Tagi

,

Jestem osobą niewierzącą, jak wiecie, i mam serdecznie wyjebane na tę całą tak zwaną atmosferę świąteczną, która ostatnio coraz mniej mi się kojarzy z radosnymi zjazdami rodzinnymi, przyjaznymi rozmowami wypełnionymi życzliwością i życiową mądrością – a coraz mocniej z miastem dekorowanym choinkami i kolorowymi lampkami – marketingowo już od października, oszalałym tłumem w Galeriach, a także z poczuciem przymusu, by cały dom lśnił od parkietu po sufit, a lodówkę, spiżarkę i parapet zaokienny przepełniały stosy ciast, mięsnych i warzywnych przetworów przygotowywanych przez co najmniej tydzień poprzedzający godzinę zero.
I naprawdę, jak dla mnie, niespecjalnie czyni różnicę, czy cały ten ogrom harówy wykonujemy ze śpiewem na ustach i poczuciem misji – czy umęczeni do granic ciskamy kurwami to tu, to tam.
Aczkolwiek nie przeżyłam jakiegoś nagłego olśnienia – jak autor wpisu

http://pokolenieikea.com/2013/03/31/wiecie-jaki-byly-moje-najlepsze-swieta-w-zyciu/

(nawiasem mówiąc blog uważam za przezajebisty i mam nadzieję ponacieszać się czytaniem w wolne dni) to po rozwodzie mój sposób spędzania Wigilii musiał z konieczności ulec całkowitej przeróbce.
Kilka razy przyjęłam ciepłe i zapewne płynące z serca zaproszenie od przyjaciół – ale w otoczeniu ich kompletnie mi nieznanej rodziny czułam się ździebko nieswojo.
Mój syn nadal jeździł na Święta do Babci, czyli mojej byłej teściowej – a ja mówiąc jednym znajomym, że jestem na Wigilii u drugich (żeby żadnym z nich nie sprawiać przykrości odmową) rozkoszowałam się wolnością, leniwym odpoczynkiem i poczuciem, że nic nie muszę.
Czasem udało mi się zrobić porządki w szafach albo w plikach na kompie, czasem tylko pościerać kurze a czasem pospacerować po mieście.
Parę razy zrobiliśmy sobie wspólne Święta z moim dzieckiem – zdarzyły się i takie hiper-tradycyjne, z choinką, karpiem i barszczem z uszkami (większość potraw kupionych w sprawdzonych delikatesach z domowym żarciem) ale i takie z pizzą.
Ale cokolwiek nie wybrałabym – to zawsze i niezmiennie była to moja własna decyzja, zgodna z aktualnym nastrojem a nawet chwilowym widzimisię, a szczęśliwie nasze (moje i mojego dziecka) nastroje i aktualne widzimisię okazywały się być cudownie zsynchronizowane.
Moje sobotnie spotkanie przedświąteczne opisałam tu:

https://drzoanna.wordpress.com/2013/12/23/chujowa-pani-domu-robi-tort/

a w Wigilię planowałam pranie, odkurzanie i ogólne odgruzowanie mieszkania.
Ale, jak to w życiu bywa, plany wzięły i jebły z powodu okrutnie podstępnego zaproszenia na „Metalową Pasterkę” czy, jak wolą inni – na „Nekrojasełka” do Pubu Pod Ziemią.

wejks.jpg

Przyznaję, nie uległam od razu, jednak Szamanka to przebiegła kobieta, wie jakich sztuczek, trików i sprytnych słów zachęty użyć, by skusić nieszczęśników i zwabić w necrojasełkowe sidła. Poczytajcie reklamówkę eventu:

https://www.facebook.com/events/612958278772475/

może zrozumiecie, czemu nie miałam sił odmówić.
Pomimo iż każde ze spodziewanych dań czy napitków wykraczało zdecydowanie poza skromną zawartość mojej aktualnej diety, dozwolonej przez gastrologa… i że w związku z tym narażałam się na pokusy nie do wyobrażenia i cierpienia wskutek odrzucania tych pokus… mimo to bohatersko wybrałam „Metalową Pasterkę”.
No i czy muszę Was zapewniać – że nie żałuję, i że było cudownie, jak zwykle – bo tego typu impreza, w takim właśnie klimacie i podobnym składzie osobowym odbywa się od lat, co roku, 24 grudnia…
Ja zaczynałam kilka lat temu w ś.p.Kazamatach, ale najstarsi górale doliczyli się co najmniej 12-letniej tradycji.
A co we wczorajszych Nekrojasełkach było najfajniejsze?
Może spotkanie z Iv, z którą kontakt mam jedynie wirtualny od kiedy wyjechała z kraju parę lat temu….
Może muzyka w tle – normalny, regularny metal, żadnych nachalnych kolęd, nawet takich w wykonaniu metalowym czy kocim…
Może prawdziwie życzliwe i niewymuszone uściski ze 100 % obecnych, żadnych udawanych serdeczności, setnej wersji tych samych banalnych życzeń, fałszywej troski i wkurwiających pytań – a co u Ciebie? jesteś już babcią? A syn to się ożenił? Nie? a czemu? … w zamian – ciepłe, przyjacielskie i autentyczne zainteresowanie moimi sprawami, nowymi i starymi pasjami, opowieści i zwierzenia – spontaniczne i otwarte.
O tym, co dla nas ważne.
O dawnych i nowych miłościach, o trudnych życiowych wyborach, o tym, co udało się nam spierdolić i czy można to naprawić i jak.
O marzeniach i planach, dlaczego matura musi poczekać albo że właśnie przeciwnie, zaczynam przygotowania do studiów.
Żadnego przynudzania o dzieciach, chorobach, ślubach i rozwodach, pieniądzach i czemu ich tak mało – albo co kupiłem ostatnio i dlaczego jest lepsze od Twojego.
Zamiast tego pogaduchy o koncertach, na których byliśmy ostatnio i na które się wybieramy, żarciki, drobne i większe wygłupy, wędrowanie od baru do kolejnego stolika, przysiadanie się to tu to tam, dyskusje i ploteczki…

wne1s.jpg

Jakimś cudem wśród nieustannie rotującego składu osobowego wypatrzyłam jeszcze jedną znajomą twarz, dobiłam więc do grupki nowo przybyłych i zaatakowałam pytaniem „ej, ja Ciebie znam, ale nie mogę skojarzyć, skąd…”, na co krótkowłosy blondyn po chwili namysłu „aaaa… tak, zaraz, korepetycje… z matematyki !” no i okazało się, że M., którego ładnych parę lat wcześniej przygotowywałam do matury, zdążył już skończyć studia i jest stałym bywalcem PodZiemia, tylko jakoś dotychczas na siebie nie wpadliśmy …. więc nastąpiło rytualne wypytywanie o to, co zdążyło się zdarzyć w ciągu tych paru lat bez kontaktu i u mnie, i u niego.
Kiedy już zbierałam się do wyjścia i mijałam stolik chłopaków – zaproponowano mi banię, kurtuazyjnie – lecz szczerze, ręka z pełnym kieliszkiem była tuż tuż. Streściłam więc swoje problemy zdrowotne do krótkiego wyjaśnienia, że wielkie dzięki, ale niestety, ani pić, ani jeść w zasadzie niczego nie mogę, dobrze, że choć seksu mi nie zabroniono, bo życie stałoby się nie do zniesienia … i tu, kolejno, od całej czwórki otrzymałam deklaracje, że skoro tak, to oni jak najbardziej i chętnie.
Pozostało mi więc zapewnić chłopaków, że ich postulaty zostaną rozpatrzone w najbliższym terminie i że wszyscy zostają niniejszym umieszczeni na liście kandydatów. 😉
A w temacie opierania się pokusom muszę wyznać ze wstydem, że skusił mnie chrust (jeden maciupki kawałek, mniam), makowiec (ze 2 chyba, mniam mniam), sernik z polewą czekoladową i mnóstwem bakalii (niewiele ponad okruszek, ale warto było, mniam), ciasto marchewkowe (całkiem dietetyczne, chyba 3 kawałki, mniam mniam mniam) i piwo, sztuk 1, pół na pół z mineralką.

bars.jpg

I co jeszcze?
Jeszcze to najważniejsze.
Podejrzewam, że dla wszystkich poza mną chyba – ta „Metalowa Pasterka” była spotkaniem po-wigilijnym, że zjawili się Pod Ziemią po mniej lub bardziej uroczystych rodzinnych kolacjach świątecznych, świadczyłyby o tym choćby i garnitury niektórych 😉
Jednak u mnie było inaczej, bo dla mnie była to jedyna tego dnia Wigilia, jedyna, w której brałam udział, ale także jedynie słuszna i prawdziwa.
Jedynie ważna i wyjątkowa, jedyna – która może się dla mnie liczyć, z prawdziwą atmosferą świąteczną i całusami pod jemiołą.
I nie wyobrażam sobie, nie chcę żadnej innej.

PS.
Foty pubu zhakowane z neta i ciutkę nieaktualne, bo pub przeszedł generalny remont i odświeżył design 🙂