Tagi

SMzima.jpg


…to był jeden z tych magicznych wieczorów, które sprawiają, że chce mi się wstać następnego dnia, i następnego … i po raz milionowy przekonałam się, że ludzie są zajebiści, a dobro, ciepło i życzliwość – raz puszczone w ruch – wracają do Ciebie w najmniej spodziewanym momencie.
Ludzie są cudowni, nawet ci – z którymi zamieniłeś 10 zdań na imprezie, albo i ci pierwszy raz widziani na oczy.
Jestem zbudowana i wzruszona, jak się wyśpię – opowiem resztę
DZIĘKUJĘ !!!!

Takie słowa umieściłam na fb po powrocie z SM do domu, bladym niedzielnym świtkiem, zanim padłam na przezornie rozścielone wcześniej łóżko…. mam więc nadzieję – jeśli odczytacie je jako swoiste motto mojej relacji z imprezy, to stanowić ono będzie wystarczające wyjaśnienie, czemu relacja ta, jeszcze bardziej niż zwykle, odbiega od meritum.
Pozwolę więc sobie zacząć od początku – a mianowicie od zakończenia koncertu Setareth i Gemini Abyss w pobliskim Mezcal Music Clubie…. i od przypomnienia, jakby komuś uciekło z pamięci: niespodziewany, jak to zwykle pod koniec stycznia, atak zimy, po 22giej, minus13, śnieg wciąż sypie, komunikacja, piaskarki i pługi śpią – a ja w kilku warstwach ciuchów upchniętych pod kurtką, kanadyjskich thr00-różowych, oczojebnych rękawiczkach, zimowych glanach i kapturze naciągniętym po oczy, popierdalam z Meiselsa na Dajwór, do Carycy, w celu zmiany nastroju z progresywno-metalowego na dark-elektro.
Jednak najważniejszy punkt planu to: gdzieś po drodze, może w okolicy Placu Nowego, albo na Miodowej – odnaleźć czynny sklep, Żabkę jakąś, cokolwiek – w celu zakupu pieczywa.
Już wcześniej bowiem, sobotniego poranka o 14tej, robiąc się na bóstwo przed dwiema, czekającymi mnie tego dnia imprezami, prasując zmarszczki i inne takie, dokonałam przeglądu lodówki i spiżarki – i wyszło na to, że z głodu nie umrę, w sumie wszystko jest, parę jajek, jakieś sery czy pasztet, ale chleba niet, ani odrobinę. I żadnych artykułów zastępczych – ryżu , makaronu czy mąki choćby, bez pieczywa po powrocie z imprezy i następnego poranka może być ciężko.
Nie wiem bowiem, jak macie Wy, ale MY, Drzoanna, po powrocie z koncertu czy imprezy – ZAWSZE robimy sobie kolacyjkę. Jesteśmy głodni jak stado wilków i jedynie wrodzona klasa i elegancja powstrzymuje nas przed zrobieniem sobie jajecznicy z 6 jaj czy pół weki kanapek, prócz klasy i elegancji choroba wrzodowa, ale to pierwsze przede wszystkim.
Tak czy inaczej mizerne 2 jajeczka i kilka plasterków sera jedynie nas rozwścieczą – bo głodu nie zaspokoją, na pewno.
Chleb musi być – i już.
A wracając do domu koło 4 rano raczej nie zastukamy do byłego męża z prośbą, coby nas tymi kilkoma kromeczkami poratował, bo nas opierdoli z góry na dół i lata pracy nad ułożeniem wzajemnych porozwodowych stosunków pójdą na marne 😉
Więc oto ja, biedna Drzo, zasłaniając się od śniegu wiejącego w oczy i szybkim krokiem przemierzając Kazimierz rozglądałam się w nadziei na tę Żabkę i na zakup chleba.
Ale czy to wina tej śnieżycy, czy późnej pory – niestety… klęska, dupa blada i ogólnie niedobrze, panie, niedobrze… żadnego sklepu po drodze – nic, i chuj.
Jeszcze na wszelki wypadek przemierzyłam cały Dajwór, do końca, wte i wewte – no ni cholery.
Dotarłam więc do Carycy i tam, odkopując mój gotycki imidż spod warstwy ciuchów, skarżyłam się wszem i wobec, zwierzając się z mojego nieszczęścia.
Na wszelki wypadek kupiłam w barze czekoladowe muffinki w liczbie trzech, coby najeść się na zapas, ale udało mi się to średnio… ciastka, aczkolwiek pyszne – były sporej wielkości i zapychające, z gatunku takich, co to zjesz jedną i masz dość, a za godzinę głód wraca….
Postanowiłam więc, coby nie kusić losu i moich wrzodów, podzielić pozostałe dwie i poczęstować siedzących przy stoliku znajomych… a wytworna kobieta, jaką oczywiście jestem, nie rozrywa ciastek paluchami, a kroi je elegancko na części, przy pomocy noża – więc o takie właśnie narzędzie pracy poszłam zapytać w barze.
Tu rozbawiona dziewczyna wyrecytowała mi zgrabną formułkę na temat przepisów BHP i tego, jak się wypowiadają w tej kwestii, ale muffinki udało się pięknie pokroić, wielkie dzięki, na obsługę baru w Carycy zawsze można liczyć !!! 😀
A przy moim stoliku wzruszyły mnie pytania, czy aby nie mam dziś urodzin czy coś, że tak tu ciastkami częstuję, i całkiem zapomniałam, że faktycznie, urodziny były, 2 tygodnie temu, ale muffinki to tak całkiem z innej okazji czy raczej bez okazji… i do mojego wyjścia pokrojone cząstki muffinek zniknęły z tacki, na zdrowie !!!! 🙂
Ale całkiem bez związku z tym rozdawnictwem muffinkowym od moich przy-stolikowych towarzyszy i innych uczestników eventu w moim kierunku popłynęło mnóstwo ciepłych słów i miłych komplementów… jeju, zawsze mnie takie sytuacje zawstydzają i milutko łechcą ego 😉 bo oto siedzący obok długowłosiasty wyciąga łapę, przedstawia się i opowiada, ile to fajnych rzeczy na mój temat słyszał… i do końca wieczoru „zajmuje się” mną w szalenie przyjacielski i nieco staroświecki, ale niesamowicie miły i elegancki sposób.
Podobnie jakieś 2 dziewczyny, które kojarzę z imprez – teraz podchodzą, oficjalnie się przedstawiają, ściskają serdecznie i żywiołowo manifestują swoją radość z poznania mojej (nie)skromnej osoby.
Jejku.
Moja popularność rośnie, ktoś chyba rozpowiada o mnie jakieś pochlebne historyjki, czy coś 😉
Ale opowieść o tym, co rozwaliło mnie dokumentnie, podsyciło ogień wiary w ludzi, w ich nieskończoną zajebistość i zmusiło do wyartykułowania tego motta, co na wstępie – ta opowieść dopiero teraz 🙂
Jedną z osób, której opowiedziałam o swoim chlebowym nieszczęściu – była A.A. I żeby była jasność – widujemy się jedynie na imprezach, zamieniłyśmy może ze 20 zdań wszystkiego, jasne – mamy się w znajomych na fb, ale to nic szczególnego, kiedy takich osob jest 360 😉
Oczywiście – zawsze witamy się serdecznie i radośnie, ale nie odwiedzałyśmy się w domu, nie przegadałyśmy żadnej nocy po świt, żadnych wspólnych zakupów czy wyjścia do kina, nic – co usprawiedliwiałoby późniejsze wydarzenia, żadnych dowodów bliskości – a jednak….
a jednak to ona właśnie, ku mojemu osłupieniu i opadowi szczęki, zakomunikowała mi w pewnym momencie, że, ni mniej, ni więcej – chlebek najprawdopodobniej będzie, że „się załatwia”, że czeka właśnie na wiadomość od swojego chłopaka….
ekhem… że co? że jak to – „się załatwia”?
I tu pada wyjaśnienie, spokojne i rzeczowe, że zwyczajnie, zadzwoniła do swojego faceta, wytłumaczyła, co ma zrobić, i że zaraz tu z pieczywkiem przyjdzie….

– rany – jak to – „przyjdzie”? Jest środek nocy… jak się tu dostanie?

no piechotą…

Rany – ale z jak daleka?

Zza Cmentarza Rakowickiego.

No nieźle.
Zanim zdołałam ochłonąć – chlebek już był 🙂 Kilka pajdek pysznego żytniego i jeszcze 2 kromeczki takiego z ziarnami, no ja nie mogę – wybór, jak w piekarni 🙂
Oglądałam pachnący pakuneczek z oczami jak pięciozłotówki i bananem aż za uszy, coś mamrotałam w totalnym osłupieniu… potem rzuciłam się na A.A, ściskając i całując z okrzykami, że ją kocham, i adoptuję i że jestem jej dozgonną dłużniczką.
I wtedy poczułam na sobie czyjś wzrok – oparty o bar, zdyszany, ale uśmiechnięty radośnie stał sobie przystojniak, chlebowy dostawca … teraz więc on stał się obiektem (czytaj ofiarą) mojej żarliwej wylewności… o matko, leciał przez pół miasta, w taki kurewski mróz – żeby dostarczyć chleb na kolację i śniadanko dla baby, której nie znał, nie widział wcześniej na oczy, nie wiedział nawet o jej istnieniu … potok moich słownych zapewnień, że jego także kocham i w ogóle, przerwała A.A. – nieśmiało wyjaśniając, ze jej cudowny facet jest Francuzem, coś tam po polsku kuma, ale trzeba powoli i wyraźnie… więc ściskałam go bardzo powoli i wyraźnie 🙂
Czy ja już pisałam, jak bardzo jest przystojny?
Tak?
To dodam, że ma niezwykle piękne imię, nawet nie wiedziałam, że takie istnieje 🙂
Dobra, kończę temat, bo mi A.A. wydrapie oczy, albo następnym razem chleb doprawi cyjankiem 😉

Ale kolacja poimprezowa i śniadanko niedzielne smakowały mi znacznie bardziej niż zwykle 🙂

W każdym razie, po takiej porcji wzruszeń trudno się dziwić, że cała reszta wydarzeń tej nocy zeszła na plan dalszy… a przytomność mojego, porażonego ludzką życzliwością umysłu, zmalała do zera, i to chyba bezwzględnego …
Bo sporą część imprezy spędziłam na rozmowach z rzadko teraz widywaną An. Nie, nie na plotach – na poważnych rozmowach o życiu, tak jak lata temu, jeszcze w Uwadze….. Parę razy zakłóciłam też spokój Karola, który zaszył się w jednym ze swoich ulubionych kątów klubu, atakowałam go też na parkiecie, trenując z mikrym rezultatem seksowne rozpinanie jego koszuli… no i gdyby nie wpadli na siebie na parkiecie, An. i Karol, to pewnie żadne z nich nie wiedziałoby o tym, że drugie też jest na imprezie… ja w swoim niegarnięciu kompletnie zapomniałam, że znają się znacznie dłużej niż ja – z każdym z nich z osobna, i że byłoby miło powiedzieć jednemu o obecności tego drugiego w klubie.
Wybaczcie, nie będzie wiele o zajebistej muzyce, fajnie skonstruowanych setach i parkietowych harcach, wszystko to miało miejsce, oczywiście, i ja też sobie poskakałam, i podobało mi się przemeblowanie klubu, przeniesienie didżejki i na-sufitowo wyświetlane filmiki, ale nie hentaje, jak w Kocie, chlip chlip, – ale jeszcze przed drugą w nocy poczułam, że stopy mam po prostu odbite od tego skakania w glanach i że chyba naciągnęłam sobie jakiś mięsień grzbietu, i że czas do łóżeczka…
Kiedy żegnałam się ze wszystkimi (plis, wybaczcie, jeśli o kimś zapomniałam) kochany Deith chyba ze 3 razy pytał, czy aby na pewno mam jak wrócić do domu.
A ja, dla ochłonięcia z wrażeń, przespacerowałam się na róg Miodowej i Starowiślnej, gdzie, jak zwykle w podobnych wypadkach, czekała już na mnie jakaś taksówka – wybranie numeru ICara przekraczało chwilowo moje możliwości… 😉
A w jej cieplutkim wnętrzu myślałam o tym, co kiedyś na temat subkultury gotyckiej i jej pokrewnych powiedziała Katarzyna HerDarkness… o tej specyficznej więzi, otwartości i poczuciu, że gdybyś nawet w Austrii czy Australii zaszedł na ichniejsze CGN – to poczujesz się, jak u siebie, a bywalcy przyjmą Cię ciepło i serdecznie, jak swojego… i jeszcze o opinii, którą na temat jednej z Carycowych imprez wyraziła Poznanianka – S. Zapytała, czy zawsze przychodzi tu tyle osób – czy akurat wtedy tak szczęśliwie trafiła. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że frekwencja jest raczej typowa dla tego klubu, i usłyszałam w odpowiedzi, że w Poznaniu, na żadnych gotyckich czy elektro-baletach, taka duża to się nie zdarza, absolutnie… i jeszcze dopytywała się, a podobne pytanie słyszałam nie po raz pierwszy od towarzyszących mi gości z innych miast, jeszcze w Kazamatach czy Pixelu – czy my się wszyscy tu znamy? No bo każdy z każdym rozmawia, wszyscy się z wszystkimi witają i w ogóle – czy tu przychodzą jakieś grupy znajomych?
I za każdym razem wyjaśniałam zdziwionym, że to na odwrót, że my właśnie na imprezach mamy okazję się poznać, przedstawić sobie wzajemnie, pogadać, zakumplować…. i że jak się pojawia ktoś nowy, to normalnym jest – że się go zagaduje i do grupy „wciąga”.
I za każdym razem padała odpowiedź, że to niesamowite i fajne, bo w ich mieście nie wygląda to w taki sposób….
Może więc, wszystkie te słodkie i budujące wydarzenia – to specyfika subkultury, specyfika miasta, specyfika.. no nie wiem sama, bo ten fantastyczny wyczyn pięknego Francuza jakoś nie mieści się w żadnej z tych kategorii… może po prostu ludzie tacy są – pomocni, życzliwi, cudowni – niezależnie od środowiska, miejsca, płci i narodowości.

A może zadziałała też magia SYNTHETIC MADNESS, przyjdźcie na kolejną edycję i przekonajcie się sami 🙂