Tagi

AG (wrzesień 2013.)

Oglądacie „Breaking Bad”?
Tak?
Ja także. Ale zapewne nie macie pojęcia, jakie wspomnienia przywołał we mnie szósty odcinek trzeciego sezonu tego serialu.
Kiedy kamera powolnym najazdem objęła to ekstra-laboratorium, pełne tajemniczych urządzeń, a zaraz potem dwóch chemików urządziło sobie chemiczną pogawędkę, pełną skomplikowanych nazw substancji – nie do powtórzenia na jednym wdechu, (co twórca napisów dowcipnie skomentował „i tu zaczyna się koszmar tłumacza”) – mnie moja pamięć przeniosła na początek lat 80tych.
Żeby Wam, małolaty, przybliżyć nieco owe zamierzchłe czasy, ograniczę się do paru punktów: stan wojenny, na półkach sklepowych wyłącznie ocet, a w porywach konserwy rybne.
Niemal wszystkie podstawowe produkty żywnościowe, higieniczne itp. objęła reglamentacja, czyli zestaw tzw. „kartek” limitujących ilość mydła, czekolady i wołowego z kością, jakie mogłeś kupić w ciągu miesiąca.
Także alkoholu.
Jak nasze kochane polskie społeczeństwo radziło sobie z tymi ograniczeniami dostępu do dóbr i szczęścia – znajdziecie z łatwością w internetach, ja chciałam Wam jedynie opowiedzieć o niektórych z własnych metod, przy okazji uszczęśliwiających zaprzyjaźnionych mieszkańców całej, niewielkiej kamienicy.
W moim mieszkaniu odbywał się wtedy nie kończący się remont generalny, zawartość kuchni została przeniesiona do jednego z pokojów – kuchnia zaś straszyła zerwaną podłogą i ścianami zdrapanymi do tynku. Mój pracowity małżonek kładł tapety – takie zmywalne, z ceraty jakby, kupione oczywiście nie w sklepie, bo tam ich się zdobyć nie dało, a od faceta od dezynsekcji.
Właśnie, słowo „zdobyć” czy „wyrwać” powszechnie zastępowało wtedy wyraz „kupić” i to zdobywanie stanowiło jeden z elementów tamtej codzienności. Wyglądało to więc dokładnie tak, jak pokazał mistrz Bareja – przychodził specjalista od profesjonalnego zwalczania plagi pcheł w kamienicy, a przy okazji sprzedawał ci tapetę, dokładnie taką, jak potrzebowałeś.
Zanim jednak tapeta znalazła się na ścianach, a podłogę pokrył lentex (jedyny dostępny wzór sprzedany „spod lady” przez psiapsiółkę mamy sąsiadki, czy jakoś tak, szczęśliwie pasował do holenderskich wiatraków z tapet), zanim na suficie zawieszono wielką czerwoną kuchenną lampę (podobne bankowo zobaczycie na wszystkich polskich filmach z lat 80tych) to na gołych dechach, wyrównanych gdzieniegdzie płytami pilśniowymi – rozłożono aparaturę do pędzenia bimbru.
Celowo użyłam formy bezosobowej – tak, to działo się u mnie w mieszkaniu, jednak kwestia własności urządzeń jak i gotowego produktu była dość złożona. 🙂
Kumpel – chemik, zatrudniony na jednej z krakowskich uczelni, „pożyczył” z pracowni kolby, parownice i całe to szklane, niezbędne tałatajstwo; on również był autorem dokładnego przepisu, pamiętajcie, to czasy głębokiego przed-necia, wpisanie w wyszukiwarkę „jak zrobić wódkę domowym sposobem” nie wchodziło w grę.
Jasne, w owych czasach w zasadzie każdy w wieku powyżej przedszkolnego wiedział, jak się to robi – jednak instrukcje bądź co bądź fachowca zapewniały nam zbliżoną do idealnej czystość produktu – przynajmniej na to liczyliśmy.
Używając więc nomenklatury z serialu – „gotowaliśmy” w sumie 2 czy 3 razy, znaczy – pełen proces destylacji został powtórzony trzykrotnie, jednak tylko za pierwszym, kiedy zapewne nasze starania i dokładność były bliskie wirtuozerii – tylko wtedy udało się nam wznieść na niedościgłe wyżyny kunsztu i wyprodukować perfekcyjną, wręcz boską wódę.
Wracając do podziału obowiązków, zdobywania materiałów itp. – jeśli chodzi o podstawowy surowiec, czyli cukier, to zgodnie z marksistowską ideą „każdemu według potrzeb, od każdego według możliwości” zrzucaliśmy się, ile kto miał i co mógł – z tych nieszczęsnych kartek… kumpel-chemik „załatwiał” też węgiel aktywowany ze swojej pracowni, jego absorpcyjne właściwości potrzebne były do oczyszczenia naszego znakomitego produktu.
Pamiętam też, że na którymś z etapów naszego „gotowania” niezbędne były niewielkie kawałeczki, wręcz wiórki porcelany, i kiedy za którymś razem nie zostały zabezpieczone na potrzeby naszej małej produkcji – ja bez wahania i bohatersko poświęciłam pokrywkę czajniczka do parzenia herbaty… dumna ze swojej ofiary dokładnie potłukłam i rozdrobniłam przykryweczkę w takim aptekarskim, mosiężnym moździerzu dla naszego wspólnego dobra, dla „gotowania”. 🙂
O więcej szczegółów nie pytajcie – to było 30 lat temu i zwyczajnie uleciało z pamięci.
Mam też nadzieję, że te 30 lat wystarczy, aby zbrodnia, jaką zbiorowo popełnialiśmy, przedawniła się, bo, jeśli jeszcze ktoś nie załapał, to nasza działalność nosiła wszelkie znamiona przestępstwa, mogła być ścigana i, zgodnie z KK, całej naszej sąsiedzkiej ekipie produkcyjnej, a mnie w szczególności, groziła odsiadka – koledze chemikowi dodatkowo za kradzież sprzętu.
Może kary, przewidziane za pędzenie bimbru nie były takie wysokie, jak za wyrób metamfetaminy, ilości przez nas uzyskiwane trudno by też nazwać przemysłowymi – ale jednak.
Poza tym widzę jeszcze jedną, bolesną różnicę między działalnością naszą – a pana Walta White’a z jego wiernym Jesse’m: w naszym przypadku nie było mowy o milionowych dochodach z produkcji, w zasadzie – o dochodach w ogóle.
Jednak – alkohol w owych czasach był jednym z częściej używanych środków płatniczych, można było przy jego pomocy „załatwić” (znów to czarodziejskie słowo) wiele – niemal wszystko.
Jeśli więc ktoś z was sądzi, że prócz produkcji zajmowaliśmy się także sprzedażą, albo, co gorzej, sami drogocenny produkt wychlaliśmy – to myli się, i to bardzo.
Zgodnie z wyżej przytoczonym rysem historycznym – uczciwie i równo rozdzielony wyrób, elegancko przelany do butelek, posłużył naszej zaprzyjaźnionej sąsiedzkiej gromadce w zdobywaniu innych niezbędnych do życia środków, czworo z nas, świeżo po ślubie i wprowadzce potrzebowało w zasadzie wszystkiego, od farb i armatury łazienkowej do remontu mieszkań, po meble, garnki i sprzęt AGD.
„Załatwienie” sprawunków z tej listy wymagało sprytu, znajomości i oczywiście poparcia argumentów jakimś drobiazgiem – butelka świeżo upędzonego bimbru świetnie nadawała się do tego celu. 🙂
Uczciwie przyznam, że jednak jeden, dokładnie jeden raz, rozpiliśmy butelkę, może nawet i dwie, ale okazja nas usprawiedliwiała: otóż wrócił zza wschodniej granicy nasz wspólny kumpel, J.
Wyjechał wiele miesięcy wcześniej w okolicznościach nie do końca jasnych, pożyczywszy od wielu znajomych spore sumki – tłumacząc się gardłową sytuacją finansową.
Pożyczył – i zniknął.
Przyznam, że i ja i mój ówczesny małżonek spisaliśmy kasę na straty, tym bardziej, że kontakt z nim się urwał, nikt, nawet rodzina, nie miała pojęcia, gdzie dokładnie jest i czym się zajmuje.
Szeptało się jedynie po kątach, iż przewozi coś jakąś ciężarówką na różnych trasach po tajdze czy stepach, COŚ zdecydowanie nielegalnego.
I nagle, ni z tego ni z owego, po miesiącach kompletnego milczenia – wraca.
Wraca i to z kasą. Raczej z dużą, jak na owe czasy – na tyle, że każdemu zwrócił, co był dłużny i to ze sporym przebiciem.
Nie oddawał bowiem złotówek, niewiele wtedy wartych, bo można było kupić za nie tylko ten nieszczęsny ocet, musztardę i zapałki.
Oddawał długi – w złocie, a dokładnie w wyrobach biżuteryjnych, przywiezionych w ilościach niemal hurtowych zza wschodniej granicy.
Abstrahuję oczywiście od wątpliwej urody większości pierścionków z wielgachnymi, wulgarnymi kamieniami, nie liczył się tu gust czy piękno – chodziło jedynie o ich znaczną wartość rynkową.
Każde z nas, jego wierzycieli, traktowało to jak lokatę kapitału, znacznie pewniejszą niż pieniądze. Poza tym, przelicznik stosowany przez J. – był więcej niż dżentelmeński, chłopak z wdzięczności oddawał nam dwa – trzy razy tyle, niż pożyczył.
Nie ma się więc co dziwić – że wraz z przyjaciółmi wyprawiliśmy mu huczną imprezę powitalną, my elegancko postawiliśmy na stole nasz fantastyczny wyrób alkoholowy, a J. polewał ruski szampan i dosypywał kawioru – jedno i drugie wraz z biżuterią stanowiło jego „wojenne trofeum”, majątek przywieziony z „rosyjskiego wygnania”.
Pamiętam, że do świtu nasza dzielna grupa wydzierała się, śpiewając Kaczmarskiego i Okudżawę…
„A może banieczkę? A małego łosośka?” bełkotaliśmy w przerwach…
Taaaa… piosenki Kaczmarskiego, Okudżawy, Wysockiego, znakomity bimber, Sowietskoje Igristoje i góra kawioru, rany. 😀
A po latach ruska biżu uratowała mi dupę, a dokładnie pomogła przeżyć naprawdę trudne chwile, kiedy ja i moje dziecko zostaliśmy pozbawieni środków do życia – praktycznie z dnia na dzień.
Zanim zdołałam rozkręcić korepetycyjny interes – wyprzedawałam ją, sztuka po sztuce, u zaprzyjaźnionego jubilera, który dawał najlepsze ceny w Krakowie i z tego opłacałam rachunki i kupowałam chleb, ziemniaki, cebulę i mleko.
To wtedy nauczyłam się robić coś z niczego, obiad z niemal pustych półek w lodówce, te moje słynne ziemniaczane sałatki i kotlety z pasztetówki, które smakowały jak schabowe – ale to już całkiem inna historia.
Może też ją Wam kiedyś opowiem. 🙂