Tagi

„Chmura” (Die Wolke) 2006, niemiecki – to jeden z ważnych, jeśli nie czołowych reprezentantów dramatu nuklearno-katastroficznego s/f, którą to „zgrabniutką” nazwę ukułam w tym momencie – ale sądzę, że mimo to wiecie, w czym rzecz.
Nieco podobne klimaty możemy dostrzec w kultowych już „Threads” czy „Malevil” z lat 80tych, dla mnie już, sory, ciut archaicznych – „Chmura” natomiast uderza z świeżą i niesłabnącą wciąż siłą.
Początek opowieści doskonale zwodzi i oszukuje – sugeruje romansowo-szkolny dramat z życia nastolatków, zapowiada się więc całkiem banalnie…. i nie od razu słyszymy sygnał alarmu podczas klasówki, nie od razu zwracamy na niego uwagę, nie od razu traktujemy poważnie – podobnie zresztą, jak bohaterowie tej historii.
Film precyzyjnie, w mistrzowski sposób buduje atmosferę zagrożenia, pokazuje krok po kroku, jak ludzi ogarnia szaleństwo paniki, jak przestają obowiązywać zakazy, nakazy, wali się cały system ludzkich norm i zachowań… wygrywają bogaci, silni i odpowiednio zdeterminowani, gotowi na łamanie prawa i okrucieństwo.
Niektóre sceny – tłumu ogarniętego obłędem strachu, zbiorowej histerii, gromadnych ucieczek – wykreowano po prostu perfekcyjnie, i IMO mają one siłę rażenia większą, niż te z „Wojny Światów” Spielberga.
Może dlatego, że ujęcia te sprawiają wrażenie dokumentalnych, nie wiem, ale obraz kraju pogrążonego w totalnym chaosie, niemal zupełny brak działania struktur państwowych – wszystko to obnaża słabość naszych naiwnych wyobrażeń, że w podobnej sytuacji powinien sprawnie działać system informacji o zagrożeniach, powinny się pojawiać regularne komunikaty w radio czy telewizji o rozwoju sytuacji, punktach ewakuacji, drogach ucieczki – a nad całością akcji powinno czuwać wojsko i policja.
To – co widzimy, krzyczy do nas z ekranu: patrzcie, jak to wygląda naprawdę !!!
Tak naprawdę, kiedy TO by się stało, w ogólnym zamieszaniu nie liczcie na solidnie zorganizowaną ewakuację szkół, osiedli i miast, na na pełną kontrolę przepływu ludzi na drogach, ani też na wzorowe zorganizowanie i zaopatrzenie szpitali.
Tak to może wyglądać.
I w taką przejmującą opowieść wkomponowano wątek sercowy – wcale nie banalny, bo między innymi połączony z przyśpieszonym dojrzewaniem nastoletnich bohaterów.
Przyspieszonym przez okrutną i dotykającą ich boleśnie tragiczną rzeczywistość.
Tu nie ma mowy o happy-endzie, nawet o jego cieniu.
Przypomnę może końcówkę filmu, Hannah na polu zmarniałej, wyschniętej kukurydzy pochyla się nad niewielkim kopczykiem świeżej ziemi, z krzyżem z patyków połączonych jakimś źdźbłem.
To wygląda, jak grób domowego zwierzątka – ulubionego kotka czy świnki morskiej, ale to nie pogrzeb kota czy świnki, to pogrzeb jej brata.
To – jak wraz ze swym chłopakiem postanawia odszukać zwłoki Ulego, jak błądzą przebijając się przez kukurydzowy zagajnik, moment – kiedy Hannah wreszcie je dojrzy, zatrzyma się, nic nie mówi – ale kiedy Elmar na nią popatrzy to nie trzeba słów, on już wie… jak potem w milczeniu kopią dół w gliniastej ziemi i Hannah na koniec kładzie na szczycie ulubioną zabawkę Ulego, tę pluszową małpkę, po której tuż po wypadku także przejechał rozpędzony samochód, więc jest zabłocona i wymięta – podobnie jak ubranie na ciele Ulego, razem z małpką czekającego na pogrzeb, całe miesiące – w tym umarłym kukurydzowym lesie…. te ujęcia po prostu zabijają.
I scena finałowa – kiedy Hannah, z łysą od choroby popromiennej głową – ale z rękami rozpostartymi jak na dziobie Titanica wychyla się przez szyberdach pędzącego samochodu – aby „poczuć wiatr we włosach” , no kurde, jak tu nie płakać.
Widziałam ten film już kiedyś – chyba niedługo po premierze pokazywał go Cinemax, ale wtedy przeżyłam go nieco inaczej.
Bo przed 2006 miałam zupełnie inne życie.
Więc patrząc na rok produkcji filmu – pomyślałam sobie o tych wszystkich miłościach, które trwają, kiedy trwają, ale muszą umrzeć, i taki właśnie spotka je los.
I o roku 2006, kiedy rozpoczęła się moja, ta Największa, i o latach, które były potem, latach rewolucji.
I katastrof, katastrof także.
Bo to jest film o katastrofie.
O końcu życia, jakie znamy, do którego przywykliśmy tak mocno, że stało się w naszych myślach absolutnie pewne, niezmienne, wręcz nieuchronne.
Film o tym – co może być PO, jak bardzo może być strasznie, nieprzewidywalnie i że nikt tak naprawdę nie potrafi sobie z tym poradzić do końca.
Ale także i o tym – jak można próbować.
A ja, w kontekście wszystkich przeżytych – a także tej dziejącej się w tej chwili (październik 2013) mojej własnej, osobistej katastrofy – odbieram ten film milion-kroć mocniej, niż to zaplanował reżyser.