Tagi

http://m.wyborcza.pl/wyborcza/1,105226,5859070,Pocalowalam_Dudka_po_raz_przedostatni.html?as=1

Większość z Was zapewne czytała ten wstrząsający artykuł – historię walki dr. Marii Rydzewskiej-Dudek o życie męża, historię, której dodatkowo bolesny, tragiczno-groteskowy wymiar nadał fakt, iż autorka opowieści także jest lekarzem.
Felieton ów opublikowała Gazeta Wyborcza równo 5 lat temu i, niestety, od tamtego czasu nie stracił on na aktualności ani na jotę.
Pewnie dlatego został też zalinkowany na blogu Tattwy https://www.facebook.com/tattwaland , a na facebooku rozgorzała dyskusja – do jednego z jej kierunków chciałabym się odnieść.
Otóż – padło w niej stwierdzenie:

„od lekarzy wymagamy tego, czego nie wymagamy od siebie samych – perfekcji.”

Także riposta:

Perfekcji?!
To są lekarze a nie szwaczki. W ich rękach leży życie. (…)
Lekarz to zawód szczególny, w którym umiejętność podjęcia decyzji jest kluczowa a nie tylko przy okazji.

Tu tłumaczenia adwersarza, że użył skrótu myślowego, jednak szczególność tego zawodu ” nie oznacza automatycznie, że za jego wykonywanie biorą się nadludzie. ( …) ” niezależnie od tego, jak bardzo lekarze nie byliby „lepsi” od innych, to i tak będą dramatyczne przypadki. Będą tragedie spowodowane czyimś partactwem. Rutyną. Złym dniem. Zbytnią pewnością siebie.”

I z takim stawianiem sprawy chciałabym polemizować, ponieważ odnoszę wrażenie, iż autor wypowiedzi myli dwie rzeczy : czym innym jest oczekiwanie od lekarza nieomylności – zawsze, wszędzie i w 100%, bycia tym „nadczłowiekiem” – perfekcyjnym jak maszyna albo nawet bardziej, któremu odmawiamy prawa do zmęczenia czy złego dnia … a kompletnie czym innym domaganie się dokładności, staranności i wiedzy.
Stawianie tych 2 rzeczy w jednym rzędzie, wrzucanie do jednego worka – jest błędem.
Domagam się rozróżnienia między ignorancją, partactwem i niechlujnością, tą zbytnią pewnością siebie właśnie czy rutyną – a dramatycznym splotem okoliczności, nawet tragedią – spowodowaną pojedynczą omyłką, która zdarzyła się – choć dopełniono wszelkich procedur, starannie i ze wszystkich sił, włączając w to zwykłe ludzkie serce i sumienie.
Bo medycyna to nie matematyka, tu 2+2 nie zawsze jest 4, czasem postawienie poprawnej diagnozy i podjęcie odpowiedniego leczenia jest sprawą trudną i wcale nie oczywistą.
Ale rzecz w tym – na ile te procedury, starania, siły zostały wykorzystane. Z wykorzystania serca i sumienia niestety nie rozliczy żadna Komisja Lekarska – choć, moim zdaniem – powinna.
Więc nie chodzi o perfekcję, o żadne tam mistrzostwo świata w uprawianiu sztuki lekarskiej – nic z tych rzeczy, a jedynie o taką spokojną, wyważoną rzetelność.
O solidne wykonywanie obowiązków, zgodne z sumieniem – a niekoniecznie z jakimś durnym przepisem.
O spojrzenie na pacjenta jak na człowieka a nie podmiot naszych działań.
O pamiętanie – w każdej sekundzie tej cholernej, czasem pewnie 24-godzinnej dniówki lekarza, że od jego działania – bądź zaniechania działań – zależy ludzkie życie. Tylko tyle – i aż tyle, niestety.
I nie zamierzam spierać się o definicje.
Może to, o czym mówię, tylko różnica skali – jednak znacząca.
I jednak – rzetelnemu lekarzowi ten gorszy dzień czy chwila słabości przytrafi się rzadko, albo wcale.
I nie widzę niczego dziwnego ani przerażającego w moich oczekiwaniach – że lekarz, którego spotkam w potrzebie, nie będzie miał ani chwili słabości ani gorszego dnia, szczególnie, kiedy będzie chodziło o jakieś poważne schorzenie czy jego podejrzenie. Bo generalnie nie o chwilę/dzień chodzi, ale o ogólne, codzienne podejście do pacjenta i traktowanie swoich obowiązków wobec niego.
Ja akurat doskonale wiem – o czym piszę, jestem szpitalnym weteranem.
I raczej nie miałabym problemów ze wskazaniem lekarzy, których rzetelność, sumienność i uważne, pozbawione rutyny spojrzenie na pacjenta sprawiły, że nadal chodzę… i widzę… i parę innych rzeczy.
Ale także niestety takich, których arogancja, niedouczenie, bezduszność, wręcz olewający stosunek do obowiązków omal mi tego nie uniemożliwiły.
Nie oczekuję lekarskiego supermana, który będzie po milionkroć sprawdzał i weryfikował swoje decyzje, ale takiego, który dla dobra pacjenta swoją wiedzę będzie uzupełniał i doskonalił – i użyje jej, zanim postawi diagnozę czy wybierze odpowiednie leczenie.
Mój protest skierowany jest przeciwko leniwemu wybieraniu najprostszych rozwiązań: „brzuch boli? pewnie coś zjadła”… „złamana noga boli? zawsze boli, to normalne” …
Bo wtedy właśnie może zdarzyć się „śmierć przez ignorancję, przez zapomnienie. Przez spisanie człowieka na straty.”
Mam wątpliwe szczęście załapać się na kilka rzadkich schorzeń, trudno rozpoznawalnych, ale trudno nie znaczy, że to niemożliwe, wymaga to „jedynie” wiedzy i zaangażowania pozbawionego rutyny właśnie. Więc może „jesteśmy tylko ludźmi” – ale….
Bo bycie lekarzem to coś kosmicznie więcej – niż robotnikiem drogowym czy pracownikiem banku. Więcej znacznie – niż matematykiem, którym sama jestem, „tylko” matematykiem – ale poprzeczkę mimo to stawiam sobie wysoko… Ale nie nazwałabym tego perfekcją, zdarza mi się popełnić omyłkę – ale drobną, rachunkową – nie merytoryczną, nie w sposobie rozumowania czy metodzie wnioskowania. I w każdej sekundzie mojej pracy pamiętam – jak wiele od niej zależy.
Więc wracając do perfekcji – od siebie też jej nie wymagam, ale rzetelności i solidności na pewno, nie zapominając o używaniu mózgu i sumienia.