Tagi

AG (sierpień 2013.)

Ten „zdwojony” wywiad (którego pierwszą część właśnie czytacie – a druga niebawem) to konsekwencja szczęśliwego przypadku. I wszechmocy facebooka, oczywiście… Czasem wystarczy link wysłany przez znajomego, w efekcie błysk zaciekawienia, odrobina dociekliwości – i już. 🙂
Ale o wszystkim opowie Klaudyna, na początek. 🙂

Drzoanna: Powiedz mi, proszę – jak długo się znamy? Pamiętasz?

Klaudyna (Luna) Kopała: Patrząc na znajomość w ogóle, poznałyśmy się już dawno na którymś z Electroperversion albo Cold Gothic Night, mijałyśmy się też na koncertach… Liczyłabym jakieś 4 lata. 🙂

D: Czyli zapewne widywałyśmy się jeszcze w Kazamatach albo nawet w Face2Face?

Klaudyna: Kazamaty i knajpka na Mostowej – to chyba Face2Face, chociaż nie, to na Paulińskiej… na Mostowej była jeszcze inna… Pamiętam też jedną edycję na Józefa w kolejnej już nie istniejącej klimatycznej knajpce. Niestety trochę mi się zacierają nazwy knajp. W Krakowie to się tak często zmienia.

D: Faktycznie, knajpki padają, miejsca się zmieniają – tylko my zostajemy. 😛 A teraz ja Ci się przyznam, w którym momencie sama uświadomiłam sobie, że Cię kojarzę, będziesz się śmiać, spoko, pozwalam. 🙂 Musiałam widywać Cię wcześniej, niż 4 lata temu, z pewnością wcześniej – skoro natychmiast rozpoznałam Cię na jakichś filmach dokumentalnych o Castle Party z lat 2008 czy 2009…
sama na festiwal nie jeżdżę, ale z przyjemnością oglądam wszystkie dostępne w necie materiały i wypatruję znajomych, to takie hobby. 🙂 No i kiedy wypatrzyłam Cię wśród tłumów na zamku od razu podskoczyłam – tak, znam ją, znam!!! 🙂 Tak czy owak, mimo tej długiej znajomości nigdy nie zgadałyśmy się, jakoś nie było okazji – na temat Twojego Taty…

Klaudyna: Faktycznie nie było okazji jakoś o nim pogadać, na gotyckich imprezach rodzice nie zawsze są głównym tematem. 🙂

D: Ha ha, dokładnie. 😛 Dzieją się różne rzeczy – ale o rodzicach jakoś się nie rozmawia, raczej, i gdyby nie pozdrowienia z Londynu i ten link wysłany na fb z propozycją „zalajkowania” – nadal bym nie wiedziała.

(Tu wyjaśnienie: oto rzeczony link: https://www.facebook.com/Megatonaband, a potem każde słowo naszej rozmowy na fejsie powodowało coraz niższy opad mojej szczeny… bo usłyszałam, że „mój ojciec będzie miał heavymetalowy koncert w sobotę i w ramach rodzinnego wsparcia proszę znajomych o lajka na stronie, bo chcemy go trochę rozreklamować na dobry początek ;)”.
Ja na słowo „heavymetalowy” podskoczyłam wirtualnie, zaczęłam się dopytywać i tak oto dowiedziałam się, że (moja szczęka zrobiła dziurę w podłodze) ojciec Klaudyny to Jarek Kopała, w latach 80tych gitarzysta zespołu o nazwie Hammer, który występował w Jarocinie, nawet wygrał jedną z edycji i… stop, stop 🙂
Na razie skupmy się na rozmowie z Klaudyną, a o kapeli, koncertach i festiwalach porozmawiam z jej tatą nieco później. – przyp. autora)

D: Kiedy próbuję sobie wyobrazić dom z muzyką heavymetalową w tle, to myślę sobie, że musiało to w jakiś sposób wpłynąć na Twoje dzieciństwo czy dorastanie… czy Twoje życie, Klaudyna, faktycznie różniło się od codzienności Twoich rówieśników? Na czym to polegało i kiedy zdałaś sobie z tej inności sprawę?
No wiesz – inni ojcowie zakładają krawat i w garniaku jadą do pracy o 7 rano… A Twój to może sypiał do południa, nosił tiszert z czachą, a wieczorami z piwnicy, w której grywał z kapelę, dobiegały riffy jego gitary i łomot perkusji… plus rockandrollowe życie i takie tam. 😛

Klaudyna: Od początku musiałam sobie z tego zdawać sprawę. Gdy rodzice każą dzieciom ściszać telewizor podczas oglądania ulubionych kreskówek, ja prześcigałam się z tatą w głośnikach. On grał w swojej pracowni na elektrycznej gitarze firmy Gibson, ćwicząc przed kolejnym koncertem, a ja, czasem ze złością, podgłaśniałam telewizor „na fulla” – niestety to nie pomagało, gitara jest nie do pokonania, jeśli ktoś ma dobry wzmacniacz…
Ale oczywiście to nie były tylko dramatyczne historie. Tata jako muzyk był po prostu inny od ojców koleżanek – miał nietypowe stroje, skórzane kurtki, w pokoju wisiały mroczne obrazy. Mam takie zabawne wspomnienie „muzyczne”: gdy miałam 6 lat i zbierało się kartki z zespołami do segregatorów, to ojciec mnie w żartach ostrzegł, że mnie wydziedziczy, jeśli będę zbierać Just 5…
Wtedy nabrałam jakiegoś poczucia, że chyba rodzaj muzyki jest ważny, chociaż sama zaczęłam słuchać czegokolwiek później… A tata, jak to tata, faktycznie po imprezach i koncertach odsypiał nieraz do południa. To nie było dla mnie dziwne czy przykre, chociaż raz czy dwa spóźniliśmy się do przedszkola.

D: Więc jednak. 🙂 Zastanawiałam się, czy rodzice/tata chcieli Cię jakoś przed tym „innym” życiem chronić, czy ze spokojem dołączyli do Twojego dzieciństwa te „rockandrollowe” elementy… a Twoi rówieśnicy – jak to przyjmowali? Zazdrościli? Traktowali Cię jak taką trochę dziwną? Może nadskakiwali i próbowali zdobyć dzięki Tobie autografy czy bilet na koncert?

Klaudyna: Myślę, że rodzice zaszczepiali mi „rockandrolla” jakoś w miarę rozsądku. Jako dziecko nie byłam ubrana na czarno, ale nikt nigdy mnie nie zmuszał do ubierania różowych sukienek – których jakoś nie lubiłam i pierwszy raz ubrałam kieckę mając 12 lat. W domu zawsze słychać było rockową muzykę, więc to mi się kojarzy z czymś swojskim i bliskim, tak jak każdemu to, co słyszał w dzieciństwie.

Co do rówieśników, to trochę bardziej złożone.

Jak tata najwięcej koncertował, a ja byłam w podstawówce, to takie rzeczy nie były jeszcze dla dzieciaków ważne. Później u niego były zmiany zespołów i przeprowadził się do Anglii, więc udział w jego koncertach mnie trochę ominął. Raczej nie patrzono na mnie jak na „normalną” dziewczynę. W gimnazjum na imprezę integracyjną ubrałam się po gotycku, w długie czarne rękawiczki mamy i czarną kieckę. Gdy się malowałam, pytałam w obawie mamę, czy nie nakładam za dużo makijażu, a ona mi mówiła, żeby dołożyć więcej tuszu, bo to przecież ma być dobra zabawa. Oczywiście wzbudzałam sporo szoku.
Teraz mam trochę wrażenie, że przesadzałam, ale co zrobić. W gimnazjum też puszczałam koleżankom stare nagrania taty i to było coś świetnego. Na co dzień słuchałyśmy wtedy rzeczy typu Nirvana, ale ta muzyka ojca była taka miejscami „przegięta”, że czasem miałam wrażenie, że to coś zakazanego i buntowniczego właśnie. Ale nigdy nie przyznawałam się do tego tacie. Chociaż chyba właśnie przyjaciółka raz chciała mu wysyłać fanowskie maile, nigdy go nie spytałam, czy w końcu je dostał. 🙂

D: A tak szczerze, wiesz… wtedy, jako dziecko, kibicowałaś występom taty czy raczej marudziłaś, że za mało czasu spędza w domu, zbyt rzadko zajmuje się Tobą?

Klaudyna: Myślę, że niestety bardziej marudziłam… dzieci to prawdziwe wampiry, hah… Mama nie pozwalała mi chodzić na koncerty ojca, chociaż bywałam na jego imprezach czasami, gdy miała jakieś wyjazdy służbowe. Ojciec mi rekompensował taki brak czasu. Potrafił wracając z koncertu w środku nocy przynieść mi kurczaka z rożna, bo uznał, że to bardzo smaczne, więc czemu nie. Pamiętam właśnie, że była taka sytuacja, że obudziłam się w nocy, jak wracał i dostałam spóźnioną wspólną kolację.
Dużo czasu spędzałam w szkole, na zajęciach pozalekcyjnych i tak dalej. Rodzice byli zajęci, każdy miał swoje sprawy, a tata pracował bardziej wieczorami i to była ta różnica, dlatego bardziej mi go brakowało.

D: Czyli nigdy nie byłaś na koncercie taty, jako dziecko? Ale później?

Klaudyna: Bywałam na jego próbach z zespołem. Tata mnie nie wciągał w muzykę, tak szczerze to myślę, że bym mu przeszkadzała w próbie. Byłam strasznie pobudzonym dzieciakiem i szybko się nudziłam w jednym miejscu. Później tata grał w Anglii, widywaliśmy się rzadziej i dopiero niedawno to nadrobiłam – może dlatego byłam tak podekscytowana tym koncertem. Jakby to powiedzieli znajomi mojego ojca: „wreszcie zobaczyłam koncert Kopały”. To faktycznie zabawnie wygląda – całe życie z muzykiem, a zobaczyłam go dopiero jako dorosła dziewczyna. Taki paradoks trochę. Wcześniej widziałam tylko nagrania i podsłuchiwałam, co grali na próbach.

D: Czyli ten teraz, w Anglii – to pierwszy koncert taty, na jakim byłaś? Żadnego wcześniejszego chowania się za kulisami czy skakania pod sceną?

Klaudyna: Tak, na to wygląda… Ale tak to bywa – rodzinne sprawy miały się różnie i w pewnym momencie chyba mama tutaj kładła nacisk, żebym nie bywała. Myślę, że główny powód to bardzo „przesadzone” teksty piosenek, nie wiem jak to dokładnie ująć… Tata o kwiatkach nie śpiewa. 😉

D: Rozumiem – słowa utworów lekko hardkorowe. 😛 Zbyt hardkorowe dla dziecka. 🙂

Klaudyna: Piosenki inspirowane mocno muzyką rockową, starą muzyką rockową, no jednak dotyczą seksu, imprez… Tak, stanowczo hardkorowe.

D: Jasne. 🙂 Dokonania muzyczne taty były Ci znane z nagrań, o których wspomniałaś. 🙂 Ale czy tata grywał w domu, tak dla przyjemności albo dla Ciebie, bo prosiłaś, może na dobranoc czy coś?

Klaudyna: Nie, tata ma bardzo konkretny pomysł na muzykę, to znaczy jak go poprosić, to może pokazać, bo potrafi, ale raczej chce grać swoje kompozycje, a one wymagają strasznego hałasu. Gitary akustycznej nie mieliśmy, tylko elektryczną. Ale lubiłam czasem podsłuchać, co grał. Często też siedział nad materiałem, odsłuchiwał, szukał błędów albo chciał coś zmieniać w tych swoich kompozycjach, mnóstwo czasu nad tym spędzał. To czasami było strasznie głośne i nawet bywało, że wolałam wyjść z domu na spacer. Śmieję się trochę, że słuch mi nadpsuło to dzieciństwo. 🙂
Nie wiem, czy tata kiedykolwiek grał muzykę nie dla przyjemności. Chyba grał tylko tak jak mu się podobało, naprawdę potrafił to robić godzinami.
A ile kreskówek przez to niedosłyszałam!

D: Biedulka. 😛

Klaudyna: To jest w sumie trochę oburzające dla dziecka. 🙂 „Tato, uspokój się, przeszkadzasz mi”, świat odwrócony do góry nogami.

D: Jasne – w „normalnym” domu jest dokładnie na odwrót. 😛

Ale wspomniałaś też o mamie – chciałabym, jeśli można zapytać o Twoją mamę – też związana jest w jakiś sposób ze sceniczną działalnością?

Klaudyna: Nie, mama była fanką punk rocka i to pewnie w dużej mierze rodziców łączyło. Ona była odbiorcą. Myślę, że do pewnego momentu na pewno musiała lubić tą muzykę. Jednak w pewnym momencie musiała zająć się karierą bardziej i chyba głośne imprezowe życie po prostu było dla niej już obce, była wtedy w służbie celnej, teraz już zmieniła branżę – ale wciąż to nie jest muzyka. 🙂 Ale mamie trzeba przyznać, że mimo wszystko miała zawsze punkrockowe podejście do życia. Rodzice nigdy mi w ogóle niczego nie zabraniali.
Rówieśnicy mieli tak, zwłaszcza w gimnazjum, że musieli wracać do domu przed 20, a ja nigdy nie rozumiałam, czemu nie pogadają z rodziną i nie mogą posiedzieć godzinę dłużej. Nie widziałam w tym problemu i to było nie do pojęcia dla mnie wtedy.

D: A czy Ty sama nigdy nie myślałaś, żeby też spróbować swoich sił w branży muzycznej?

Klaudyna: Może czasem pojawiało się coś takiego. Ale niestety ostatecznie nigdy nie miałam cierpliwości albo smykałki, żeby samej nauczyć się grać na instrumencie.

D: A śpiew?

Klaudyna: Jak byłam młodsza, gdy mieszkałam jeszcze z tatą, to faktycznie, jakieś konkursy nawet wygrywałam i tak dalej. Później jakoś straciłam werwę i bardziej wciągnęłam się w sztukę „na papierze”. Łatwiej mi komponować tekst niż piosenkę . Co nie znaczy, że nie lubię skoczyć na karaoke. 🙂
Stanowczo, jestem bardziej słuchaczką.

D: Jasne. 🙂 O Twoje własne pasje zapytam za chwilę – ale czy mocna muzyka, jaka grywa Twój tata, ukształtowała Twój muzyczny gust? Może większe znaczenie miały raczej jakieś rozmowy na temat różnych brzmień?

Klaudyna: Na pewno. Generalnie załapałam duże… wyczucie rytmu. Jak rytm mnie porywa, to nie potrafię nie tańczyć lub przynajmniej nie zatupać w takt obcasem. Muzyka powinna być głośna i porywać energetycznie. Jest sporo zespołów, które są podstawą muzyczną dla ojca, dla mnie też jest ona naprawdę bliska.
Tyle, że jako słuchaczka a nie kompozytorka jestem bardziej otwarta, muzyka elektroniczna, w której nie używa się gitar nie jest dla mnie jakoś wybrakowana. Gdyby nie tata, to bym nie doszła w ogóle do gotyku, bo on mi podsunął najpierw Pink Floydów czy AC/DC, od których się odbiłam szukając czegoś mocniejszego i od Mansona do Castle Party już nie było tak daleko. No i co najważniejsze, dla niego każdy zespół gotycko-rockowy zazwyczaj był czymś znajomym, więc czułam akceptację.
Czarny strój nie był dziwny, „odjechane” zdjęcie z imprezy nie było przesadzone. Taka swoboda wyboru.

D: Czyli to – jak wyglądało życie Twojego taty, sposób traktowania Ciebie i ogólnie wychowanie wpłynęło na Twoje postawy życiowe również… A jak to, czym zajmuje się Twój tata wpłynęło na Twoje zainteresowania, to co lubisz robić, Twoje życiowe plany?

Klaudyna: To jest coś, co trzeba powiedzieć o tacie, że on jest artystą w ogóle, nie tylko muzykiem konkretnie. Skończył liceum plastyczne, a jego wielkim mistrzem jest Beksiński. Więc automatycznie stałam się gorącą fanką tego typu sztuki. Tata mi też podsunął Tolkiena i Pratchetta, gdy byłam dzieciakiem. W ogóle na pewno miał duży wpływ na takie podstawy, od których ja się już odbijałam w dalsze strony
Tata malował strasznie posępne obrazy, dużo też robił szkiców komiksowych czy jakichś krajobrazów piórkiem. To mnie bardzo napędzało w stronę malarstwa.
Ale jest jeszcze coś, co trzeba o tym dodać.
Prosiłam tatę: tato, naucz mnie grać na gitarze, a tata dawał mi gitarę i mówił: masz, ucz się… oczywiście po godzinie zabawy mu oddawałam i uznawałam to za trudne.
Tak samo z malarstwem – tato, naucz mnie malować, tata mi stawiał szklankę wody na stole i mówił, masz naszkicuj, a ja po prostu nie potrafiłam.
Tata jest sobą, nie jest jakimś nauczycielem czy trenerem. Nie chciał mi wmuszać swoich hobby, bo on – zawsze to powtarza – sam się tego nauczył, nie miał nauczycieli, a jak mu coś kazali robić, to przestawał w ogóle to lubić.
No i tak to pewnie jest, że gdyby mi „wkuwał” chwyty gitarowe, to mogłabym faktycznie tego nie lubić.

D: OK – to porozmawiajmy o Twoich własnych pasjach. Gdybyś miała je wymienić – to która wydaje się najistotniejsza?

Klaudyna: Chyba najbardziej na chwilę obecną interesuję się wampiryzmem. Chodzi mi oczywiście o szeroko pojętą sztukę związaną z tym tematem. Grzebię w bibliotekach i internecie, żeby gromadzić historię tego wątku w literaturze, plastyce i kulturze – to taki mój cichy pomysł na jakąś przyszłość. Nie mam jeszcze biznesplanów do rozwijania, ale pisanie recenzji sprawia mi dużo przyjemności.
Myślę, że pociągnę ten temat na pracy magisterskiej. Póki co odpoczywam na chwilę od studiów.
Studiowałam religioznawstwo na licencjacie i to była fantastyczna 3-letnia przygoda. Tylko teraz właśnie muszę zacząć myśleć, co dalej i myślę, żeby zajmować się profesjonalnie promocjami tego rodzaju sztuki, ale pomysł nadal się formuje.

D: Czyli z którym z Twoich zainteresowań/pasji wiążesz swoje przyszłe plany zarobkowe, a które raczej pozostaną w sferze hobby? Da się przeprowadzić taki podział?

Klaudyna: Religioznawstwo w Polsce niestety nie istnieje jako branża zawodowa, tylko akademicka. Czasem się posiłkują nią teolodzy, ale oczywiście ja tu mówię o całkowicie naukowym religioznawstwie, nauce o wielu religiach. Tu się pojawia problem. Nie widzę siebie w roli pracownika akademickiego, bo hierarchizacja tam jest strasznie silna, a ja lubię być niezależna. Dlatego chcę wykorzystać religioznawstwo, żeby robić coś ciekawego. O mitologiach wiem dużo, więc może coś się uda, wykorzystując falę popularności mitów o wampirach i literatury tego typu.
Jeśli chodzi o sztukę, dużo eksperymentuję i rysuję, ale do szuflady. Bardziej pewnie się czuję w fotografii, mam trochę pomysłów, ale to nadaje się na hobby, bo komercyjna fotografia chyba by mnie zakręciła tylko dla National Geographic. 🙂

D: Mierzysz wysoko – to dobrze, tak trzeba. 🙂

Klaudyna: Ha ha, dziękuję.

D: Opowiedziałaś po drodze kilka zabawnych historyjek na temat: „mój tata to artysta”, że tak to ujmę. Pamiętasz jeszcze jakąś – na zakończenie naszej rozmowy?

Klaudyna: OK, daj chwilę, muszę wybrać. 🙂

D: Spoko, dawaj wszystkie. 😛

Klaudyna: Czasami się zdarza, że z kimś piszę pierwszy raz na facebooku i ten ktoś mi mówi, że mnie nie kojarzy, ale za to kojarzy mojego tatę z nagrań z lat 80.
Jako córka rockmana i byłej punkrockówy, miałam w życiu dość dużo luzu. Gdy się zainteresowałam językiem niemieckim, to rodzice mnie wysłali na kurs. W tym czasie katechetka była moją wychowawczynią w szkole, więc wszystkie dzieciaki obowiązkowo jeździły na religijne wycieczki i dodatkowe zajęcia z religii.
Ojciec potrafił mocno ofuknąć katechetkę tekstem, że ja tutaj się uczę niemieckiego i nie mam czasu na jakieś „klepanie zdrowasiek” – czasami potrafił być dosadny. Mama potem łagodziła tą sprawę przeprosinami. Jedynym przedmiotem, z którego nie mogłam zdać zaliczenia w podstawówce, była właśnie religia. W pewnym momencie nazbierałam chyba 6 pał pod rząd i rodzice mnie wypisali z tego przedmiotu, bo byłam autentycznie zagrożona… Raczej zawsze panowało u nas agnostyczne podejście do tych spraw.

Z takich zabawnych historii, to dużo ich się przeplatało. Kiedyś w liceum łaziłam do knajpy Popularny, gdzie niechętnie patrzono na dzieciaki. Barman starał się mnie zbyć i kąśliwie zagadał, że pewnie pierwszy raz tam jestem i nigdy piwa nie zamawiałam, na co mu „odfuknęłam”, że: „Coś ty, ja do takich knajp to chodziłam w wieku 6 lat, słuchałam Iron Maiden i grałam w rzutki z tatą”, po czym barman dosłownie mi zwracał honory.
Jeszcze mam takie wspomnienie z komunii: wszystkie dzieciaki miały rodziców ubranych elegancko, tak jak to bywa. Tymczasem mój ojciec przyszedł ubrany w „odjechaną” skórzaną kurtkę i na wszystkich zdjęciach wyglądam jak córcia rockmana – miał wtedy długie włosy po pas, więc robi to wrażenie.

D: Łał, zaczytałam się!!!
Jest jedno jeszcze pytanie, które chcę Ci zadać na koniec, choć po części już na nie dopowiedziałaś.
Tak jak rzadko na imprezach gotyckich rozmawia się o rodzicach – tak samo rzadko chyba można usłyszeć z ust dziecka – że jest dumny z taty czy mamy… Jak tak dobrze policzę, to musiałaś się urodzić sporo po występach taty w Jarocinie… ale w końcu dowiedziałaś się o tym, pamiętasz w jaki sposób? Pamiętasz – jakie to zrobiło na Tobie wrażenie? Ta wygrana, inne festiwale? Co wtedy czułaś?

Klaudyna: Od czasu do czasu słyszę te historie na nowo – gdy tata coś wspomina lub opowiada. To zawsze robi na mnie wielkie wrażenie. Jako dziecko miałam takie poczucie, że ojciec jest świetny. Pewnie większość dzieciaków tak ma, ze uważa swoich rodziców za najlepszych, no a mój ojciec był najlepszy jako artysta. Teraz to może już nie jest taka dziecięca idealizacja, ale na pewno jest to świetne uczucie. Po prostu nie znam nikogo, kto mógłby mu dorównać na gitarze i nie ma nic dziwnego, że wygrywał na festiwalach.

D: Dzięki za miłą pogawędkę, mam nadzieję, że ta z Twoim tatą przebiegnie podobnie gładko i w luźnej atmosferze. 🙂