Tagi

AG

Wynalazłam sobie nową zabawę/rozrywkę/sport – chadzanie na koncerty kapel, których muzyki nie znam.
Nie, żeby tak całkiem kompletnie nic … ale przesłuchanie na YT kilku utworów to raczej niewiele, prawda?
Po prostu czasem dopada mnie nieprzeparta ochota koncertowa… albo jako argument „za” starczy, że wybiera się nań Yaga (nie, wcale nie chodzi o towarzystwo jej przeprzystojnego długowłosiastego maużonka… 😛 )
Tak właśnie było w ostatni piątek 29 stycznia – przyparła mnie ochota, i Yaga z Lubym też planowali wyjście, skutek – znalazłam się na koncercie The Gathering i (jak się okazało później) również Autumn.
Dodatkowym atutem był Paulaner w klubie Loch Ness – mmmm….. no i spacer przez ośnieżony Kraków.
Z plastikiem wypełnionym ulubionym piwem w ręce zajęłam miejsce jak zwykle z lewej przy barierkach i zagadaną z sąsiadami z lewej i z prawej wyjście supportu nieco zaskoczyło… a jeszcze bardziej zaskoczyła mnie ich muzyka: goth-metal z przepięknym damskim wokalem, dźwięcznym, czystym – naprawdę idealnie czysto brzmiącym o krystalicznej barwie – jak wyczytałam w Wiki nowa wokalistka grupy uważana jest w rodzimej Holandii za niezwykły talent. I słusznie!
Nie wymienię wam tytułów wykonanych utworów, sama dopiero odkrywam tę kapelę… ale zetknięcie się z muzyką jakiejś grupy po raz pierwszy właśnie na koncercie, a nie z CD daje zupełnie inne możliwości odbioru – całkiem inną perspektywę.
Poza odbiorem dźwięków – które w wypadku Autumn brzmią naprawdę doskonale, miałam szansę przeżyć coś więcej, rodzaj misterium, które tworzy muzyka na żywo, jak żadna inna… obecność muzyków na wyciągnięcie ręki (a w Loch Ness nawet jeszcze bardziej, to klub z najpłytszą fosą, jaki znam 🙂 )
interakcja z publicznością – nawet to, w jaki sposób ruszają się/gibią/tańczą wykonawcy, jak machają włosami – wszystko to sprawiło, że muzyka Autumn, słyszana przeze mnie po raz pierwszy w Loch Ness, porwała mnie i zachwyciła.
Radosna energia, płynąca ze sceny, szczerość i pewność wykonania plus piękne melodie… i metalowy power nakręcający do skakania i różnych tam wahadeł Lenina (dzięki Reinmar za doszkolenie w tym względzie 😛 ).
Z całą pewnością muzyka Autumn to są MOJE brzmienia.
I nie tylko moje – niezwykle gorące przyjęcie przez publiczność, skandowanie wśród burzy oklasków nazwy grupy na długo po opuszczeniu sceny – to rzadko trafia się zespołowi supportującemu.
The Gathering również gościł w Polsce po raz pierwszy.
Ich muzyki także nie znałam wcześniej – ale coś było inaczej. Może zaskoczeni niesamowicie przyjaznym przyjęciem supportu poczuli się onieśmieleni… może poczuli – że support zabrał im publikę.
Nie wiem – w każdym razie tak na oko przynajmniej połowa występu gwiazdy wieczoru wydała mi się niepewna, niemrawa – jakoś dziwnie się rozłaziła i nie brzmiała.
No i – tu jestem pewna absolutnie – tak jak wokalistka Autumn ani jednej nuty nie sfałszowała, wyśpiewała każdą dokładnie i do końca – tak śpiewająca w The Gathering od niedawna S.Wergeland większość wokali położyła trafiając tak mniej więcej 1/4 tonu niżej niż trzeba.
Dopiero końcówka występu – złożona z mocniej oklaskiwanych – więc zapewne bardziej znanych piosenek, zabrzmiała pewnie i czysto.
Wtedy wokalistka rozkręciła się też, ośmieliła nieco i wykonała kilka fotek publiczności podanym przez długowłosego technicznego aparatem.

Ale wrażenie pozostało – nie pomogły końcowe owacje, wywoływanie muzyków i brawa zagłuszane puszczoną już z głośników muzyką po zapaleniu świateł… ani chóralne „sto lat” – chyba już nawet nie słyszane przez zespół i tak naprawdę należące się innej kapeli, grającej tego wieczoru 🙂

i moja rozbawiona twarz ( pierwsza z prawej na focie) wśród dziesiątek innych, i las rąk w górze…
Okej okej – ale dla mnie istotniejszy był kontakt wzrokowy i wymiana uśmiechów z Marjan Welman, żywiołową wokalistką Autumn.
Ona widziała – jak przeżywam, jak porusza mnie ich muzyka – i widać było, jak ją to cieszy.

Załączam playlistę The Gathering – pierwszy raz w życiu udało mi się ją wywalczyć po koncercie, choć staram się każdorazowo…
Po prostu przyłożyłam się bardziej niż zwykle i zmolestowałam wzrokowo tego długowłosego technicznego… 🙂