Tagi

AG (październik 2011.)

Zdarza się Wam jadać w barach mlecznych?
Lubicie niepowtarzalną atmosferę tych miejsc, kojarzących się z odległymi czasami komuny i filmami Bareji?
Niektórzy z Was może wcale czasów tych nie pamiętają, filmów nie widzieli i pewnie nie wiedzą, o czym mówię.

A dziś trudno chyba natrafić na ten specyficzny smro… ekhem… zapach, lastriko na podłodze i ceratę w kratkę na stolikach…. jadłospis z literek przyczepianych na magnes i panią Halinkę w białym siatkowym czepeczku z tekturowym daszkiem, wołającą w stronę zaplecza, przez takie małe okienko „ruskie raaaaaz! pomidorowa z ryżem i półtora kopytek!”….
Klientela takich barów stanowiła szczególny przekrój przez wszystkie możliwe warstwy, stany i kategorie – od studentów i ich wykładowców, przez wycieczki szkolne czy rodziny, często przyjezdne, wracające z zakupów czy zwiedzania miasta, po liczną grupę ludzi ubogich, mniej lub bardziej schludnych, że tak się oględnie wyrażę.
Stałym bywalcem, czy raczej postrachem, baru mlecznego na Dębnikach był w latach 70tych obleśny tłusty żul – zawsze koszmarnie śmierdzący, potwornie utytłany – jakby przed chwila wygrzebał się z kupy śmieci.
Jego znakiem charakterystycznym były (niezależnie od pory roku) tweedowe spodnie z grubym sznurkiem zastępującym pasek, zastępującym nieskutecznie, bo „zalotnie” odsłaniające pośladki, jak również nieustająco rozpięty rozporek, ujawniający równie zalotną resztę.
Mimo energicznych protestów obsługi często udawało mu się wtoczyć i zalec w jakimś kącie, chętnie zasypiał też używając stolika zamiast poduszki i skutecznie odbierając apetyt połowie konsumentów.
Wyrzucony wracał do pobliskiego przejścia podziemnego – by za chwilę znowu przypuścić atak na bar.
Nigdy nie widziałam – żeby kupował sobie coś do jedzenia, on po prostu siedział i czekał wypatrując, aż ktoś odsunie od siebie talerz, wtedy pojawiał się przy stoliku mamrocząc coś pod nosem, sięgał – i dojadał resztki.
Często jednak był na tyle pijany, że jedynie przez chwilę wodził wokół nieprzytomnym wzrokiem, po czym uśpiony ciepłem zaparowanego wnętrza osuwał się powoli na krzesło nie doczekawszy posiłku.
Regularnie spotykałam też – w tym czy w innych barach zasuszone staruszki w pamiętających lepsze czasy wyblakłych kapelusikach, w mocno wyliniałych norkach czy płaszczykach pachnącym naftaliną – zawsze bardzo uprzejme i ciche, nierzadko przychodzące z własnym rondelkiem czy słoikiem, czasem menażkami – i potem ostrożnie drepczące z tym obiadem do domu.
Zdarzały się też „najazdy” romskich rodzin, robiących strasznie dużo zamieszania – dzieciaki ganiały wokół stolików, kobiety narzucały się uparcie z „daj se pani powróżkować, no, daj!”
Stałych klientów witano po imieniu lub tytule (pan profesor rosołek jak zwykle?) studenci spokojnie uczyli się do kolokwiów ciasno wypełniając notatkami przestrzeń między talerzem z grzybową a naleśnikami…

Dziś trafiłam do baru mlecznego „Kazimierz” na Krakowskiej 24, głodna tak – że bez obiadu nie doczłapałabym chyba do domu.
Podłamana lekko kolejką postanowiłam zużytkować czas oczekiwania na obserwacje socjologiczne.
Wnętrze chyba niewiele się zmieniło przez ostatnie 30 lat, tylko te namagnesowane literki zastąpiono jadłospisem pracowicie wybazgranym na tablicy szafirowym flamastrem, zapaszek też wydawał się znajomy, choć niewykluczone, ze narzuciła mi go wyobraźnia 😉
Stoliki i plastikowe krzesła – jak sprzed lat, i ludzie też jakby ci sami…
Przede mną jakiś facet – chyba prosto z jakiejś budowy, w polarowej bluzie upapranej farbą… za mną lekko nieświeży żul z osobą płci nie do określenia, za to z dredami do pasa, zrzucali się zgodnie na jedną pomidorową na wynos – w kubełku po serze wybłaganym z zaplecza…
Paniusia o wyglądzie emerytowanej urzędniczki czy nauczycielki zamawiała knedle, ale z cukrem i podwójną śmietaną, pani Halinko, a jakaś staruszka pieczołowicie odliczała malutkie bloczki…. pani Halinka w białym czepku pomagała jej w tej czynności i pocieszała, że zostanie jeszcze na jeden obiad, niech się pani nie martwi.
Czas się chyba cofnął, pomyślałam, ale nie miałam racji, nie do końca, jak się za chwilę okazało.
Bo zamówiłam naleśniki ukraińskie i drugą porcję ze szpinakiem, (wchodząc do baru myślałam o ruskich pierogach, ale osłupiałam na widok jadłospisu z 50 daniami chyba) a że działałam spontanicznie nie miałam przy sobie żadnego opakowania… zasugerowałam pani Halince , że może do reklamówki i że zapłacę, ale ta radośnie zadziwiona, że przecież mają styropianowe pudełeczka…
i po chwili w utrzymującym ciepło styropianowym pudełku wylądowały 4 wielkie naleśniki : jedne, tzw ukraińskie, czyli z nadzieniem ruskim – polane sosem grzybowym – i drugie, szpinakowe , z sosem serowym.
Kiedy odpakowałam je w domu postanowiłam zjeść po jednym z każdego rodzaju a resztą poczęstować moje dziecko….
Niestety….
Te ukraińskie poszły na pierwszy ogień – mmmm, fantastyczne, pierogi ruskie uwielbiam, ale naleśniki, przysmażone i chrupiące, z wyczuwalną w nadzieniu smażoną cebulką i ostrymi przyprawami, polane gęstym i esencjonalnym sosem ze sporą ilością – nie pieczarkowej mielonki, ale prawdziwych, dużych kawałków grzybów – po prostu niebo w gębie.
Szpinakowe nieco mnie zaskoczyły – bo spodziewałam się wyłącznie szpinaku a nadzienie zawierało również biały ser, co szczęśliwie okazało się wyraziście przyprawione i bardzo interesujące smakowo.
Ale sos serowy, o matko…. nie żaden tam zapieczony ser żółty, nie sos z proszku czy coś – a smakowity, wprost przepyszny sos z listkami bazylii i innymi trudnymi do rozszyfrowania ziołami, aromatyczny i fantastycznie potęgujący wrażenie – doskonale komponujący się z tym serowo-szpinakowym nadzieniem…
Dla mojego dziecka nic nie zostało, wszamałam sama samiutka te 2 porcje i nawet ten styropian wylizałam.
A biorąc pod uwagę cenę ( razem niewiele ponad 10 złotych, z pudełeczkiem włącznie) to naprawdę niesamowita uczta.
I to miałam na myśli – mówiąc o zmianach…. może klimat barów mlecznych pozostał ten sam, może nadal za niewielkie pieniądze można najeść się tam do syta – ale asortyment powiększył się znacznie ku radości łakomczuchów 🙂
No i nie zdarzy się zapewne sytuacja – jak mnie 30 lat temu, kiedy dla grupy przyjaciół chciałam kupić na wynos 4 porcje ruskich, a tamtejsza pani Halinka odburknęła, że nie ma mowy, że ja tu kupię 4 porcje – a co ona potem będzie ludziom sprzedawać?
No i jak nie miałeś własnego rondelka, słoika, reklamówki – to pierogi do kieszeni chyba…. a dziś – proszę, nawet zupę ci naleją do kubełka po mielonym twarogu….

PS. Jestem gotowa dla AG przeprowadzić sondę wśród barów mlecznych w Krk, coś w rodzaju prywatnego rankingu – tylko proszę o dotację… zaraz, nie, kasa mi niepotrzebna, to naprawdę nie będzie wydatek… poproszę raczej o jakiś wypróbowany środek odchudzający, albo najlepiej cały zestaw 🙂