Tagi

AG (sierpień 2013.)

Kiedy naprzeciw mojego okna, zaraz po drugiej stronie wąskiej uliczki, pojawiły się pojemniki na posegregowane śmieci – przyjęłam to z zadowoleniem.
Już dobrych kilka lat rozdzielanie odpadów do osobnych worków stało się w moim domu zwyczajem i wraz z moim dzieckiem robiliśmy to odruchowo.
To – że nie musimy z tymi workami maszerować przez pół osiedla, a starczy przetruchtać te kilka metrów nawet w szlafroczku i papućkach, jak na amerykańskich filmach – wydawało się sporą wygodą i taką faktycznie było.
Jasne – czasem wywózka nie nadążała i obok pojemników walały się reklamówki pełne butelek, sterty wielkich tektur, czy nie mieszczących się w kontenerze opakowań, ale zdarzało się to nieczęsto i kończyło szybko – podczas najbliższego, cotygodniowego transportu. Opakowania nawet zalegając obok wyglądały w miarę estetycznie, nie śmierdziały ani nic w tym rodzaju.
Kiedy jednak niedawno obok kolorowych plastikowych kubłów pojawił się kolejny, beżowy, na używaną odzież – raczej nie wyrażałam entuzjazmu.
Doświadczenie z podobnym – stojącym na skraju osiedla ostrzegało, że tu o żadnej wygodzie nie może być mowy – ileż bowiem niepotrzebnych ubrań jestem w stanie „wyprodukować” tygodniowo?
Bez jaj – jakieś generalne porządki w szafach raz na parę lat może zaowocują wypełnieniem reklamówki czy dwóch, ale raczej nie więcej… natomiast pamięć podsuwała mi obraz nieustannie przepełnionego kontenera, obrosłego w fury śmierdzących szmat, rozprutych i poplamionych kołder, siaty, worki itp wypełnione bóg wie jakim śmieciem.
Wydawało się, że zewsząd ściągają niezliczone wycieczki zaopatrzone w walizy zalegających w domach i wypełniających szafy nieświeżych ciuchów, rozwalających się butów, nadjedzonych przez mole płaszczy, przetartej pościeli itp.
Ta obrzydliwa góra nigdy nie malała, po każdym transporcie pojawiała się błyskawicznie na nowo, okoliczni biedacy i menele rozgrzebywali ją dodatkowo, a wybierając zmyślnie rzeczy z wewnątrz pojemnika przyczyniali się do zwiększenia jej rozmiarów i zapachu, że się wyrażę oględnie.
I dokładnie tak samo zdarzyło się i tu – przed moim oknem.

Niemal natychmiast po zainstalowaniu kontenera – pojawiło się obok to odrażające wysypisko, przegrzebywane przez okoliczną żulernię i do spółki z psami roznoszone na coraz większą powierzchnię uroczego niegdyś trawniczka.
Miałam też wrażenie, iż nowo powstałe śmietnisko w zasadzie nikomu nie przeszkadza i nikogo nie bulwersuje – jasne, większość przechodniów spoglądała w jego stronę, niektórzy kręcili głową z dezaprobatą, inni przystawali i wymieniali między sobą jakieś uwagi wspomagając się wyrazistą gestykulacją.
Ale chyba nic poza tym – bo śmietnik sobie istniał w najlepsze.
I wkurwiał, przynajmniej mnie wkurwiał i mieszkańców mojej malutkiej kamieniczki.
Bo choć widok na niego, w całej ohydnej okazałości, mieliśmy podobny, jak z pobliskich eleganckich apartamentowców – to jednak to my przeprowadziliśmy AKCJĘ. 🙂
Czy raczej (puszy się) JA przeprowadziłam, przy wsparciu i dopingu pani M i jej córki – podobnie jak ja współwłaścicielki kamienicy.

akcja2.jpg

Tak bez ściemy – obie po prostu złożyły mi pewnego wieczora wizytę wraz z propozycją nie do odrzucenia, która brzmiała mniej więcej: masz wakacje, mało uczniów i czas – weź się, babo, zajmij sprawą.
Zadzwoń do PCK – bo to chyba ich kontener, do Straży Miejskiej, prezydenta – do kogo tylko będzie trzeba, postrasz, nakrzycz – zrób coś.
Gdybyście znali ponad 80letnią Panią M., wiedzielibyście – że nie odpuści, będzie mnie nachodzić, sprawdzać, przepytywać – póki problemu nie załatwię.
Tak więc jakiś paręnaście dni temu z komórką w ręce, notesem i kompem – zaczęłam.
W pierwszym rzędzie od prób dodzwonienia się pod 2 numery wypisane na kontenerze. Ale choć ponawiałam je, przez kilka dni i różnych porach, zawsze słyszałam komunikat, że abonent jest czasowo niedostępny.
Ok – no to do regionalnego oddziału PCK – gdzie usłyszałam, że od dawna właścicielami pojemników na używaną odzież jest firma Wtórpol, zaś internety w kwestii namiarów na to przedsiębiorstwo podały, że główna siedziba w Skarżysku, ujawniły też nr telefonu krakowskiego oddziału.
Tu niestety sytuacja się powtórzyła – o każdej porze, typowej dla urzędowania, automat we Wtórpolu odtwarzał instrukcję, co należy zrobić, żeby przesłać dokument i przepraszał, że odebranie telefonu jest niemożliwe.
Dobra – alarmowy do Straży Miejskiej.
Dyżurny wysłuchał mnie cierpliwie, zanotował adres, nr kontenera i obiecał interwencję.
Jednak po kilku dniach sytuacja pozostawała bez zmiany – góra śmieci nawet urosła, jesuuu…
Więc ponowna rozmowa ze Strażą i zapewnienie, że tak, dzwonili, a rozmówca (tu pada nazwisko) przyrzekł natychmiast pojemnik opróżnić i wszystko ładnie posprzątać.
No to tłumaczę – że może i przyrzekli – ale nie ruszyli palcem.
Dyżurny w Straży zapewnił mnie więc, że ponowi interwencję i zadba, aby była skuteczna.
No super, dziękuję i czekam. Ale tak czy owak, na wszelki wypadek, proszę mojego ex o dokładne obfocenie śmietniska.
I czekam.
I nic, kurwa, nic, mija kolejny dzień, i kolejny – śmietnisko rozgrzebano już na powierzchni tak na oko 20 metrów kwadratowych, masakra.

akcja1.jpg

Napuszczona przez panią M. dzwonię do Sanepidu – że przepełniony pojemnik na odzież używaną, że wokoło rozwalone szmaty i śmieci, że syf i śmierdzi, że dotychczasowe interwencje nie pomogły.
Sanepid takimi sprawami się nie zajmuje – ale radzą poszukać na Stronie Urzędu Miasta – że jest tam jakiś interwencyjny telefon w podobnych sprawach.
Grzebię na stronie UM – nic takiego nie widzę, ale dzwonię pod pierwszy lepszy, może mnie przełączą.
I faktycznie – przełączają, jednak tam także słyszę, że to nie w ich gestii – tylko właściciela kontenera, a ewentualnie Straż Miejska może sprawę przyspieszyć groźbą mandatu.
Na moją opowieść, że te drogi już wykorzystałam – pani rozkłada bezradnie ręce… ale lituje się i jeszcze podpowiada – a może MPO? Co prawda oni wywożą odpady komunalne – ale a nuż coś pomogą…
No to znajduję w necie numery do MPO i dzwonię pod pierwszy lepszy z całej listy… i tu podobnie, miła panna wysłuchuje grzecznie – ale zaraz słyszę, że MPO nic nie może, to nie wchodzi w zakres ich kompetencji… uprzejmy głos dopytuje się jednak o dokładne umiejscowienie nieszczęsnego kontenera, jego oznakowanie i nazwę firmy, nic nie obiecuje – ale coś tam popróbuje… prawie ze łzami w oczach dziękuję.
Ale teraz to już jestem gotowa wykorzystać te zdjęcia, nawet zrobić nowe, aktualniejsze… stworzyć stronę na fb, czy wydarzenie, czy coś… zwrócić się o pomoc do Akcji Poziomka, telewizji – kurna, nie odpuszczę, nie ma bola. Nie będzie mi tu przed oknami żaden syf zalegał.
I kiedy następnego dnia razem z panią M. ostrzymy już miecze i języki – podjeżdża wielki tir z paką, a na niej plastikowe wory.
Z przeczuciem – że to ONI, wreszcie, zbiegam po schodach łapiąc po drodze panią M.
Po drodze układam sobie w głowie przemowę i wygłaszam ją dwóm facetom w roboczych rękawicach po łokcie.
Że pojemnik, śmietnik, interwencje i masakra.
Ze widok z okna, elegancka okolica (ekhem… 😉 ) apartamentowce, hotel Wilga za rogiem, turyści z zagranicy i wstyd.
Pani M. coś o groźbie rozwalenia transportera siekierą, trącam ją, żeby troszkę zluzowała.
No i w odpowiedzi padają grzeczne i uprzejme przeprosiny, że nie dopilnowali, ich wina, że faktycznie kontener zapchany po brzegi, oczywiście wszystko super posprzątają i wywiozą, plus prośba, żeby dać im szansę (to chyba w odpowiedzi na tę siekierę 😛 ).
Dostajemy numer do pana D., ich szefa – żeby alarmować w razie, nie daj bóg – powtórzenia sytuacji.
Uwijają się – i naprawdę robią to dokładnie i systematycznie, segregując porozrzucane szmaty, dobierając buty parami, odrzucając ewidentne śmieci, reklamówki itp.
Gdzieś po godzinie, może dwóch sytuacja jest opanowana, ciężarówa odjeżdża pozostawiając za sobą pusty kontener i niemal idealnie wyczesane zarośla.
A ja sobie myślę, no super – ale tak właśnie powinno to wyglądać bez naszej interwencji, bez godzin spędzonych przy kompie i na bezowocnych rozmowach.
No ok – może nie bezowocnych, bo jednak któraś przyniosła efekt, nie wiem – czy Straż Miejska postraszyła mandatem, czy miła panna z MPO poruszyła jakieś sobie znane kontakty…
Czyjekolwiek działania zaowocowały posprzątaniem tego bałaganu – dziękuję gorąco w imieniu własnym, mieszkańców mojej kamienicy i tych okolicznych także.
Jednak pozostaje niesmak, ponieważ sytuacja zdarzyć się nie powinna, konieczność interwencji również – bo firma, której własnością jest pojemnik, zobowiązana jest do takich starań i tak zorganizowanej kontroli – żeby opisane wydarzenia nie miały miejsca.
I lepiej, kurna, żeby się nie powtórzyły…

PS: Ostatnio zaangażowałam się w http://polakpotrafi.pl/projekt/cafe-jozefinska-siepien, wcześniej była walka o Poziomkową Polanę… piszę o tym, ponieważ to dla mnie nowość, takie „gospodarskie” myślenie, takie poszerzenie wymiarów tego, co ” moje” i o co chce mi się zabiegać albo i walczyć.
Zawsze powtarzałam, że świata nie zmienię, wszystkich (cierpiących, biednych dzieci, głodnych kotów, maltretowanych psów czy koni) nie uratuję, ale to, co mogę, w swoim niewielkim zakresie ale i niewielkim wysiłkiem – to kurna – czemu nie?

Foty słabej jakości i obrazujące wysypisko w połowie procesu tworzenia, więc jeszcze nie wielkości finalnej.

PS.Dziś wykorzystałam nr do pana D. – kontener nr 49034 znowu jest przepełniony, obiecali przyjechać w poniedziałek, pożyjemy, zobaczymy.
I jest reakcja – dowieźli drugi 🙂