Tagi

, , ,

AG (sierpień 2013)

Z powodu upałów nie wystawiam nosa ze swojej trumienki, zabarykadowana, zaroletowana, zaciemniona – okna otwieram tylko nocą, i cały czas oglądam filmy, starając się nie przekraczać przyswajalnego dla umysłu limitu – najwyżej 2 na dobę. Oto wyniki remanentu ostatnich dni:


„Księga Dnia Zagłady” – japoński, to trzy osobne nowele, trochę filozoficzne, bardziej sf, szczególnie ta środkowa rewelacyjna, w bardzo ” dickowskim” klimacie. Interesujące i zróżnicowane zestawienie tematów. Polecam.

„Pochowajcie mnie pod podłogą” – obsypany nagrodami rosyjski dramat, szczegółowy obraz skomplikowanych i niejednoznacznych relacji rodzinnych i podjazdowej, nie przebierającej w środkach walki o władzę nad dzieckiem na tle bardzo rosyjskich, czasem groteskowych, genialnie zarysowanych codziennych realiów – ale do mnie chyba nie do końca przemówiła przerysowana forma opowieści. Mimo to czas projekcji nie okaże się straconym, zapewniam.

„Ba – bi” koreański – prościutka, kameralna, choć bardzo dramatyczna i wstrząsająca historia, tu żadnych przerysowań, żadnego fałszu na dnie, a dzieciaki grają genialnie. Polecam gorąco.

„Nie płacz mamo” – kolejny koreański, kompletnie inna tematyka – ale podobnie mocno wali po emocjach, reżyser od początku do końca trzyma widza za gardło, zmuszając do niepoprawnych politycznie myśli – w moim wypadku okrzyków na całą uśpioną dzielnicę „zabij go, rany, sprawdź, może jeszcze żyje i dobij”. Szczerze polecam.

„What Maisie Knew” czyli rozwód rodziców – a dziecko, ale w zupełnie innej i dalekiej od banału wersji. Ekranizacja powieści H. Jamesa, naprawdę świetny, polecam.

„Ważki” – norweski, poetycki i kameralny o fajnym klimacie miejsca niemal odciętego od świata, szalejąca dzika przyroda i takie tam. W filmie pada niewiele słów, a jego wymowa nie jest jednoznaczna – ja odebrałam go jako opowieść o parze, której głównym elementem więzi jest rozpacz i lęk przed samotnością, szukanie ratunku na oślep i wbrew wszystkim. Jak kruche są to elementy dowiedzie chwila próby – ale czy finalnie uda się tę więź odbudować? Warto obejrzeć choćby dla próby odpowiedzi.

Niemiecki „Der Turm/Zamek” – lata 80te w Niemczech Wschodnich, kilka lat z życia rodziny i ich przyjaciół, dramaty, romanse, tajemnice i tragedie, na wyrazistym tle przemian politycznych, mocno wpływającym na rozwój akcji opowieści. Interesujący, zwłaszcza dla mnie, osoby doskonale pamiętające owe czasy – ale z własnego, polskiego podwórka, porównanie z niemieckim przynosi zaskakujące wnioski. Polecam, dla uzupełnienia wiedzy historycznej, a i fabuła nie zanudzi, na bank.

„Wielkie wesele” – komedia pomyłek w gwiazdorskiej obsadzie, z nutką W.Allena w tle, lekka i zgrabna, żadnych cudów – ale na upały jak wiosenny deszczyk czy chłodny natrysk, co kto woli 🙂

„Violeta poszła do nieba” – kino zupełnie innego typu i kalibru. Koprodukcja – Brazylia, Argentyna, Chile, 2011.Ciekawa, niechronologiczna konstrukcja. Biograficzny. Słynna chilijska pieśniarka Violeta Parra, ikona muzyki folk, twórczyni nurtu muzycznego o nazwie Nueva Cancion, poza tym wszechstronna artystka: kompozytorka, malarka. Całe życie zbierała i spisywała stare piosenki ludowe, do szaleństwa zakochała się też w młodszym o 19 lat szwajcarskim muzykancie… trochę więc romansu, sporo egzotycznej chilijskiej rzeczywistości – i ocean wspaniałej muzyki. Warto obejrzeć.

„Całkiem nowe życie/A Brand New Life/Yeo-haeng-ja” (2009) Na tle wcześniej omawianych koreańskich produkcji wypada trochę blado, choć nie sposób odmówić mu pewnych zalet, jak choćby specyficznego uroku wschodniej egzotyki czy rozbrajająco naturalnej gry w zasadzie całej grupy dzieciaków, nie wspominając o Sae Ron Kim, wykonującej rolę pierwszoplanową. Zwróciłam na nią uwagę w omawianym wcześniej „Ba-bi” i w thrillerze „I-woot-sa-lam” – prócz ujmującej szczerości wykonawstwa świetna twarz i spojrzenie, którego się nie zapomina – wróżę jej karierę, jak np siostrom Fanning czy Chloë Grace Moretz.

„Skóra” (RPA, Wielka Brytania) 2008 – również biograficzny, historia fascynująca, nieźle zagrana, jednak opowiedziana tak sobie średnio, moim zdaniem. Wydaje mi się, że z niezwykłego przypadku genetycznego można było uczynić kanwę znacznie bardziej emocjonującej opowieści. Ale, żeby było sprawiedliwie – klimat przełomu lat 50/60tych oddany starannie, ze szczególnym uwzględnieniem ówczesnych realiów społecznych i apartheidu.

„Lore” 2012, niemiecki – kolejny w tej grupie ściśle powiązany z historią tego kraju, tym razem wojenną, a konkretnie z momentem, kiedy przegrana staje się nieunikniona i oczywista, a w jej obliczu następują bolesne przewartościowania, czasem jedynie próby ukrycia faszystowskiej działalności, członkostwa w organizacjach, czynnego udziału w rozstrzeliwaniach, torturach, pracy w obozach koncentracyjnych.
Lore to imię 14latki, która z dnia na dzień musi zmienić się z rozpieszczanej córeczki w dojrzałą opiekunkę kilkorga rodzeństwa. Tej roli sprosta bez trudu – znacznie więcej bólu, sił i upokorzeń będzie ją jednak kosztować konfrontacja z prawdziwym obliczem świata, w którego zafałszowaną wersję wierzyła bezgranicznie i bez zastrzeżeń, a teraz, na jej oczach ów świat się rozpadał, gnił i cuchnął.
Dziewczyna długo broni się, rozpaczliwie czepia swojej wiary, w końcu prawda walnie ją między oczy, wtedy Lore dostrzeże cały fałsz i weźmie go „na klatę”.
Wielce symboliczna scena, w której niszczy kolekcję porcelanowych figurek babci (kruchych jak skomplikowana konstrukcja pozorów i kłamstw, z których zbudowane było jej życie), dokłada do sterty tego nieszczęsnego jelonka, jedyną ocalałą pamiątkę z rodzinnego domu, i precyzyjnie, z całej siły, depcze go aż ten rozsypuje się w proch – doskonale obrazuje tę jej przemianę, zerwanie z przeszłością.
W ciągu kilku dni, w których toczy się akcja filmu Lore przechodzi inicjację – staje się dorosła. Nie przegapcie tej pozycji !!!

I kolejny, tym razem amerykański film o dojrzewaniu – 13letniej Jasiry w „Towelhead/Nic świętego” z 2007r. Lata 90te (okres wojny w Zatoce Perskiej), zetknięcie 2 kultur (ojciec Jasiry jest libańskiego pochodzenia), nierzadko rozpaczliwe metody wychowawcze ojca, któremu przypadło w udziale zajęcie się córką w naprawdę trudnym wieku – plus pierwsze erotyczne odkrycia dziewczyny, w której ciele zaczęły szaleć hormony – wszystko stanowi, jak łatwo się domyśleć, mieszankę wybuchową. I, paradoksalnie, choć w opowiadanej historii mają miejsce wydarzenia dramatyczne: molestowanie nieletniej, gwałt, ostre przypadki rasizmu, przemoc – to nie ma w niej krzyku protestu, przesadnego tragizowania, eskalacji emocji.
Charakteryzuje ją spory dystans do dziejących się wydarzeń i, IMO, wypływa to z faktu, iż autorką narracji jest sama Jasira.
Jakkolwiek zdezorientowana, nie umiejąca odróżnić dobra od zła, tego co właściwe, od nagannego, zagubiona co do swojej tożsamości narodowej, słuszności i celu zakazów ojca, zagubiona w swojej ocenie innych jak i siebie samej – nie dramatyzuje, traktuje wszystko to, co ją spotyka jak „normalne”, aczkolwiek kłopotliwe 🙂 Gorąco polecam – zdecydowanie warto obejrzeć !!!

I na koniec – jeszcze ciepłe „Byzantium”, tematyka wampiryczna, więc jak dla mnie niekoniecznie, ale Neil Jordan, sam Neil Jordan – więc się skusiłam, ponieważ kocham jego filmy, w zasadzie wszystkie, no może poza „Ondine” z Curusiową… początek zachęcający i klimatyczny, zobaczmy więc …
Niestety – i na zalukaj, i na alekino.tv, w zasadzie wszędzie gdzie film był dostępny online – kopie okazały się słabiutkie bardzo, co w wypadku filmu, gdzie obraz i wrażenia wzrokowe są wyjątkowo istotne – zadziałało na duuuży minus.
I nie mówię tu o filmie w ogóle, ale o specyfice kina tego reżysera, który IMO po mistrzowsku potrafi budować klimat przy pomocy obrazu. Może Jordan miał po prostu szczęście do operatorów, ale w jego filmach sposób wykorzystania mocy obrazu do kreowania osobliwej atmosfery: pełnej melancholii, poetyckiej, baśniowej, monumentalnej czy powodującej ciary na plecach… to – w jaki sposób uczynił to w „Grze pozorów”, „Chłopaku rzeźnika” , „Śniadaniu na Plutonie” czy w „Odważnej” podniosło poprzeczkę oczekiwań wobec jego dzieł tak wysoko, że teraz trudno zadowolić się poziomem zaledwie średnim..
Bo, niestety, „Byzantium” to w moim odczuciu kolejna po „Ondine” wpadka świetnego reżysera, niezależnie od jakości kopii, jak sądzę.
Opowieść zalatuje banałem Zmierzchu, a elementy fabuły, które, nieco upraszczając, nazwę mizoginistycznymi – jakoś nie przekonały i spowodowały u mnie coś na kształt zawstydzonego obruszenia.
Obejrzałam do końca, tak łatwo się nie poddaję, ale ….
Jasne, jest świetnie napisana i zagrana postać Eleonor, tajemniczej, małomównej i kierującej się specyficznym kodeksem moralnym, dodatkowo ma niemal nieruchomą, frapującą twarz, której niezwykła uroda przywołuje w pamięci Venus Boticellego – uważam, że to właśnie jej rola „trzyma” cały film.
Ale na drugim końcu skali, przykładowo, umieściłabym scenę, w której strumienie wodospadów zaczynają spływać krwią… może to po części kwestia jakości kopii, ale obraz, w zamyśle monumentalny – wydał mi się żenująco śmieszny. Obejrzyjcie jednak – a potem porównamy wrażenia 🙂

Niezależnie od prognoz długoterminowych pozwolę sobie zamęczać Państwa swoją pisaniną, bez końca, bez przerwy, dzień i noc, świątek czy piątek, nałogowo, metodycznie, notorycznie, permanentnie, stanowczo, nieubłaganie, i ani chybi. Nie liczcie na oberwania chmur, trąby powietrzne, grad wielkości pomarańczy ani atak kosmitów – kolejna porcja moich filmowych refleksji niebawem 🙂