Tagi

AG (sierpień 2012.)

1.

„Moje psie niebo” (wiersz Barbary Borzymowskiej)

„Dokąd idą psy, gdy odchodzą?
No, bo jeśli nie idą do nieba
To przepraszam Cię, Panie Boże
Mnie tam także iść nie potrzeba.

Ja poproszę na inny przystanek
Tam gdzie merda stado ogonów
Zrezygnuję z anielskich chórów
tudzież innych nagród nieboskłonu.

W moim niebie będą miękkie sierści
Nosy, łapy, ogony i kły
W moim niebie będę znowu głaskać
Moje wszystkie pożegnane psy.”

2.

Nigdy nie miałam własnego psa.
Moja Mama była fanką idealnie wypastowanych podłóg i popołudniowego relaksu w domu uśpionym ciszą, żadnych tam gonitw czy poszczekiwania, sami rozumiecie….
Pewnie więc dlatego, od zawsze, kompensowałam sobie brak własnego kudłacza przymilając się do każdego napotkanego psa i ten nawyk pozostał mi do dziś, niestety 😉
Zaczepiane psy szybko uczyły się mnie rozpoznawać i kolejnym razem to już one, merdając ogonem i hałasując niemiłosiernie, wyrywały się aby polizać mnie po dłoni czy twarzy… to ostatnie wymagało skoku z rozpędu i często zostawiało błotne pieczątki na moich ramionach, powodując konsternację właścicieli psiaków i lawinę przeprosin,…. ale i oni, podobnie szybko jak ich zwierzaki, przyzwyczajali się do tych ulicznych spotkań, pełnych radosnego i hałaśliwego zamieszania – rozumiejąc, że ja to lubię i sama prowokuję.
No i że raczej nie jestem wyelegantowaną niunią, co to będzie płakać nad byle plamką na kremowym sweterku z angory, a błoto… błoto – wiadomo, jak się wysuszy to się wykruszy – szczególnie z dżinsów, tiszertow czy skórzanego płaszcza.
Szczególne uwielbienie podobnych akcji, połączonych ze skakaniem na ramiona i lizaniem po twarzy – wykazuje na przykład wilkopodobna suczka mieszkającego parę ulic dalej M..
Poznaliśmy się wieki temu, kiedy regularnie i często z sunią przesiadywał w mojej kamienicy u swojej dziewczyny z parteru>
Choć już od dawna nie są parą, dziewczyna wyjechała do Irlandii i wyszła tam za mąż, ale sympatyczna sunia, teraz staruszka, nadal na mój widok reaguje podobnie radośnie : zaczyna jak oszalała merdać ogonem, zabawnie kręci tyłkiem, i usiłuje wskoczyć mi na ramiona, tylko, bidula, sił już nie ma, więc, kucając przy niej, miłosiernie jej to ułatwiam 😉
I prawie rozpłakałam się zauważywszy ostatnio , z jakim wysiłkiem się porusza, że jej zazwyczaj szalony taniec ogona ograniczył się do zaledwie kilku machnięć.
Z tego, co mówił M. wynika, iż jest poważnie chora, że chyba nie zostało jej już wiele czasu… kiedy więc udaje mi się dostrzec ich choćby z okna , jak M. cierpliwie zwalnia kroku, by suczka, z wysiłkiem stawiając zmęczone łapy nie zostawała w tyle – czuję ulgę, że jest, jeszcze jest, że to jeszcze nie teraz….
Bo mogłoby się wydawać, że to w sumie nie moja sprawa i nie mój ból, kiedy odejdzie… to nie mój pies, nie ze mną był od szczeniaka, znamy się jedynie z tych dziesiątków przelotnych spotkań na ulicy – i tyle. Ale jednak… choć nigdy nie miałam własnego psa, to kilka z nich stało się szczególnie bliskie mojemu sercu.

3.

Pamiętam piękną dobermankę o imieniu Rea.
Poznałam ją w dość zabawnych okolicznościach, kiedy kompletnie nieoczekiwaną wizytą w studenckim mieszkaniu przy Krakowskim Rynku zaskoczyła mnie i mojego ówczesnego chłopaka J. – jego mama…. .
Przyjechała z niezbyt odległego T. zabierając ze sobą Reę, która biegała teraz po niewielkim i zagraconym pokoju, wszędzie wściubiając nos, łasząc się do mnie i podżerając kanapki z talerzyka stojącego na podłodze… robiła przy tym mnóstwo zamieszania i skutecznie (o to modliłam się w duchu) odwróciła uwagę od naszych z J. mocno niekompletnych strojów, jak również faktu baaaardzo długiego oczekiwania mamy pod drzwiami, zanim po paru minutach uporczywego dzwonienia ogarnęliśmy się na tyle, by jej wreszcie otworzyć.
Polubiłyśmy się z Reą od pierwszego wejrzenia (ja nigdy nie zapomniałam jej tej akcji z odwracaniem uwagi, a okazała się potem tak mądrym zwierzakiem, że byłabym skłonna uwierzyć, iż zrobiła to celowo, tak ot – z sympatii 🙂 )
Potem – kiedy pomieszkiwaliśmy już razem (ja, J., jego mama i Rea) była pierwszym psem, któremu pozwoliłam spać ze sobą w łóżku.
Pierwszy raz odczułam też minusy tego wspólnego spania … a scenariusz zawsze wyglądał tak samo:
A. Wieczór…. idziemy z J. spać – my do siebie, a Rea na swoje legowisko w przedpokoju …. jednak po parunastu minutach stoi już z nosem rozpłaszczonym na szybie w drzwiach naszej sypialni….
B. Udajemy, że nie wiemy ococho… Rea zaczyna posapywać rozpaczliwie i popiskiwać….
C. Litujemy się nad biedną psiną i wpuszczamy ją do pokoju, ta pokornie zwija się w kłębek przy łóżku i grzecznie zasypia, przynajmniej tak się wydaje…
D. Po godzinie cichusieńko się podnosi i delikatnie kładzie pysk na kołdrze… po kwadransie, bacznie nas obserwując, dokłada do tego jedną łapę….. po chwili ukradkiem dołącza i drugą…
E. Bezszelestnie wspina się – myk – i już leży na – wydawałoby się – 10 centymetrach wolnej łóżkowej przestrzeni….
F. Jeśli w dowolnym miejscu punktu D czy E któreś z nas by ją ofuknęło – Rea z miną ” co? ja? ale że co? ja przecież nigdy…” – pełna urażonej dumy i niechętnie wróciłaby do leżenia obok łóżka, po czym całą akcję z głową, łapą i resztą powtórzyłaby za godzinę czy dwie….
G. Całość od punktu C do E można było oczywiście przyspieszyć – na przyjazny gest klepnięcia dłonią w kołdrę Rea od razu wskakiwała na wersalkę i mościła się na niej 🙂
H. Niestety – niezależnie czy z przyśpieszeniem czy bez, przychodził taki moment w nocy, kiedy dobermance przestawało wystarczać 10, czy nawet 50 centymetrów… swoją walkę o terytorium rozpoczynała bez uprzedzenia – bezczelnym, wręcz bestialskim zaparciem się łapami o ścianę i mocnym wyprostem tych łap i grzbietu… parę razy podczas takiej akcji któreś z nas, ja lub J. budziło się już w locie – z wersalki na podłogę…. po czym następował zwykle powrót do punktu F, rzadziej do A. 🙂
Spryt i rozum Rei ujawniał się nie tylko w zwykłej psiej karności, chodzeniu przy nodze (nawet ja mogłam wziąć ją na spacer bez obawy, że gdzieś pogna i szukaj wiatru w polu) … rozumiała znaczenie nie tylko typowych komend, ale paru innych, interesująco wyselekcjonowanych słów 😉
Wystarczyło ją zapytać „Gdzie jest Pan? Rea – szukaj Pana !!” a od razu podbiegała do J. i trącała go nosem w kolano….
Błyskawicznie reagowała też na słowo „ciastko” – była łasuchem nie z tej ziemi i choć nigdy sama nie ściągnęła niczego ze stołu, znaczenie tego wyrazu było dla niej oczywiste…. wykorzystywałam to często na naszych wspólnych spacerach, kiedy jakieś dzieciaki zachwycone jej urodą pytały, jak piesek ma na imię, z powaga odpowiadałam, że „Ciastko” …. nie chciały wierzyć, więc po prostu wołałam „Ciastko !!! Ciastko!!!!” a Rea przybiegała natychmiast, obwąchując mi dłoń w poszukiwaniu smakołyków 😛
Kiedy zachorowała – przeżywałam to na równi z J., jego mamą i rodziną… po operacjach na zmianę pilnowaliśmy w nocy, żeby suczka nie zniszczyła opatrunków i szwów… nie wiem, jak teraz, ale wtedy, w latach 70tych zeszłego wieku takie operacje nie były rutynowymi zabiegami w psiej lecznicy, choć ta w Brynowie miała bardzo dobrą opinię… pamiętam, że raz operowano Reę w normalnym szpitalu (chyba mama J. miała tam jakieś znajomości) tyle, że na korytarzu, przepisy zabraniały użycia do tego celu sali operacyjnej….
Po chwilowych polepszeniach jej stan jednak wciąż się pogarszał, krwawiła i widać było, że cierpi – podchodziła, kładła głowę na naszych kolanach i płakała, tak po psiemu…. weterynarz rozłożył ręce – przerzuty miała już wszędzie, nic się nie dało zrobić… wróciliśmy z lecznicy w milczeniu, totalnie załamani, nikt nie potrafił podjąć ostatecznej decyzji… wtedy goszczący akurat u nas kuzyn Rysiek popatrzył na Reę, popatrzył na nas , spojrzał jeszcze raz na Reę, zawołał ją po imieniu, wziął smycz, kluczyki do samochodu i wyszli …. do jego powrotu z lecznicy siedzieliśmy przy stole bez słowa, J. palił papierosa, z ledwością utrzymując go w trzęsących się łapach, ja zamknęłam się w łazience i ryczałam na całego…. kiedy Rysiek wrócił – położył na stole niepotrzebną już smycz i pół litra, kupione gdzieś po drodze.
Pierwszy raz w życiu – i chyba też ostatni – piłam ciepłą wódkę o słonym smaku moich łez.

4.

Po Rei był Ahmed – rodowodowy seter irlandzki (pełne imię brzmiało Ahmed z Czerwonego Bagna, to ostatnie to nazwa hodowli, ale mieliśmy z tego sporo śmiechu, szczególnie w kontekście ówczesnych polityczno-opozycyjnych zawirowań)
Kiedy jednak mama J. przyniosła go do domu – przypominał raczej beżowego chomika, a jego ogon, zamiast dumnym ognistym piórem był chudym, niemal łysym badylkiem…. jak na rasowego psiego arystokratę charakter też miał mało królewski: zamiast nosić się godnie marudził, jojczał i płakał z byle powodu albo i bez powodu… rozpieszczany przez wszystkich wyrósł na pięknego, acz mocno samowolnego psa… podobno ta rasa ma to wpisane w geny, nawet w dojrzałym wieku setery zachowują młodzieńczą fantazję (czytaj – głupotę), tak też było z naszym Ahmedem.
Zdarzyło mu się wiele razy, na naszych oczach i mimo rozkazujących nawoływań – zeżreć coś ze śmietnika, coś nieświeżego i generalnie niejadalnego… nawet idąc przy nodze potrafił wykonać błyskawiczny ruch i chapnąć jakiegoś śmiecia, co mu zapachniał i skusił… i mimo, że wielokrotnie potem chorował – powtarzał podobne akcje przy każdej nadarzającej się okazji.
I choć dostawał naprawdę dobre jedzonko w wystarczającej ilości – nie raz niepostrzeżenie wybebeszał zawartość kuchennego kosza na śmieci w poszukiwaniu jakiejś zaschniętej skórki czy zzieleniałego kawałka starej kiełbasy… potrafił wykorzystać chwilę nieuwagi, wspiąć się na kuchenny stół i wyjeść cały środek sernika, zanim ten zdążył ostygnąć po wyjęciu z pieca….
No i niestety, przytrafiło mu się też parę ucieczek – czy raczej miłosnych wypraw, jak sądzimy…. spuszczony ze smyczy nie zawsze wracał, zawołany, nawet będąc w zasięgu wzroku potrafił zrobić kilka kroków, wydawało się, że grzecznie wraca – po czym odwracał się i – pooooszeeeedł !!!!
Jedna z takich ucieczek trwała kilka miesięcy, mimo plakatowania i przeszukiwania okolicy udało się go odzyskać dopiero dzięki znajomemu weterynarzowi, który go rozpoznał, kiedy Ahmed do niego trafił. Jego tymczasowi opiekunowie tłumaczyli niefrasobliwie, że się po prostu przybłąkał, dzieci go pokochały i karmiły … pączkami! … i z powodu tych pączków trafił do lecznicy, bo bidulek dostał takiej alergii pokarmowej, że wydrapał sobie spore kawałki sierści…
Jednak kochaliśmy go wszyscy jak wariaci, mimo jego wszelkich wybryków i ucieczek … ja wybaczyłam nawet to, że czekając w opustoszałym domu, aż wrócę z pracy – z tęsknoty, jak sądzę – zeżarł 3/4 moich ukochanych espadryli … (jak jego żołądek poradził sobie ze strawieniem drewnianej platformy obszytej plecionym sznurkiem – nie odgadłam do dziś, bo nigdzie w mieszkaniu nie znalazłam najmniejszych resztek, nawet dżinsowej przyszwy …)
Kiedy przeprowadziliśmy się do Krakowa Ahmed spędzał z nami część wakacji… do dziś pamiętam, jak budziło mnie skrzypienie parkietu pod jego łapami, kiedy robił swój nocny obchód nowego mieszkania 🙂
I jakiego strachu się najedliśmy, gdy podczas spaceru po wiślanych bulwarach zachciało mu się nieoczekiwanie „zapolować” na dostojnie pływającego sobie perkoza…. polowanie oczywiście zakończyło się całkowitą kompromitacją myśliwego, perkoz z godnością przefrunął parę metrów dalej – natomiast Ahmed nie był w stanie wejść na zabezpieczony brzeg uregulowanej w tym miejscu Wisły.
Pływał, rozpaczliwie przebierając łapami, tuż przy kamiennym obramowaniu, a łapy ześlizgiwały mu się z niego przy każdej próbie wspięcia się – było za gładko i zbyt wysoko….
Razem z J., położywszy się na samym koniuszku tej betonowej krawędzi złapaliśmy – J. za obrożę, ja za ogon, zdaje się – i wyciągnęliśmy niedoszłego topielca… dżizas – ależ on śmierdział.
Jeśli kiedykolwiek mieliśmy wątpliwości co do stopnia zanieczyszczenia królowej polskich rzek – to pierzchły one wraz ze smrodem – jaki rozchodził się wokół zamaszyście otrzepującego się z tego szlamu Ahmeda….
Brak karności i fantazja granicząca z głupotą skończyły się dla niego tragicznie – na jednym z wieczornych spacerów zerwał się ze smyczy i pogonił za kotem – wprost pod koła samochodu pędzącego główną ulicą T.
Kot zdążył przebiec, jemu się udało, Ahmedowi niestety nie – zginął na miejscu.
Towarzyszący mu w tym fatalnym spacerze Radek, brat J., ze swoją dziewczyną pochowali Ahmeda praktycznie na miejscu wypadku – na trawiastym pasie zieleni oddzielającym dwie nitki ruchu…
Pamiętam doskonale chwilę, gdy mocno spóźnieni, stanęli wreszcie w drzwiach mieszkania : milczący, wstrząśnięci, ubrudzeni ziemią – i bez psa… nie byli w stanie wydusić słowa – ale słowa nie były potrzebne….
I choć minęło 30 lat nadal czuję bolesne ukłucie w sercu na widok każdego rudowłosego setera na ulicy, szczególnie, kiedy niesfornie wierci się czy podskakuje na swoim końcu smyczy….

5.

Kiedy więc myślę o tym psim raju, to wyobrażam sobie, że spotkam tam Reę, radosną i zdrowiuteńką…. zawołam „Ciastko!!!” ku uciesze gapiących się dzieciaków i kiedy przybiegnie, dam jej w nagrodę coś słodkiego ….
Ahmeda zabiorę na spacer daleko od ruchliwych ulic, pozwolę grzebać w śmietnikach i pożreć kolejną parę ukochanych bucików…
I pewnie zastanę tam też Ajzika, psa Irka Białka (pamiętacie reportaż „Romantycy muzyki rockowej” o Tomku Beksińskim? Całkiem niedawno znalazłam w necie archiwum Irkowego bloga pt „Pan Ajzika”, polecam !!! Ajzik (Isaac) – to był jego pies przewodnik, a blog, choć z 2005 roku, opisuje wydarzenia nieco wcześniejsze, opowiada historię – jak pies szkolony w Stanach trafił do Krakowa…
Większości wydarzeń, opisywanych w blogu byłam świadkiem, niektórych wręcz uczestnikiem , na przykład wyprawy do lasu, z której powróciliśmy z dodatkowym psem, Maćkiem)
Ajzik, założę się, w psim niebie nadal będzie polował na kury i gołębie, całkiem jak za życia…. i straszyć przechodniów skakaniem i powarkiwaniem prosto w twarz, jak mu się ktoś nie spodoba… pewnie nadal zachowa też czarodziejską zdolność pożarcia ze stołu wszystkiego (włącznie z korniszonami i cytryną) niepostrzeżenie i bezśladowo – kiedy na 6 sekund straci się go z pola widzenia….
i pewnie też, podczas niebiańskich uroczystości Sylwestrowych, zestresowany i przerażony wybuchami ogni sztucznych czy petard – zasika jakieś niebiański dywan ….
Będą tam też Kega i Goldia, dwa malamuty zaprzyjaźnionych sąsiadów, pierwsza biało-srebrna, słodko-sprytna, przytulasty pieszczoch…. i druga, szaro-czarna, humorzaste i złośliwe bydlę, z takich, co podchodzą merdając ogonem i łasząc się, a jak wyciągniesz dłoń – to chapną… rozpaczliwie próbowałam obłaskawić Goldię do końca jej dni, przekupując kawałkami mięska czy szynki, które łaskawie zjadała, ale ani na jotę nie zmieniło to jej zachowania wobec mnie przy następnym spotkaniu… może w psim raju udało by mi się doprowadzić mój plan do końca, może i ona sama byłaby mi bardziej przychylna, kto wie….
Zastanę tam też Dżaspera, owczarka niemieckiego rozmiarami i wagą przypominającego niedźwiedzia, serdeczne i przyjacielskie psisko… gdy pędził w moim kierunku i wiedziałam, że zaraz mnie przywita w swój ulubiony sposób – w popłochu szukałam ściany, by się o nią oprzeć… gdybym nie miała jej za plecami mogłabym nie utrzymać na ramionach psa, znacznie przewyższającego mnie ciężarem 😀
Ale za żadne skarby nie zrezygnowałabym z tak manifestowanych objawów jego sympatii 🙂
Mam nadzieję, że w Krainie Wiecznej Psiej Szczęśliwości demonstrowałby swoje uczucia z podobnym zapałem i ogniem.

I choć mogłoby się wydawać, że to przecież nie moje psy, nie moja miłość, nie ze mną były na co dzień i stale, więc i nie mój ból, kiedy odchodzą…
Ale jednak… choć nigdy nie miałam własnego psa, to kilka z nich wciąż ma miejsce w moim sercu.

Dla zainteresowanych historią Ajzika – http://panajzika.blog.pl/