Tagi

,

AG

Siedzę przy biurku, przez otwarte na oścież okno wpada lekki wietrzyk i pcha prosto w twarz słodki, jesienny zapach dzikiego sadu, którego zielono-żółto-czerwona uroda aż lśni w słońcu… czuję ten wiatr na policzkach i domyślam się słońca i kolorów, ale moje oczy tego nie widzą… moje oczy i cała reszta są w klubie Kwadrat, uszy i serce wciąż słyszą „Rote Sinfonie”.
Muszę jeszcze raz, choć jeden raz, zanurzyć się w tamtym magicznym wieczorze, zapisać wszystkie szczegóły, żeby móc odtwarzać je sobie potem ile razy zechcę i kiedy zechcę.

Do koncertu Lacrimosy w klubie Kwadrat przygotowałam się starannie i dokładnie – już wieczór wcześniej przygotowałam: kompletną garderobę (nawet wersje alternatywne) kartę pocztową z „Elodii” wraz z długopisem (na autografy) i mały prezencik dla Tilo – nie, nie misiaczka – a srebrne(?) ażurowe serduszko na długim łańcuszku.
Miałam nadzieję, że uda mi się go wręczyć – a jak nie, to rzucić na scenę (mam w tym niejaką wprawę 😉 )
Że zawartość muzyczną ostatniej płyty znałam niemal na pamięć wiedzą wszyscy – którzy czytali moją zachwyconą recenzję.

Tak więc 24 września, już po siedemnastej, jechałam taksówką w miejsce, gdzie miały się spełnić moje sny – totalnie nieprzytomna, odurzona, od kilku nocy niemal bez snu, bez obiadu – bo stawał w zaciśniętym z emocji przełyku.
Z mojego domu na ul. Skarżyńskiego jest szmat drogi, zdążyłam więc opowiedzieć Miłemu Panu Taksówkarzowi pół mojego życia – z naciskiem rzecz jasna na Lacrimosę.
Nie wzięłam okularów, więc to Miły Pan Taksówkarz, rozbawiony, odczytuje smsy z mojej komórki (ale może pan równocześnie prowadzić, tak? bo jak coś, to ja potrzymam kierownicę) – to od przyjaciół, że już są.
Pod klubem witam się z Yagą (masz mój bilet, masz mój bilet – nie zapomniałaś???), Kobiauem, Ewą i Tilolą, moją byłą uczennicą (Rany – już w tym roku matura? No niemożliwe)
Wpuszczają, ja w stuprocentowym zaćmieniu umysłu, nieprzytomności i amoku jakoś pokonuję schody (a tak się bałam, że będę to robić o kulach, kurde – trafiona rehabilitacja plus samozaparcie i – voilà !!!)
Na piętrze drzwi jeszcze zamknięte, przyjaciele widząc, że cała się telepię doradzają kupna piwa marki piwo (czyli Lecha, więc na jedno wychodzi 😉 ) a potem rechoczą widząc, ze niemal je rozlewam – tak trzęsą mi się łapy.
Kupuję Lacrimosowy Rewolucyjny tiszert i plakat reklamujący trasę, co prawda zrezygnowałam ze świeczki z logo, za jedyne (tak !!!) 120 zł (Yaga, kochana kobieta, przywiozła mi taki souvenir z WGT) to i tak przeczuwam, że zabraknie mi na taksówkę powrotną.

Nic to – próbuję jakoś ogarnąć plecaczek, plakat i zakupiony tiszercik, oraz poprawić fryzurę (na wypadek, gdyby mnie Tilo rozpoznał) – w tym celu przysiadam się rozpychając bezczelnie obok jakichś sympatycznie wyglądających 2 dziewczyn…
przepraszam za rozpychanie i nieogarnięcie – i słyszę, że spoko i że doskonale rozumieją… kiedy wielkie drzwi wreszcie się otwierają biegniemy wszyscy jak popadło (ej, ale kto dobiegnie pierwszy zajmuje miejsce dla pozostałych, dobra?) ale to te 2 dziewczyny i Tilola są szybciej pod sceną (ech, ten wiek … dzięki, Tilola!!!) Zajmujemy moją ulubioną strefę z lewej przy barierkach – ja między Katią z Wawy a Tilolą, Li z Wrocka z lewej.

Jeszcze zanim „Lacrimosa theme” otworzy koncert (małe opóźnienie wypełniają zrywające się raz po raz oklaski i skandowane „La – cri – mosa!!! La – cri – mosa!!!”) – czujemy, że temperatura pod sceną z pewnością przekroczyła 30 stopni a wilgotność 100% , jednak miły pan ochroniarz twierdzi – że klima zasuwa na full… rozglądamy się po sobie – co by tu zdjąć bez ujmy na honorze i lansie, ja decyduję się jedynie zsunąć nieco siatkowe mitenki…
A będzie jeszcze trudniej – w pewnym momencie rozważam nawet opuszczenie miejsca przy barierkach i wylanie sobie na głowę oraz resztę – wiadra zimnej wody w kibelku…
ale żal stracić choćby sekundę, gestem przywołuję ochroniarza i na ucho (bo koncert już trwa i nie mam szans go przekrzyczeć) wyłuszczam swoją prośbę. I facet okazuje się na poziomie – podaje mi jedną z butelek mineralki stojącej pod sceną, przygotowanych pewnie dla chłopaków z ochrony właśnie… i butelka, choć jej zawartość ma temperaturę zupy – jest dla nas ratunkiem, lądując w moich łapach a potem obchodząc stojących najbliżej, i jeszcze wraca potem, kilka razy.
Może, gdybyśmy stały grzecznie albo co najwyżej gibały się do rytmu, utrata płynów i osłabienie nie dawałoby się nam tak we znaki… no ale jak to?
Dostojnie gibać się przy „Feuer”? albo „Komet”? No w życiu 😛
Jak nie machać włosami podczas „Schakala” czy „Stolzes Herz”?
A my z Katią – obejmując się ramionami – przeskakałyśmy nie tylko te 4 utwory, kilka nawet w trójkę z Tilolą!!!
(sory Yaga za notoryczne przydeptywanie Twoich stópek, mogłaś założyć New Rocki, ha!!! i za solidne przydzwonienie tyłem głowy – w Twoją brodę (?) , kiedy zaczęłam swój up-down włosami )
Nie mogłam sobie również odmówić śpiewania razem z Tilo – począwszy od refrenu „Revolution”, poprzez „Mandira Nabula”… i „Feuerzug”, zapowiedziany jako bardzo specjalny i osobisty utwór – kiedy wraz z uderzeniami klawiszy fortepianu pociąg nabiera szybkości – ja wydzierałam się do wtóru Tilo i Anne – „feur feur feur feur!!!” i refren „Komet”… i „Alles Luge”.
Ale jeśli ktoś sądzi – że dla tego skakania głównie wybrałam się na koncert tego dnia – to nie zna ani mnie, ani Lacrimosy.
Ze łzami wzruszenia walczyłam już wcześniej – ale przy „Alleine zu Zweit” – przegrałam… i to z kretesem… Z powodu ładunku emocji i uniesień – zawartych w utworze – ale nie tylko…
Z powodu urody melodii, zachwycającej harmonii, urzekającego tekstu i przesłania – ale nie tylko…
Bo kiedy z trudem, przez łzy, wyśpiewałam „Einsam – gemeinsam / Wir haben verlernt uns neu zu suchen…”… kiedy przebrzmiał refren „Tanz – mein Leben – tanz…” i szloch coraz mocniej dławił mi gardło, ale śpiewałam, wciąż śpiewałam, choć łzy płynęły jak strumyki po policzkach – Tilo znalazł się nagle po lewej stronie sceny, kucnął naprzeciw, może najwyżej metr ode mnie – i – patrząc mi w oczy, z mikrofonem w ręce – śpiewał…

Wiecie, to jest ta część utworu – wykonywana przez Tilo i Anne na zmianę, i kiedy Tilo śpiewał swoja partię patrząc mi w oczy – to tak, jakbym to ja była tą drugą osobą w duecie… jakby śpiewał ze mną i dla mnie… jeszcze nigdy nie przeżyłam czegoś podobnego, jeszcze nigdy nie szlochałam i nie śpiewałam – równocześnie…

„Refugium” – otwierające po przerwie drugą część koncertu – dokumentnie unplugged: wokal Tilo plus fortepian (też Tilo).
Podobnie jak inni (odsyłam do polskiego forum Lacrimosy) obserwowałam najdokładniej jak się dało – na ile dźwięki klawiszy pokrywają się z ruchami dłoni Tilo – i jestem pewna, że przynajmniej część tego, co usłyszeliśmy, to było nieudawane i najprawdziwsze wykonanie na żywo, być może podparte jedynie playbackiem.
W każdym razie wykonanie to – choć ascetyczne, zabrzmiało czysto, dźwięcznie i przekonująco.
I zaraz potem, rozpoznane przeze mnie od pierwszego dźwięku – „Ich verlasse…”
Kolejna kompozycja, podczas której bezwarunkową kontrolę nade mną przejmuje szalone wzruszenie… kompozycja – w której od początku do końca śpiewam wraz z Tilo, dławiąc się łzami… kompozycja przywołująca wszystko, co najbardziej dramatyczne i wzruszające w moim życiu:
Miłości i rozstania, włącznie z odejściem Tomka B. – bo to On zwrócił uwagę moją i innych słuchaczy na tą niesamowitą połowę 8 minuty utworu – kiedy muzyka narasta i narasta… emocje się nasilają – aż… aż muzyka zamiera, wręcz się urywa… i przez kilka sekund jest jedynie przeciągły – jeden – jedyny – dźwięk, wraz z którym przestajemy oddychać…
Ta niemal cisza i bezdech…
Wstrzymanie oddechu i chyba krew też przestaje płynąć… świat zamiera… gwiazdy i galaktyki nieruchomieją…
To wszechświat wstrzymał oddech na te kilka sekund – póki – za chwilę – nie ruszy do przodu – nie wróci do normalnego biegu/obrotu/kolei zdarzeń…
Póki wszystko nie wybuchnie – wraz z powracającą melodią…
I ten porażający cud dokonał się też w klubie Kwadrat poniedziałkowego wieczora – na jeden moment, na sekundę czas się zatrzymał, świat wstrzymał oddech i znieruchomiały galaktyki… serca tłumu, wypełniającego klub – stanęły w pół uderzenia, wyczekując w bolesnej ciszy – na wybuch dźwięków, przynoszący ulgę…. jednak żyjemy, wciąż boli, łzy płyną – ale na nowo uczymy się oddychać.

Kolejne „Am ende stehen Wir zwei” w cudownym, wzruszającym wykonaniu nie pozwala ochłonąć emocjom.
Ani, tym bardziej, następne „Weil du Hilfe brauchst” – jedne z moich ukochanych z „Revolution”, na dodatek opatrzone poruszającą zapowiedzią Tilo – dedykacją Tomkowi Beksińskiemu.
I to dość obszerną, w której słyszymy o jego audycjach w radio i o zasługach w popularyzowaniu muzyki grupy i o prywatnych kontaktach/korespondencji Tomka i Anne.
A tak w ogóle, porównując 4 koncerty Lacrimosy w Krakowie, w których miałam szczęście uczestniczyć – na tym poniedziałkowym Tilo, jak na swoje nieśmiałe zwyczaje – sporo mówi 🙂
I widać/słychać, że jest to za każdym razem dość spontaniczny tekst, nie wyuczony na pamięć, Tilo na żywo dobiera słowa, czasem sekundę się zastanawia – i jeszcze przy tym jego nieśmiały uśmiech, no po prostu super 🙂

„Irgendein Arsch ist immer unterwegs” opatruje wstępem na temat powagi i żartu… że niektóre wydarzenia/sprawy należy traktować z należną atencją – a inne żartobliwie i że podobnie jest też z utworami Lacrimosy.
Tu jednak, w klimacie „Weil du Hilfe brauchst” nie ma nic zabawnego i tak też przyjmuje go publiczność… a ja znowu śpiewam refren przez łzy. Nawet dynamizm tego wykonania, solidne metalowe „pierdolnięcie” – nie uchroni mnie przed szlochem….
Kiedy Tilo zapowiada kolejny wyjątkowy utwór – „Halt mich” – zaczyna się szaleństwo… chór publiczności zgromadzonej w Kwadracie śpiewający/wydzierający się nie tylko podczas refrenu, choć to właśnie wtedy Tilo kieruje w jej stronę mikrofon i gestem chwali, ze OK i że super 🙂
I słychać to cudowne, chóralne „Halt mich… zatrzymaj mnie moje życie – trzymaj mnie – trzymaj mnie !!!”
I jak tu włączyć umysł – coś choćby na kształt rozumu – skoro on się rozpłynął – zniknął – są tylko emocje – wybuchające z siłą wulkanu?
I śpiew/krzyk tłumu:
„Halt mich – mein Leben – halt mich – halt mich – FEST!!!”
Temperatura w klubie sięga pewnie 40 stopni – para unosi się w powietrzu, i jeśli jest jakiś licznik emocji, jakaś skala ekscytacji i natężenia uczuć, to z pewnością wskazówka dawno już minęła ostrzegawcze czerwone pole…

Kiedy do mikrofonu podchodzi Anne, by wykonać „Not every pain hurts” – ja, wraz z widownią podziwiam – teraz wspaniale wyeksponowane – jej idealne, szczupłe, zgrabniusieńkie nogi… rany, czterdziecha na karku a jej uda, widoczne w całej swojej doskonałości wprawiają po prostu w zachwyt 🙂
Ja w jej wieku…. ech, nic nic.
Teraz uświadamiam sobie także, że poniedziałkowy koncert, również w porównaniu z poprzednimi – zawierał sporo piosenek w jej wykonaniu (setlistę dołączam).

„Ohne dich…” zabrzmiało w klubie Kwadrat kompletnie inaczej, niż na płycie – szczęśliwie równie mocno i pięknie.
A wersja „Rote Sinfonie” – utwór przeze mnie wyczekiwany bardzo, bo to kolejny z re, który pokochałam bezgranicznie – odmieniona jeszcze bardziej!!!
Ten długi fragment, grany przez pięknie wyeksponowane gitary – baaardzo metalowo brzmiący, super.
(Teraz przypominam sobie, że w pierwszej części niesamowicie przearanżowano „Ein Hauch Von Menschlichkeit” – niemal nie do poznania, bo z niezwykle subtelnymi – z hawajska brzmiącymi gitarami… i zespół wykonywał ten utwór na żywo, przed publicznością, dopiero drugi raz – w Warszawie pierwszy)
„Stolzes herz” – i znowu dziki szał tłumu – chóralnie śpiewającego, skaczącego, machającego czym kto ma…. a w związku z machaniem, w którymś momencie utworu Tilo przechadza się po scenie rewolucyjnie machając flagą z logo Lacrimosy, całkiem jak arlekin z okładki. A gitarzyści wychodzą do przodu i grają stojąc na umieszczonych w fosie „klockach”, udaje mi się dotknąć gitary i dłoni JP Genkela, dziesiątki rąk obok mnie już nie mają takiego szczęścia.
Zanim zespół zejdzie ze sceny wśród oszałamiającego aplauzu dowiemy sie jeszcze – że JP Genkel właśnie obchodzi urodziny. Tilo Wolff zaintonuje „Happy Birthday” – a publiczność w klubie podchwyci piosenkę natychmiast… pod koniec, kiedy zwyczajowo po słowach „happy birthday, dear …” pada imię solenizanta – Tilo skieruje mikrofon w stronę publiczności, dając znaki „no, teraz Wy sami” i tłum pięknie i do rytmu wyśpiewuje „dżej pi” i całą resztę.
A potem – ku kompletnemu zaskoczeniu solenizanta i reszty na scenie – spontanicznie dodaje nasze swojskie „sto lat”.
Ależ mają miny wszyscy, o matko. Widać – że nie znają, ale łapią, że to jakaś polska specjalność okolicznościowa, uśmiechają się szeroko – a Anne nawet dyryguje 🙂
W przerwie przed bisem rytmiczne oklaski nie milkną, dołącza do nich równomierny tupot setek glanów i trampek plus skandowanie „La – cri – mosa!! La- cri – mosa!!!”
Wśród szału braw i dzikiego wrzasku pojawią się znowu.
Tilo zapowiada utwór, posiadający dla niego szczególne znaczenie.
Po pierwszym dźwięku – publiczność wraz z piszącą te słowa rozpoznaje „Der Morgen Danach” i wszyscy, naprawdę wszyscy śpiewają, całość, od początku do końca, rany.
Znowu łzy chłodzą mi policzki…
A w „Feuer” nie mogę doczekać się machania łapkami – od pierwszych dźwięków na zmianę, to skaczę z Katią, spleciona ramionami, to, w wolniejszych momentach robię te słynne „wycieraczki”
Tilo to zauważa – znowu kieruje się na lewą (jego prawą) stronę sceny i, wciąż śpiewając, wskazuje mnie palcem, jakby chciał powiedzieć „dobra, dziewczyno, widzę, że wiesz co robić, ale poczekaj, to jeszcze nie teraz”… i wreszcie pada umówiony znak i publika wycieraczkuje zawzięcie z bananem na ustach, z Tilowym włącznie 🙂
Ten kontakt wzrokowy z Tilo to zresztą nie tylko w „Alleine…” czy „Feuer”
Mam wrażenie, że udało mi się go totalnie rozśmieszyć w „Komet”, zdaje się… kiedy Tilo wykonywał ten swój zajebisty baletowy aerobik, to ja, durna, nakręcona adrenaliną usiłowałam naśladować jego ruchy… z jakim skutkiem – pominę milczeniem, a Wy, plis, uszanujcie moją szczerą skruchę.
W każdym razie szczyt mojej nieudolności przypadł na próbę wykonania łatwej, wydawałoby się, figury – kręcenia młynka nadgarstkiem z boku głowy…
może i proste – ale podejrzewam, że w moim wykonaniu musiało wyglądać przekomicznie – w każdym razie, kiedy nasze spojrzenia się spotkały, Tilo wyglądał, jakby dusił się ze śmiechu.
taaaaa…. 🙂
„Feuer” zamyka bis – i cały, prawie 3-godzinny koncert… pożegnania, podziękowania i ukłony całej szóstki wśród rzęsistych braw, ach – ależ mają szczęśliwe banany na zmęczonych ale radosnych obliczach !!!
Nikną za kulisami żegnani burzą oklasków i skandowanego „dzię – ku – jemy!!! dzię – ku – jemy!!!”

Jeśli przed koncertem nie ogarniałam rzeczywistości z powodu adrenaliny i przedkoncertowego podniecenia – to teraz, już po, moje nieogarnięcie, brak przytomności i odpływ mózgu jeszcze się potęgują.
Pamiętam, że podchodzi Arachna i przedstawia mi swoją Mamę a może to było w przerwie?) rozmawiamy o nowej płycie Lily of the Valley, że niedługo… nagle pojawia się Karol (rany – Ty tutaj? przecież nie lubisz Lacrimosy hłehłe 😉 )i to nie sam – a z zaległym prezentem urodzinowym – pokaźny, gipsowy nietoperz pokonał nie tylko drogę z Anglii, ale przez te 4 lata obsuwy wędrował z mieszkania do mieszkania razem z przeprowadzającym się Karolem.
Na moje niezwykle uprzejme „RANY!!!! TERAZ? z tym nietoperzem? ale jak ja się zabiorę – plecak, żakiet, plakat i jeszcze cudny, świeżo nabyty tiszercik ej… a ten nietoperz waży z 5 kilo!!!” otrzymuję grzeczne zapewnienie Karola, że oczywiście mnie odwiezie, ze przyjechał tu swoim autkiem… a ja nie jestem pewna, czy podziękowałam.
Potem film pamięci mi się urywa – cień przytomności wraca, gdy siedzę już w holu, piję piwo (znowu śmichy z powodu trzęsących się dłoni) widzę Klemposa, gadam z Eupraxią, żegnam się z Tilolą ( maturzystki do nauki ! )
Rzeczywistość odpływa, minuty mijają a mój mózg resetuje się w półśnie, mglisty i bezdźwięczny świat rozlewa się i rozpuszcza w litrach wylanych tego wieczoru łez…. ale na nowo stawia umysł w stan gotowości cudem dosłyszane gdzieś z boku zdanie (to chyba Paweł-Scarlett): „Wyszedł JP!!! solenizant podpisuje płyty”!!!
Mój umysł, gdzieś góra w połowie mocy, ale jednak, wyrzuca z siebie myśl na wagę złota: „Jeśli Genkel wyszedł – to Tilo i Anne wyjdą na bank, inaczej być nie może!!!”
Umiejętność dedukcji, ćwiczona latami – przyniosła ten olśniewający rezultat, wart teraz więcej, niż wszystkie konkluzje w dowodzie twierdzenia Stone’a-Weierstrassa….
W amoku zbieram rzeczy i lecę z powrotem pod scenę – podobno razem z Yagą i Kobiauem, ale moja świadomość tego nie zarejestrowała… dołączam do na oko 20-osobowej grupki najwytrwalszych.
Zanim ich okrzyki dadzą sygnał mojej umęczonej świadomości, że to już, że wyszli – mija kwadrans, może dwa – nie wiem, nie pytajcie, o włączeniu komórki przypomniałam sobie dopiero następnego dnia po przebudzeniu.
Wisząc na barierkach czekam cierpliwie na moją kolej z kartką pocztową w dłoni…. Li ofiarowuje się z długopisem, wręczając mi go w łapy… biorę, potem oddaję, że nie, nie, dzięki… jednak wracam, że na wszelki niewypadek może wezmę… w końcu oddaję mamrocząc, że jednak nie, bo widzę marker w dłoni Tilo… Li ze spokojem to znosi 🙂

OK, stoję, czekamy…
Yaga i Kobiau rezygnowali wcześniej, zmęczeni, pożegnali się i pojechali do domu… mój umysł tego nie rejestruje, ale po chwili doświadczam kolejnego przypływu świadomości: aha, nie widzę Yagi, znaczy – trzeba wziąć swój bilet, żeby podpisali dla niej , potem się wymienimy biletami, ja przecież będę mieć autografy na Elodiowej pocztówce….
więc wycofuję się jeszcze do Karola, który nie tylko cierpliwie czeka, ale również pilnuje moich rzeczy na czele z gipsowym nietoperzem…
biorę bilet, wracam do kolejki przy barierkach i nieprzytomnym wzrokiem gapię się na Tilo… o matko, Tilo, no właśnie, przecież mam dla niego prezent, zapomniałam o serduszku!!!
Po tym olśnieniu następuje ponowny odwrót – biegiem do niezmordowanego w swojej cierpliwości Karola – już z daleka wyciąga do mnie ręce – co – co – co podać? 🙂
I wreszcie staję naprzeciw najbardziej mi w tej chwili drogiej dwójki ludzi w całej galaktyce, i próbuję wygłosić mój „angielski” monolog, powtarzany w myślach przez kilka ostatnich nocy….
„Do you remember me, Tilo? Last concert in Cracow, club…” i tu Tilo mi przerywa, potwierdzając, że tak, że oczywiście pamięta, rok 2009, noc w klubie Popularny (raaaaaaaaaaany, zapamiętał nazwę klubu i tak pięknie je, z niemiecka, wymawia 🙂 ) i rozmowy też pamięta, i te następnego dnia zza kulis także!!!
I tu zapominam całej reszty mojego przemówienia, zapominam, jak jest po angielsku „piękny” albo „magiczny” czy „cudowny” – milknę jak durna po słowach „Last CD, „Revolution” is…is …” i słyszę chór podpowiedzi z tyłu, to chyba Katia podsuwa – że „is awesome”, potwierdzam, i jeszcze, że „for me is better than Elodia, than everything”
Planowałam opowiedzieć – jak szaleję za „Verloren”, jak mnie zachwyca „This is the night” – ale kompletnie zaniemówiłam, więc na Tilowe, radośnie zdziwione „really? really? „ i że się cieszy – po prostu robię krok do przodu i całuję go w policzek… Anne również pada ofiarą mojej czułości 🙂

Podaję kartkę do podpisania – i bilet dla Yagi ze słowami „And this one for my (jesuuuu jak jest przyjaciółka po angielsku???) for my freundin Yaga” 🙂
I przypominam sobie, na szczęście, o ściskanym cały czas w ręce serduszku: „and this is a little present for you – remember Cracow loves you, and loves Lacrimosa” i to Tilowe cudownie urocze, wzruszone i lekko zawstydzone, że tak? naprawdę? to dla mnie? i że thanks you very much!!! i – zakłada go sobie od razu na szyję!!!
Wtedy, zdaje się, całuję go po raz drugi…

Li pstryka nam foty – na wszystkich robionych od tego momentu na szyi Tilo widnieje ten mój little present, łańcuszek z serduszkiem, o matko 🙂

Patrzę, jak na sercu Tilo bije teraz to drugie, srebrne – i świadomość na nowo mnie opuszcza… zauważam, że Katia, też już „po”, oddala się od Tilo i Anne z nieprzytomnym uśmiechem i łzami w oczach… Spoglądamy na siebie, wzruszone do granic, padamy sobie w objęcia – i płaczemy obie jak wariatki 🙂

Już na zewnątrz Karol potwierdza swoją deklarację odwiezienia – super, bo jest koło północy, miejska komunikacja śpi, a po szalonych zakupach z kasą na taksówkę u mnie krucho raczej – i jeszcze ten ważący tonę nietoperz… 😉
Przytomności brak – ale pozostało coś na kształt odruchu przyzwoitości, pytam więc – jak dziewczyny, jak Katia i Li wrócą – i gdzie…
Kochany Karol oświadcza – że dziewczyny też może odwieźć – tylko dokąd?
Bus, który Katia miała w planach, dawno odjechał, więc dziewczyna z nadzieją spogląda na Li, że może jakoś z nią… A Li rzuca tekstem, którego zajebistość przywraca do życia nie tylko moją przytomność – ale i wariacki humor.
Bo Li mówi dokładnie tak: „Ja śpię w Krakowie, tylko nie pamiętam, gdzie…”
Wyjemy, ja dziko, Katia spokojniej – ale nawet Karol traci swoją zwykłą powściągliwość… Podpowiadam uprzejmie – może na Błoniach? W krzaczorach pod Wawelem? 😛
Li tłumaczy – że nie pamięta nazwy ulicy, bo jakaś dziwna – a nie wzięła żadnej wizytówki ani nic… Karol pomaga uprzejmiej – ale to jakiś hostel, jakaś nazwa może ? Li – że jakoś tak cudacznie – Klato?
Tu kolejne moje autentyczne satori tego wieczora:
– A może po prostu Klatt, pokoje gościnne?
– Tak, tak !!!!
– Na Spiskiej?
– Tak, Spiska 15…
i w odpowiedzi na oczy Li – teraz wielkości pięciozłotówek:
– Wiem, bo to sąsiedni dom, przylega do mojego – mieszkam właśnie róg Orawskiej i Spiskiej!!!
Dziewczyny milkną – kompletnie zaskoczone i niedowierzające, a Karol spokojnie – że jak tak, to tym bardziej podwiezie – i prowadzi nas na parking przed klubem.
Dopiero teraz, kiedy piszę te słowa – dociera do mnie – że dziewczyny mogły pomyśleć, że to jakaś zaplanowana, chora akcja, moja z Karolem: wywieziemy je – zgwałcimy albo każemy słuchać hiphopolo.
Ale idziemy, ja nadal w wariackim humorze żartuję – że eeeeeee, srebrny, do srebrnego auta to my nie wsiadamy, co nie, dziewczyny? że chcemy czerwony… a jak taki srebrny – to chętnie poprowadzę, prawa jazdy mi nie odbiorą, bo niby mam – ale już nieważne, taką różową książeczkę…. opowiadam o atrakcjach, jakie zapewnia mi od parunastu lat bliskość pokojów na godziny, o zwyczajowym podsłuchiwaniu i aplauzie naszej cichej sąsiedzkiej widowni zgromadzonej na podwórku – dla szczególnie wybitnych… ekhem, osiągnięć tych godzinowych klientów 🙂
Przejeżdżamy przez kolejne rondo – i oto róg Orawskiej i Spiskiej, oto dom 🙂
Wysiadamy – pokazuję dziewczynom okna mojego mieszkania i wejście do hostelu.
Wymieniamy się namiarami na FB (przecież foty, foty, Li robiła foty – kontakt jest konieczny !!!), przekraczam próg swojego mieszkania – i czuję się, jakbym trafiła do zupełnie odmiennej rzeczywistości… tyle – że to ta poprzednia, lacrimosowa – jest prawdziwa…

PS.
O tym, że moja stopa jednak nie jest zdrowa przypomniałam sobie dopiero w domu, po zdjęciu prawego glana.
Ale spoko, do rana opuchlizna i ból zniknęły.

I jeszcze pragnę jak najgoręcej i jak najczulej przeprosić wszystkich znajomych – bliższych i dalszych – których olałam w Klubie Kwadrat, nie całkiem świadomie – albo wręcz absolutnie nieświadomie – w bezgranicznym, globalnym i doszczętnym zaniku pracy mózgu, przestawionym automatycznie na jeden możliwy bieg: „TILO!!! LACRIMOSA!!! TILO!!! LACRIMOSA!!!”

Yaga, Eupraxia, Ewa, Kasia, Arachna i jej Mama, Monika, Kobiau, Blacki, Kamil, Paweł, Klempos i wszyscy, z którymi się nie pożegnałam albo których moje oszalałe ze szczęścia oczy nawet nie zarejestrowały – wielkie ogromniaste SORY!!!!
Gorące podziękowania dla Katii i Li – za to – że przeżyłyśmy TO razem.
Za wykonanie i udostępnienie zdjęć dla Li (tych cudnych portretów Tilo na czarnym tle i wniebowziętych Katii i mnie w Lacrimosą po bokach), dla Karola (ujęcie z daleka) i dla Krzysztofa „Krog” Rogowskiego (kiedy Tilo wyłącznie dla mnie śpiewa „Alleine zu zweit”), a także dla Marii Jas – za fotę setlisty z odciskiem buta Tilo Wolffa.