Tagi


https://www.facebook.com/events/631410676918782/

Koncert, o którym chcę Wam opowiedzieć odbył się w sobotę, 25 stycznia w Mezcal Music Club (Kraków ul. Meiselsa 18).
Jak zapewne pamiętacie, był to pierwszy, prawdziwie lodowaty dzień tegorocznej zimy, komunikacja niemal nie działała, bo zima jak zwykle zaskoczyła drogowców, a moja koleżanka z Poznania, mocno koncertem zainteresowana – z żalem odwołała rezerwację w pobliskim hotelu, obawiając się upojnych 400 minut gdzieś w szczerym polu i nieogrzewanym pociągu …
Kiedy tuż przed 19tą dobiegałam do taksówki – śnieg wciąż sypał, a termometr pokazywał 11 „na minusie”, jak zwykli mówić niektórzy mieszkańcy okolic.
Taksówkarz od razu uprzedził i przeprosił, że niestety, pojedziemy wolniusieńko, bo piaskarki i pługi chyba mają wolne i koła jego autka nie mają żadnej przyczepności… faktycznie – zaraz po wyjeździe z zakrętu złapaliśmy niewielki i uroczy poślizg, więc resztę tych paruset metrów dzielących Ludwinów od Kazimierza pokonaliśmy w żółwim, lecz bezpiecznym tempie.
Szatnia klubu mieści się na parterze, zdejmując więc ciuchy, warstwa po warstwie, zastanawiałam się, jak dalece w tej czynności mogę się posunąć, i to nie to, o czym myślicie, świntuchy, ja po prostu nie miałam pojęcia, jaka temperatura panuje na piętrze, gdzie miał odbyć się koncert.
Zapytałam o to parę młodych ludzi, schodzących właśnie po schodach, jednak okazali się anglojęzyczni i „dont anderstand połlisz”, no, ale co to za problem, prawda? Rzuciłam swoją wypasioną angielszczyzną „It is cold? It is cold in a place…. eeeee…” tu zapomniałam, jak jest „piętro” czy „na górze”, więc pokazałam palcem, i oczywiście, zrozumieli, jak widać moja znajomość języków wymiata, i odpowiedzieli jakoś, że „warm, because hot music” czy coś w ten deseń, i ja też zrozumiałam, no a jak. 🙂
Faktycznie, z piętra dobiegały już dźwięki strojących instrumenty Gemini Abyss, czyli kapeli – dla której wylazłam z domowego ciepełka. 🙂 Zanim dogadali się z akustykiem zdołałam zamówić piwo (mmmrrrr, mieli czerwone książęce, nie oparłam się, mam silną wolę – ale żeby aż tak to raczej nie … 😉 ) i zajęłam strategiczną pozycję pod sceną.
Wśród grupki zbierającej się powoli publiki wypatrzyłam znajomka, nadal tytułował mnie „panią”, było więc starcie: moje steele vs jego hd-ki, obiecał poprawę.
Dojrzałam też Czyżola (klawiszowiec w Gemini Abyss) w locie między sceną, stanowiskiem akustyka i backstagem, i wreszcie poznaliśmy się w realu, o żadnej „pani” nie było mowy, glanów używać nie musiałam, uff 😉 Poza tym dowiedziałam się o planach płytowych zespołu (kolejne CD jeszcze w tym roku, najprawdopodobniej latem) i o podpisaniu kontraktu z angielską wytwórnią Ravenheart Music, która zajmie się dystrybucją i promocją ostatniego krążka, czyli „Claim Of The Planet” na zachodzie Europy.
Czyżol wspomniał też o wieloletniej przyjaźni z Setareth i o radości z ich powrotu po przerwie na scenę, ja skromnie zareklamowałam swój blog – jako nowe miejsce, gdzie pojawiać się będą moje, nieustannie zajebiste, recenzje płyt i relacje z koncertów.
Kiedy cała szóstka muzyków pojawiła się na scenie – od razu zanotowałam wzrost temperatury o przynajmniej 2 stopnie, a w trakcie występu wzrastała ona wciąż i wciąż, zgodnie z przepowiednią zagraniczniaków, spotkanych przy szatni.
Tak, jak od pierwszego dźwięku zachwyciło mnie ich debiutanckie „I Would Die Just For A Feel…” tak i mroźnego sobotniego wieczora rozgrzała mnie muzyka Gemini Abyss na żywo – od pierwszego uderzenia perkusji, od pierwszego gitarowego riffu, od pierwszego wejścia wokalu Klaudii.
Po wstępie, (czyli ciekawym, elektronicznym intro „The Abyss”) w dość długim, ku mojej radości występie usłyszeliśmy więc:
z płyty promo:

Like The Wind
Lost Soul

z jedynego, jak do tej pory, długograja „Claim Of The Planet”:

The Story
Claim Of The Planet
Cold Rain
Land Of Death

a także utwory premierowe:

Sarin
Out Of Hatered
Silent Blast
Jest Taki Samotny Dom (cover Budki Suflera)
Emptiness

Mnie osobiście zachwycił szczególnie ten „Budkowy” cover – podobnie, jak w „Alei gwiazd”, cudownie przez Gemini Abyss zkowerowanej – tak i tu niesamowity, drapieżny wokal Klaudii Woronieckiej śmiało i bezkompromisowo z pierwowzorem sobie poczyna… nie macie nawet pojęcia, jak genialnie to wypadło na żywo: jej wokalne wariacje na temat – na tle naszego żywiołowego, przynajmniej kilkunasto-głosowego chórku publiki, całkiem równo i czysto wyśpiewującego oryginalne brzmienie tych znanych na pamięć słów:

A po nocy przychodzi dzień,
A po burzy spokój,
Nagle ptaki budzą mnie
Tłukąc się do okien.

Uwierzcie – to była prawdziwie magiczna chwila…
A pozostałe emanowały mroczno-progresywnym brzmieniem, przestrzenią elektroniki i klawiszy oraz sporym ładunkiem energii, która nie pozwalała mi stać grzecznie pod ścianą – no sory, ja tak po prostu nie umiem, jak mnie muzyka porwie to nie ma zmiłuj…
W ten lodowaty wieczór ogień płynący ze sceny rozgrzał mnie tak mocno, że do dziś odczuwam skutki tego skakania i machania fryzurą, naciągnęłam sobie jakiś mięsień grzbietu, ale co tam, nieważne, warto było 🙂
Po występie udało mi się wyrwać setlistę:

a przy okazji milutko poplotkować z muzykami… najzabawniejsze okazało się to, iż nie rozpoznałam Klaudii Woronieckiej, choć, po zejściu ze sceny stała metr ode mnie – ku mojemu zaskoczeniu, z włosami upiętymi w grzeczny kucyk, z dziecinną delikatną buzią i drobniusią posturą przypominała gimnazjalistkę… i gdzie w tym uroczym metr pięćdziesiąt mieści się ta miażdżąca siła wokalu, ja się pytam?

OK – o występie Setareth postaram się napisać jak najuczciwiej, ale prawda jest taka, że to nie dla ich muzyki wyrwałam się do tej śnieżnej lodówy za oknami… biorąc jednak pod uwagę, że w tę sobotę po raz pierwszy zetknęłam się z formacją i jej kompozycjami – to to spotkanie wypadło nad wyraz udanie.
Co więc z takiego pierwszego tête-à-tête z Setareth najmocniej wbiło się w pamięć?
Charyzma wokalistki, na bank. To, czym dysponuje Monika Boroni to nie tylko niesamowity, czysty operowy wokal o dźwięcznej barwie… to osobowość sceniczna, wyrazista i nie do zapomnienia.
I jeszcze coś… bo ja to się pewnie nie znam, bom baba i na dodatek hetero, ale występ tej dziewczyny na scenie emanuje seksem, takim ładunkiem i w takiej ilości – że, kurna, aż iskrzy.
Ja nie wiem, jak reagowała męska część widowni – ale piszącej te słowa robiło się gorąco, jej serce waliło jak młotem, a wzrok przykleił się do skórzanego gorsetu wokalistki… kiedy Monika tym swoim kocim krokiem przemierzała scenę – w niewielkim Mezcal Music Clubie nagle zaczynało brakować powietrza…. kiedy przykucnęła na samym brzegu sceny, dokładnie na wprost mojego kolegi, miałam wrażenie – że śpiewa tylko dla niego i dziwię się, że nie zemdlał, czy coś 😉
Ogromne wrażenie wywarły też na mnie progresywno-jazzujące instrumentalne popisy muzyków Setareth, ja akurat takich produkcji nie lubię, ale szczerze doceniam i podziwiam, jeśli ktoś robi to dobrze i potrafi przykuć uwagę.
I naprawdę zrobiło mi się wstyd i przykro, kiedy po zapowiedzi ostatniego utworu do wokalistki podszedł ktoś z pracowników klubu, a po krótkiej szeptanej naradzie Monika wyjaśniła, że niestety, muszą kończyć występ, ze względu na (uwaga!!!) ciszę nocną….
tiaaaaa….
Od strony publiczności posypały się okrzyki zachęty (mój także), w sensie, żeby grać i ciszę olać, Monika oznajmiła, że ostatni utwór oczywiście zabrzmi – co spotkało się z radosną owacją.
I było pięknie, Monika zgrabnie usiadła się na brzegu sceny, zwiesiwszy nogi nad podłogą splotła stopy – w tej pozie i w tym czarnym kombinezonie przypominała syrenę, taką rudowłosą, progressive-metalową syrenę, i unosząc mikrofon zaczęła uwodzić nas śpiewem …. zaczęła piano, sądziłam, że to ze strachu przed interwencją Straży Miejskiej – ale potem docisnęła, aranż również

Na koniec powiem Wam tak – jeśli ktoś sądzi nadal, że metal to „trzy akordy, darcie mordy” – to powinno się go siłą na taki koncert, jak ten sobotni, zawlec, i zmusić do słuchania… nawet niekoniecznie zmusić, bo zawleczony uległ by już urokowi muzyki i swoją opinię odszczekał, bankowo.

Linki do moich recenzji płyt Gemini Abyss:

https://drzoanna.wordpress.com/2013/11/12/gemini-abyss-i-would-die-just-for-a-feel/
https://drzoanna.wordpress.com/2013/11/13/306/

linki do stron zespołów:
http://setareth.pl/
https://www.facebook.com/Gemini.Abyss