Tagi

AG (maj 2012.)

W nocy z soboty na niedzielę, tuż przed drugą, udało mi się wreszcie poznać nowych sąsiadów z dołu, przynajmniej ich jednoosobową reprezentację. (czy może półtora-osobową, ale o tym później 😉 )
Wprowadzka odbyła się jeszcze przed Wielkanocą, ale ja niestety, z powodu zagipsowania, od lutego prawie nie opuszczam mieszkania, nie było więc okazji czy choćby cienia szansy – nawet na zobaczenie ich z daleka.
Jedynie wszystkowiedząca pani Maria z parteru doniosła mi uprzejmie, że zamieszkały tam ze 4 osoby, w różnym wieku, ale nie wyglądają na rodzinę, hmm… ciekawe…. 😉
Opowiadała o każdym spotkaniu z nowymi sąsiadami, o wymianie opinii na temat segregacji śmieci i suszenia prania na podwórku – zdarzało mi się też słyszeć, jak późnym wieczorem porządkują mieszkanie, przesuwają meble, jednak szczęśliwie żadnego telewizora na pełny regulator o 9 rano, więc git.
Od pani Marii wiem też, że pytali o tajemnicze hałasy dobiegające z mojego mieszkania, dziwne stukanie w środku nocy, i na pełną dramatyzmu (dziękuję pani Marysiu) opowieść o moim nieszczęściu, trzech miesiącach kicania o kulach – podobno na wyrywki zapewniali, że nic a nic im to nie przeszkadza, że współczują i życzą zdrowia.
A ja podkleiłam końcówki swoich kul grubą warstwą filcu, nocami zaś starałam się uważać podwójnie i pilnować, coby ich nie upuszczać – stukot upadających kul, w nocnej ciszy śpiącego domu, brzmi mniej więcej jak armatni wystrzał.
Jakież więc było moje zdziwienie, gdy późną nocą dobiegł mnie gdzieś z klatki schodowej dźwięk szalenie ów wystrzał przypominający. No niemożliwe…. czyżby ktoś chciał mi odebrać monopol na nocne hałasy?
Huk był niemożebny – a potem zaległa cisza.
Podbiegłam ( znaczy dokicałam o kulach jak najszybciej umiałam) do drzwi wejściowych – nic, głucho, a po otwarciu ich przekonałam się również – że zupełnie ciemno.
Stojąc w progu zapytałam tę ciemność i tę ciszę (jak jakaś durna): „przepraszam, czy coś się stało?”
Przez chwilę nic, a potem, w tej kompletnie mrocznej czerni, dostrzegłam ruch, a mój wzrok wyłowił jakąś jaśniejsza plamę kilka schodów przed półpiętrem….
Zastygłam patrząc na nią z góry, chyba nawet wstrzymałam oddech, o dokicaniu do włącznika światła nie było nawet mowy, ale udało mi się uruchomić swoją inteligencję, a ta podpowiedziała mi kolejne bystre pytanie „czy jest tam ktoś?”
Wtedy plama również drgnęła, zbliżywszy się do powierzchni stopnia wykonała dziwny ruch, a mi krew zamarzła w żyłach, bo w tym samym momencie moją mózgownicę rozświetliła myśl, jak bardzo ta jasna plama przypomina kształtem ludzką twarz, zwróconą w moją stronę… a ze względu na odległość od posadzki musiałaby to być twarz kogoś leżącego na schodach…. i czołgającego się właśnie na górę, bo oto właśnie plama zaczęła się zbliżać, wykonując te swoje przerażające skłony, jakby postać, w pokraczny sposób pokonując kolejne stopnie, pozdrawiała mnie równocześnie kiwnięciem głowy…
Do tej pory się dziwię, że nie wrzasnęłam.
Szybko zatrzaskując drzwi myślałam tylko o swojej komórce, gdzie leży i do kogo zadzwonić.
W mieszkaniu byłam sama, kamienica opustoszała z powodu długiego majowego weekendu, mój syn imprezuje – a mnie kurna prześladuje postać z „Ringu” !!!!
Kiedy telefon znalazł się już w mojej łapie, poczułam się bezpieczniej, po namyśle wybrałam opcję „latarka” i podkradłam się do drzwi.
Otwierając je w drugiej ręce mocno ściskałam aluminiową kulę (jakby przywalenie nią mogło choć trochę zagrozić zjawie, czy wspominałam już o mojej inteligencji?) – skierowałam snop światła przed siebie i prawie podskoczyłam, bo na mojej wycieraczce siedział …. kot.
Piękny, czarny, w białe łaty o ciekawym układzie, to te łaty dojrzałam w ciemności, a jego susy po stopniach wzięłam za groteskowy ukłon…. przeraził mnie prawie na śmierć, a teraz próbował bezczelnie obok moich stóp i bojowo wzniesionej kuli przemknąć do mieszkania, chyba go porąbało, żadne zwierzę nie przekroczy mojego progu, a na pewno nie takie, które udaje upiorne widmo z japońskiego horroru….
I wtedy na schodach zapaliło się światło i pojawiła się dziewczyna, zagadała do kota „ooo tu jesteś, co Ty wyprawiasz, niedobra Mićka !!!” i wzięła Mićkę na ręce.
Pod czujnym spojrzeniem Mićki i w rytmie nerwowych uderzeń ogona dokonałyśmy wzajemnej prezentacji; okazało się, że kotka skorzystawszy z nieuwagi domowników wymknęła się na klatkę schodową po drodze przewracając opartą o ścianę drabinkę (stąd ten huk)… dziewczyna przepraszała mnie za nocne hałasy, czynione przez niesfornego zwierzaka – a ja za te, spowodowane kulami – tu na dowód, że się staram i myślę o innych domownikach zaprezentowałam oklejone filcem nasadki…. w odpowiedzi padały kolejne uprzejmości, że te kule to przecież nie mój wybór, że nie stukam nimi celowo i ogólnie wszystko git.
Potwierdzałam, uśmiechałam się miło – cały czas ostrożnie obserwując kota, nie dowierzałam futrzastemu skurczysynowi…. wciąż miałam wrażenie, że za chwilę niemiło mnie zaskoczy, uśmiechnie się krzywo albo puści do mnie oko, dowiedzie, że zrobił to specjalnie, że skradał się do mojego mieszkania żeby mnie śmiertelnie wystraszyć….
Po rytualnych, wzajemnych życzeniach spokojnej nocy dziewczyna zaczęła schodzić na dół, do siebie, a ja nie przemogłam się, żeby choć spróbować pogłaskać kota – co robię zawsze, nawet nachalnie, obsypując pieszczotami wszystkie okoliczne futrzaki i bezfutrzaki, od myszek, szczurków, poprzez fretki, kociaki – po psy, węże i gekony…
Na głaskanie Mićki jakoś nie miałam ochoty, może następnym razem…
jak będzie jasno 🙂

PS. Może mi ktoś wytłumaczy – w jaki to niby sposób kiciusiowi całkiem średniej wielkości udało się wywrócić metalową, ponad metrową, podwójną drabinkę ??…. no bez jaj, coś tu śmierdzi, jakby siarką czy coś 😉