Tagi

AG (listopad 2012)

Uwielbiam horrory.
Kocham oglądać filmy, podczas projekcji których co chwilę podskakuję, wydaję z siebie odgłosy typu „łaaaaaa!!! jej!!!” albo „jesuuuu!” i zasłaniając oczy wtulam się w ramię kogoś przytulaśnego.
Jak widać z powyższego wstępu obecność tego przytulaśnego jest niezbędna, najlepiej, żeby był własny i całkiem osobisty, wtedy zapewnia dodatkowo trzymanie za rękę, obejmowanie i takie tam 😀
Ponieważ ten tam na górze, w którego nie wierzę, jednak mnie lubi – to zapewnił mi obecność kogoś takiego w ten weekend.
W związku z tym udało mi się obejrzeć następujące hity horrorzastej produkcji: „Łowcy wampirów”, „Dom w głębi lasu”, „Prometeusz” i „11-11-11”.
Omówię je pokrótce – ponieważ każdy stanowi egzemplarz z zupełnie innej kategorii.

Na „11-11-11” (z roku – a jakże – 2011 :P) zasadzałam się od dawna – zachęciły mnie zapowiedzi, zwiastuny i raczej entuzjastyczne wypowiedzi widzów w necie.
„Po tragicznej śmierci żony i dziecka, słynny amerykański pisarz Joseph Crone (Timothy Gibbs), udaje się do Barcelony, by pogodzić się z bratem i umierającym ojcem. Niespodziewanie, jego życie przybiera zupełnie inny kierunek, gdy zaczyna doświadczać szeregu dziwnych wydarzeń, mających związek z liczbą 11. Ciekawość zmieniająca się w obsesję, prowadzi Josepha do odkrycia przerażającej prawdy i ujawnienia apokaliptycznej daty 11-11-11…”
No i zaczęło się obiecująco… jednak im częściej w filmie pojawiało się zbliżenie na zegar, wyświetlający oczywiście godzinę 11:11 – im częściej odkrywano jakieś średniowieczne stare księgi a w nich zapiski na ten temat – im bardziej czułam się atakowana tą datą czy tymi liczbami ze wszystkich stron i na każdym roku – tym bardziej moje zainteresowanie dla wyjaśnienia tajemnicy gasło… a słowa eleven-eleven-eleven padały z ekranu tyle razy, że po pewnym czasie – zamiast grozy – wywoływały na mojej twarzy uśmiech…
Więc kiedy na koniec okazało się (uwaga – spojler !!!) że praktycznie wszyscy byli w zmowie spiskując przeciw pisarzowi, włącznie z jego amerykańską przyjaciółką, menedżerem i umierającym ojcem podłączonym do aparatury wspomagającej procesy życiowe; że „fałszywym prorokiem” i demonem okazał się ksiądz poruszający się na wózku inwalidzkim, przez większą część filmu emanujący żarliwą wiarą… i kiedy, teoretycznie zaskakując widzów – okazało się, że wszystko jest na odwrót niż sądziliśmy, zło działało pod maską dobra a ci – których braliśmy za demony to naprawdę anioły próbujące ocalić świat – to nawet ich przegrana nie wzbudziła we mnie większych emocji… ani bombastyczna prezentacja tej nowej religii, jej diabelskiej Biblii i piekielnych psalmów…
I nie – nie dlatego, że jestem taka zua czy demoniczna i zacieram łapki, kiedy złe moce biorą górę w walce, ale raczej z powodu braku finezji w budowaniu fabuły i obrazu.
Odczułam coś w rodzaju przesytu i lekkiej urazy – bo to trochę tak, jakby reżyser nie wierzył w moją inteligencję oraz zdolność odbierania przekazu, jakikolwiek on by był, i przesadził z ilością sił i środków wyrazu – a tego nie lubię.

Film „Łowcy wampirów” Johna Carpentera sprzed 15 lat – to coś z zupełnie innej beczki – w konwencji westernowej i z elementami mocno komediowymi, wprost cudownie pasującymi do fabuły, będącej adaptacją powieści Johna Steakly’ego „Vampires”. I tak – jak poprzedni obraz starał się zachować śmiertelną zgoła powagę, co mu na dobre nie wyszło – to tu – wręcz przeciwnie 🙂
Bohaterami tego gotyckiego horroru są: nieśmiertelny superwampir Valek (Thomas Ian Griffith) oraz jego wróg, Jack (James Wood) – dowodzący oddziałem pogromców… Jack musi zabić Valka, zanim ten odnajdzie legendarną relikwię, magiczny krzyż, dzięki któremu będzie mógł grasować nie tylko w nocy, ale również w dzień – a wtedy przejęcie władzy nad światem z pomocą armii udoskonalonych krwiopijców stanie się łatwe i apokaliptycznie pewne.
W tej historii nie może zabraknąć szczypty erotyzmu – i zapewniają nam, może nawet więcej niż szczyptę, niewątpliwe wdzięki magnetycznej Sheryl Lee (niezapomnianej Laury Palmer z „Twin Peaks”) a ukąszenie wampira czyni ją jeszcze bardziej intrygująco pociągającą i apetycznie seksowną 😀
Te kilka dni do pełnej przemiany – mówię Wam, panowie – mmrrrrrr…

„Prometeusz”
Obiecywałam sobie – że tylko na dużym ekranie – ale nie wyszło, sory.
I z pewnością obraz wielokrotnie większy, wzmocniony potężnym dźwiękiem (choć tu akurat sobie nie żałowaliśmy, sory, sąsiedzi) i atmosferą kina, ciemnej sali i słyszalnymi reakcjami widzów zostałby odebrany lepiej i zadziałby mocniej.
Ale i tak było nieźle. Nawet w porównaniu z sagą o „obcych” film prezentuje się całkiem nieźle.
Może dlatego tak to odebrałam – bo ani nie spodziewałam się arcydzieła, ani że Noomi Rapace dorówna S. Weaver, choć przyznaję, zaskoczyła mnie trochę początkowa „miękkość” granej przez nią postaci… później – kiedy zhardziała, wzmocniona walką o przetrwanie, zrobiło się ciekawiej…
Poza tym film oglądany na ekranie monitora skierował moją uwagę na inne składniki obrazu niż stricte wizualny przepych, bajeczną gigerowską scenografię i efekty specjalne, których znaczenia nie chciałabym przeceniać.
Na nowe elementy układanki, tworzącej historię Obcych, częściowo wyjaśniające ich pochodzenie oraz powiązania Ksenomorfów z tajemniczą rasą, której skamieniałego przedstawiciela poznajemy w pierwszej części serii.
Na ciekawe zderzenie zróżnicowanych postaw dwojga naukowców przewodniczących ekspedycji, a także zestawienie postaci kapitana i androida Davida…
Plus ulubiony przez Ridleya Scotta i często wykorzystywany w reżyserowanych przez niego filmach dialog między człowiekiem i maszyną.
Na przestrzenność filmu – rezygnację z klaustrofobicznego klimatu, mglistych i przytłaczających miejsc i wnętrz na rzecz krajobrazów, które nie odbierają widzom poczucia bezpieczeństwa – są przyjemne, spokojne, barwne – niemal sielskie.
Niestety – finał, zamiast stać się najmocniejszą stroną filmu staje się fabularnym idiotyzmem…
Bo jak wytłumaczyć fakt, że pani doktor przeprowadza sama na sobie operację wycięcia macicy wraz z Ksenomorfem, maszyna zaszywa jej półmetrową ranę na brzuchu czymś podobnym do metalowych zszywek, ciach ciach ciach – i już nasza pacjentka gania po statku i nie tylko, dokonując czynów bohaterskich lekko tylko krzywiąc się z bólu?
I nie przekonują mnie pomysły z jakimiś super-hiper-cudownymi środkami przeciwbólowymi – to się zbytnio nie trzyma kupy.
Plus znikome prawdopodobieństwo sytuacji, w której wykształceni i wszechstronnie przygotowani do wyprawy naukowcy będą radośnie wyciągać łapy do nieznanych form życia na obcej planecie z tekstem, który mnie rozwalił – „a kuci kuci kuci chodź do tatusia” czy jakoś tak.
Niech już sobie gaworzą debilnie, może ich zatkało i to dlatego, ale z bezpiecznej odległości, bo ich zachowanie przeczy logice i wrodzonemu instynktowi ostrożności, nieobcemu nawet ślimakom czy szczeżujom.
Ale ok ok, może moje wymagania są zbyt wysokie, choć co prawda zapewniano, że mamy do czynienia z super-produkcją sf a nie głupawym horrorkiem, w którym las pojawia się po to – żeby mógł się w nim zgubić jakiś głupek, przez połowę projekcji krzyczysz do ekranu – „Ej, co ty robisz!!! Nie wchodź tam!!!” a kiedy jeden lub więcej bohaterów wzywa pomocy – to oczywiście w tym akurat momencie jedyną osobę, odpowiedzialną za czuwanie nad jego misją, nachodzi ochota na mały kosmiczny numerek… coś Wam to przypomina? 🙂

W tym więc filmowym towarzystwie nieoczekiwanie wygrywa „Dom w głębi lasu” – do obejrzenia którego Mój Osobisty Przytulaśny musiał mnie przekonywać, wspominając o bardzo pozytywnych opiniach jego znajomych w tym temacie.
Film, zakwalifikowany do kategorii „horror/groteska filmowa” jest dokładnie tym właśnie.
Ale – jeżeli sądzicie, że jest przewidywalny – to się mylicie i to grubo.
Zaczyna się jak setki podobnych – grupa nastolatków, wyprawa do lasu, nocleg w drewnianej chacie…
Ktoś z kimś stanowi parę, ktoś inny ma nadzieję, że po tym weekendzie swoją parę znajdzie – klasyka.
Jeszcze scena na stacji benzynowej z tajemniczo i złowieszczo brzmiącą przestrogą – wciąż się Wam wydaje, że wiecie co będzie dalej?
Jeśli razem z bohaterami dotarliście już do tytułowego domu i zaczęło się straszenie, drzwi do piwnicy, bestie, potwory i inne takie…
Jeśli nie zastanowiły Was intrygujące – bo kompletnie nie pasujące do fabuły przerywniki – a to jakiś agent z podsłuchem na dachu, a to jakieś zagadkowe studio telewizyjne, w którym na ekranach… ok, bez spojlowania…
Jeśli to wszystko nie spowodowało opadu szczęki niżej niż ta piwnica i nie zmusiło do obejrzenia całości, do końca, w coraz większym zadziwieniu – no to ja już nie wiem…
Recenzent na filmwebie zatytułował swój opis „orgia przemocy i humoru” i dokładnie się z nim zgadzam.
Bo rzeczywiście krew leje się strumieniami i flaki latają po ekranie – ale film zdecydowanie nie jest tym, czym się wydaje, przynajmniej na początku.
I nie chodzi jedynie o mistrzowskie scenki, podczas których opluwasz monitor ze śmiechu… i o cudowne, genialne postaci – ten chłopaczek wiecznie jarający i ujarany – miodzio.
Ale generalnie o odpowiedź na pytanie – o co tu, kurna, chodzi i co właściwie się dzieje…
Pytania te tak mnie ekscytowały, że z oczami jak spodki co chwila stopowałam film i usiłowałam znaleźć rozwiązanie…
A może chodzi o reality-show, w którym nieświadomie bierze udział piątka przyjaciół…
A może to równoległa rzeczywistość czy coś, w której dopuszczalne są polowania na ludzi – tu pozwalam sobie przytoczyć jedne z moich pierwszych pomysłów – rzecz jasna – całkowicie błędnych.
Wyjaśnienie, to – w jaki sposób je poznamy, jak odmieni ono nasze spojrzenie na całą sytuację, na bohaterów – nawet na nasze im kibicowanie – no kurna, to majstersztyk 🙂
Plus finałowa rozgrywka.
I dwa ostatnie kadry.
Mniam.

No to miłych horrorowych wrażeń życzę!!!

(Rozlega się wycie wilka, upiorny chór szeptów, których siła narasta z każdą sekundą, wybuch złowrogiego chichotu – i jak cios zakrwawionego topora – uderzenie ciszy….. ale czy na pewno?)