakby trochę hiszpańskiej rytmice i podniosłym, metalowym aranżu.
Nie wiem, czy to wynik zasłuchiwania się w owym czasie w „Machine Head” Deep Purple czy z innych magicznych powodów – ale spod moich palców popłynęła nieudolnie przeniesiona na klawisze melodia, w mojej wyobraźni przepięknie zorkiestrowana… ale tutaj zaczął się mój ból, moje nieszczęście, moje niesamowite cierpienie – co z tego, że w myślach słyszałam każdy dźwięk dokładnie, jeśli nie miałam pojęcia, jak rozpisać je wszystkie na poszczególne instrumenty.
Brałam jedynie prywatne lekcje, nie chodziłam do szkoły muzycznej i do gry na pianinie przykładałam się podobnie jak do nauki angielskiego… z zapisem nutowym sobie radziłam, oczywiście – ale o instrumentacji nie miałam pojęcia.
Poza tym miałam pełną świadomość, że ten wybuch natchnienia, to olśnienie muzyczne, nie tylko przekraczało moje umiejętności zapisu, ale było w tej sytuacji daremne, bezużyteczne i kompletnie nieadekwatne do oczekiwań mojej grupy z angielskiego… zamówili coś w rodzaju kabaretowej melodyjki, z pewnością nie spodziewali się patosu czy, tym bardziej, metalowej stylistyki.
Nigdy im, ani nikomu innemu, tej melodii nie zagrałam, nie zapisałam też nut, nie było potrzeby – bo pamiętam ją doskonale i na swój kaleki sposób mogę ją choćby teraz, po sztubacku, wybrzdąkać na swoim rozstrojonym nieco pianinie…
Ale wtedy, jakieś 40 lat temu, nie zaprezentowałam jej mojej angielskiej grupie z prostego powodu: zupełnie zapomniała ona o powierzonym mi zadaniu, M.N., ten jedyny w niej chłopak, zaśmiewając się do łez przeczytał scenopis naszej frywolnej sztuki i było po sprawie…
Ja sama zapomniałam o mojej kompozycji niedługo potem… kiedy po przeprowadzce do Krakowa w moim mieszkaniu znalazło się pianino z rodzinnego domu, też o niej nie pamiętałam już, nie próbowałam więc jej zagrać ani wtedy, ani później, ani razu.
Odtworzyła mi się w pamięci dopiero 17 stycznia, kiedy w radiu HMA na nowy, tygodniowy power-play wybrano utwór „Edmund Von Ostanglien” zespołu Black Messiah i usłyszałam w nim wyraźne echo tej swojej pierwszej i jedynej w życiu kompozycji – sprzed 40 lat.
Kiedy więc zabierałam się do przesłuchania całego albumu mój strach, że reszta kompozycji może tej pierwszej poznanej nie dorównać był mocniejszy, niż zwykle.
Po pierwszym odsłuchu jeszcze nie byłam pewna swojej opinii, ale szybko krążek stał się moim ukochanym i słuchając go, jak zahipnotyzowana, od rana do nocy, wciąż i wciąż, od pierwszego do ostatniego utworu – zdradziłam z nim Radio HMA bez reszty, doszczętnie i na amen.
A pokochałam go za różnorodność i bogactwo brzmień, miedzy innymi… powiem Wam – że nie znałam takiego wcielenia metalu do tej pory. Bo niby to viking/black/pagan i folkmetal – ale jakiś niepodobny do żadnego z dotychczas znanych … w profilu na fb kapela przyznaje się do inspiracji takimi grupami jak Venom, Bathory, Slayer, Metallica, Iron Maiden, Dream Theater, King Diamond, Overkill, Pantera, Anthrax, Testament, Amon Amarth… rany, ale rozrzut 😉 a kiedy posłuchacie muzyki i spróbujecie przetłumaczyć teksty – zrozumiecie, z jak wyjątkowym zjawiskiem mamy tu do czynienia.
Black Messiah zawarł na albumie „Heimweh” (tęsknota za domem rodzinnym, czy ojczyzną, zwrot nieposiadający w polskim jednowyrazowego odpowiednika) materiał niezwykle zróżnicowany, zarówno pod względem muzycznym jak i tekstowym.
Od utworów patetycznych, uroczystych i podniosłych – jak choćby tytułowy czy „mój” „Edmund Von Ostanglien” – po wyraźnie inspirowane ludowymi piosenkami, skoczne, a z każdym kolejnym taktem coraz mocniejsze „Wildsau”, z folkowo brzmiącymi, rewelacyjnymi skrzypeczkami, gitarą klasyczną i fujarkami – i odgłosami z chlewika w finale, bo ten ostatni to dowcipna „spowiedź” łatwo wpadającego w furię, słynącego z brutalnych obyczajów i zamiłowania do gorzałki osiłka – spowiedź ze świetną puentą, iż woli być nazywany „dzikiem” – niż zostać świnią 🙂 , natomiast „Edmund Von Ostanglien” to pieśń religijna, całkiem dosłownie, tycząca autentycznej postaci króla Anglii Wschodniej, który zgodnie z historycznym przekazem miał zginąć męczeńską śmiercią z rąk Duńczyków, gdy odmówił wyparcia się wiary.
Tekst o dziku pisany jest prostym językiem, z taką jakby wieśniaczą manierą, przypominającą mi polskie ludowe piosenki… słowa zaś utworów poważniejszych, tych wzniosłych i uroczystych, ułożono w skomplikowane, nieco staroświeckie konstrukcje, zawierające sporo archaizmów (od których kompletnie głupieje translator google 😉 )
Ale w całym tym bogatym wachlarzu stylistycznym wyraźnie przebija tło, którego charakteru nie umiem dociec… jasne – jest pagan i viking metal, i folk, i klimat bitew i mitologii teutońskiej, i elementy symfoniczne, echa black metalu łagodzonego przez łagodne i słodkie żeńskie chóry, jest rewelacyjna perkusja i świetne gitarowe solówki – ale zdecydowanie jest coś jeszcze, coś specjalnego w charakterze tych brzmień…
Mam wrażenie, że kompozycje umieszczone na krążku sięgają do pewnego archetypu naturalnych, pierwotnych brzmień, dzięki czemu i Słowianie i Germanie odkryją w niej coś własnego… odwołują się do jakichś, bardzo głęboko ukrytych w słuchaczu, pokładów, wspólnych dla każdej grupy etnicznej, niezależnie od tego, w jakiej kulturze, środowisku, czy języku Cię wychowywano….
I dlatego przejmujący smutek i nostalgia utworu tytułowego trafia do mojego serca i porusza najdelikatniejsze struny wzruszeń i choć bardziej niż Rotę czy Bogurodzicę przywodzi on na myśl jakąś krzyżacką pieśń patriotyczną – jego przekaz jest doskonale uniwersalny.
To coś na dnie, coś mocnego i świętego, jak ponadczasowy, ponadnarodowy, ponadkulturowy rytuał.

https://www.facebook.com/BlackMessiah666