Tagi

AG (wrzesień 2012.)

Parę miesięcy temu z dziką rozkoszą zamieniłam Cyfrę+ na filmy online i wprost napawam się wygodą oraz poczuciem wolności wyboru – jakie daje mi ten sposób obcowania z kinem.
Zależnie od nastroju i zwykłego widzimisię oglądam co chcę i kiedy chcę, dramaty, komedie, dokumenty, horrory i s/f.
Mam ochotę na Lyncha czy Kim Ki-Duka – proszę bardzo !!!!
Napalę się na „Gotowe na wszystko” – ależ proszę !!!
Najdzie mnie ochota na kino skandynawskie – nie ma problema, myk – i już.
Cofam, przewijam do przodu, pauzuję – gdy zechcę; rezygnuję w połowie, kiedy film nie spełnia moich oczekiwań. Mam możliwość wcześniejszego sprawdzenia info o filmie (z opiniami innych oglądających włącznie), jak również jakość techniczną obrazu.
A „Kinomaniak” czy „Zalukaj” mają mi co zaoferować, zapewniam: od niemych filmów przedwojennych do jeszcze ciepłych premier; od hiciorów, poprzez tytuły kultowe – po niszowe czy absolutne białe kruki.
Jest cudownie 🙂
Zajęcie to daje mi również możliwość obserwacji fascynującego zjawiska, jakim są napisy do filmów, czy raczej ich autorzy. 🙂
Wynik ich pracy dostarcza mi dodatkowej, wcześniej kompletnie niedostępnej rozrywki, ponieważ – jak się okazuje, to niezwykle interesująca, często błyskotliwa i dowcipna grupa twórców.
Początek seansu kojarzy mi się więc nie tylko z oczekiwaniem emocji merytorycznych, dostarczanych przez fabułę czy grę aktorów… ale z pełnym ekscytacji radosnym wypatrywaniem, czym tym razem uraczą mnie tłumacze – domorośli artyści 😉
I od razu wyjaśniam – w moich słowach nie ma cienia ironii czy kpiny, nie mam tu na myśli złośliwego polowania na ich błędy czy nieścisłości, wręcz przeciwnie – fascynuje mnie ich niezmierzona pomysłowość, a szczególnie żarciki czy dopowiedzenia – poza meritum, tak jakby.
Jak na przykład – wyznanie miłości, którym niezmiennie zaczyna i kończy napisy jeden z nich… Obejrzałam sporo filmów z „kocham Cię Kasiu” albo „to dla Ciebie, Myszeczko” i zawsze wywołują we mnie szczery uśmiech. Albo „to moje pierwsze w życiu napisy, proszę o wyrozumiałość” czy „Wybaczcie, to mój pierwszy raz, nie zawsze daje radę” – na początku filmu… potem w trakcie „no właśnie, tu nie daję rady” , tudzież „strasznie niewyraźnie, coś jak (…)” a na końcu pełne szczęścia i zadowolenia z solidnie wykonanej roboty „uff !!! :D”.
I co istotne – te dopowiedzenia, nie będące przekładem dialogów – są dobrze rozpoznawalne, wyraźnie i jednolicie zaakcentowane, nie sposób się pomylić, bo w odróżnieniu od słów wypowiadanych przez filmowe postaci ogranicza je najczęściej znak […]
Takie więc właśnie klamry obejmowały słowa [to już niestety ostatni odcinek] i [szczerze liczę, że jednak będzie drugi sezon… trzymajcie kciuki :)] mojego ukochanego serialu „Pan.Am” – i dawały szalenie sympatyczne poczucie, że nie jestem w swoim zachwycie sama, że autor napisów ogląda film razem ze mną, właśnie w tej chwili, i wraz ze mną się emocjonuje.
Parskam też śmiechem za każdym razem, gdy autor napisów w trakcie ich tworzenia nie może się powstrzymać przed wyrażeniem własnych emocji… te wszystkie [LOL] albo [jebłem] nigdy mi nie przeszkadzały, wydają mi się znacznie mniej natarczywe i bardziej dyskretne i osobiste, niż np śmiech z offu, pewnie dlatego ulegam ich urokowi.
Ostatnio oglądałam cudny dramat z elementami komedii „Misiaczek” – twórcę napisów do tego obrazu chętnie bym uściskała :).
Kiedy np na twarzy tytułowego bohatera odmalował się wyraz kompletnego zaskoczenia, ten dodał komentarz [O_o WTF]… po chwili, gdy na rzeczonym obliczu dodatkowo pojawiło się zakłopotanie i niepewność – dołożył [co ja tu kurwa robię] – bardzo adekwatne do sytuacji, bo tytułowy bohater, zaproszony na niezobowiązujące spotkanie towarzyskie stał się właśnie świadkiem występu, dodajmy, raczej żałosnego – drag queen…
A gdy po chwili usiłował wytłumaczyć towarzyszącym mu obcokrajowcom, skąd dokładnie przyjechał – i tu nastąpił słowotok w języku oryginału, czyli duńskim – na ekranie pojawiło się [litości, nie rozumiem tego akcentu]… słuchająca w filmie tej wypowiedzi mieszkanka Filipin skomentowała ją nieco zakłopotana ” hmmm… trudna nazwa”, co spowodowało pojawienie się na ekranie dodatkowego [no raczej :P] – a u mnie wywołało parsknięcie i oplucie monitora.
No mistrzostwo świata. 😀
Kolejny przykład: film „Debiutanci”, tata Olivera zmarł, syn przejmuje więc opiekę nad jego pieskiem i z powagą oprowadza go po swoim mieszkaniu. Foksterierek towarzyszy mu biegnąc tuż przy nodze, kiedy Oliver zatrzymuje się wskazując dłonią „To salon” albo „a to łazienka” piesek nieruchomieje na chwilę, spoglądając na swojego przewodnika, jakby dokładnie wiedział, o co chodzi. W końcu Oliver siada na krześle – pies przed nim i przez chwilę w milczeniu popatrują na siebie.
Oliver do foksa: „Trochę tu pusto, więc lepiej naucz się ze mną rozmawiać”.
Przebitka na psa, wciąż nieruchomego i wpatrzonego w twarz swojego nowego właściciela… i na ekranie pojawia się napis [Rozumiem 150 słów ale nie potrafię mówić].
Kiedy z ekranu padają słowa Olivera „I now, I now” – nabierają teraz kompletnie innego znaczenia…
Po chwili okazuje się, że to nie wyjątek, że tłumacz dialogów uczynił rolę psa rolą mówioną, bo oto, gdy Oliver daje swój nr komórki świeżo poznanej, przesympatycznej dziewczynie i nieco onieśmielony spogląda na psa, jakby szukał u niego poparcia i akceptacji – na ekranie widzimy słowa:
[Powiedz jej, że jeśli nie nastąpi nic drastycznego, to pochłonie nas mrok].
Taaaaa, jasne. 😛
Przyznaję że „przewijałam” tę scenę kilkakrotnie sprawdzając, czy w wersji oryginalnej pies milczy – ale milczał jak grób.
Później, w trakcie trwania filmu sytuacja się powtarzała, słowa Olivera uzupełniono odpowiedziami foksterierka, co stworzyło czasem zabawne, czasem wzruszające a czasem pełne życiowej mądrości dialogi.

Jasne, można się kłócić o wartość czy nawet legalność takiej ingerencji w materię filmową, ale ja obie te rzeczy traktuję oddzielnie, film oryginalny – i napisy… jakby żyły swoim własnym życiem i same w sobie stanowiły wartość.
Jak graffiti na murze albo vlepka przyklejona nad kasownikiem w tramwaju.
Przecież, kurna, jeśliby mnie to mierziło – ściągnęłabym sobie inne napisy/oglądałabym film w wersji z lektorem albo oryginalnej.
Mam inne opcje, mam wybór.
Skoro jednak tego nie robię – znaczy, że mnie to bawi, że ta swoista gra z autorem napisów mnie kręci.
Podobnie – jak wyłapywanie wyrażeń slangowych, takich – jak „padaka”, „sorka”, czy „hip hopolo” – w konkretnej sytuacji filmowej jak najbardziej sensownych i trafnych, zapewne starannie wybranych z „Miejskiego słownika slangu i mowy potocznej” 😉
Podziwiam również inwencję napisowych mistrzów w kwestii przybliżenia filmowych sytuacji polskim widzom… w tym względzie szlak przetarł już Tomek Beksiński, wprowadzając do tłumaczeń tekstów Monty Pythonów – Gucwińskich, Jarocin i grupę Closterkeller… a ja niedawno w napisach do koreańskiego „O-jik Geu-dae-man” (Always) doczytałam, że ulubionym serialem jednej z bohaterek jest „M jak miłość” i że ogląda go już z mniejszym entuzjazmem po śmierci Hanki… w oryginale zapewne chodziło o jakieś koreańskie filmidło i o inny fabularny zakręt, tyle – że jego tytuł i szczegóły owego zakrętu byłyby dla polskiego widza (i dla mnie także) kompletnie nieczytelne.
Podobnie uśmiechnęłam się, kiedy poranny program dla dzieci w jakiejś telewizji (zdaje się włoskiej) nazwano „Domowym przedszkolem” a kanał zakupowy – „Mango”.
….
I w tym miejscu felietonu zaczęłam zastanawiać się nad jakimś podsumowaniem, ale życie zgotowało mi niespodziankę: do czołówki genialnego skądinąd filmu „Wild Bill”, który właśnie zaczęłam oglądać, autor napisów dołożył 3 zdania, pojawiające się kolejno po „wybrzmieniu” poprzedniego:

[dedykowane Wasilowi]

[żartuję]

[żryj gruz cyganie]

No i właśnie… tu zaczęłam się zastanawiać, czy ta „vlepka” również mi się podoba, czy ten agresywny, prostacki przekaz – nie przekroczył granic mojej akceptacji zjawiska.
Poprzednie wzbudzały mój uśmiech/wzruszenie – generalnie radosną aprobatę dla pomysłowości i inteligencji, tu jednak ani o jednym ani o drugim mowy być nie mogło.
Więc jak to jest? Gdzie jest granica?
Może jednak lepiej – żeby twórca napisów, ograniczył swoją inwencję i twórcze natchnienie do rzetelnego wykonania swojej roboty, przybliżając nam znaczenie i sens dialogów pełnymi fantazji spolszczeniami czy odpowiednio dobranymi wyrażeniami żargonowymi – ale nic ponadto?
Żadnych dodatków, nawet olśniewająco trafnych czy komicznych, żadnego ponadplanowego przekazu, nic extra.
Co do mnie – jeszcze nie jestem pewna ostatecznego werdyktu, a co Wy o tym myślicie?

EDIT: A życie dopisało do moich rozważań kolejne post scriptum, bo tak oto wyglądały napisy kończące wczoraj obejrzany film o trudnym, czasem bolesnym procesie narodzin własnej tożsamości i świadomości płci :

tłumaczenie: Anka Pi.
dla mojej najlepszej Al.
niech żyje branża !
\m/

Kolejny przykład niewyczerpanej inwencji twórczej „napisowca”, tym razem w dramacie „Uciszeni”.
Rozumiem, że jeden z bohaterów faktycznie mógł powiedzieć „Słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzać” (sprawdzić trudno, bo mówił po koreańsku), jednak na bank w filmowym dialogu na temat kasy nie mogły paść słowa : „myślałeś, że zarobiłam na tantiemach z duetu z Hołdysem?” 😛
Pozdro, MASSIVE-X !!!

PS: Wszystkim „napisowcom”, którzy umożliwiają takiemu językowemu kalece, jak ja, realizowanie swoich filmowych pasji – i wesołkom, którym poświęciłam ten art, i profesjonalistom – gorące dzięki. Dla Grupy Hatak szczególne 🙂