Tagi

AG (lipiec 2011.)

Oto miły środowy wieczór, siedzę sobie przed kompem, muzyka szemrze z głośników, i właśnie rozważam nalanie sobie wieczornego piwa, bo dochodzi 23cia, moje zasady mówią, że już można 😉 aż tu nagle zza okna warkot rozpędzonego motocykla (tu w okolicy nocne wyścigi 200 na godzinę to norma, jak słychać takie łiiiiiiiit – znaczy, że właśnie przejechał kolejny kandydat na dawcę narządów) ale dźwięk nagle przechodzi w zgrzyt i nieziemski rumor, na chwilę zszokowana zastygam w bezruchu i słyszę wysoki krzyk dziewczyny….
Kiedy podlatuję do okna słychać już donośne kurwy lecące w powietrzu, znaczy, że panna żyje, ale leży na boku, skulona, obok piękny, błyszczący w ciemności skuter, z drugiej strony powoli zbierający się chłopak… wszystko dzieje się może 3 metry od mojej kamienicy, na środku skrzyżowania zresztą, ale istotne, iż z tej odległości doskonale widzę, iż oboje mają na głowach wypasione kaski, chociaż tyle .
Dziewczyna wrzeszczy na pół dzielnicy, że nie może się ruszać, chłopak ostrożnie przestawia motor i próbuje podnieść pannę, ta wydziera się, że boli.
No to pytam z okna, czy nie potrzebują pomocy, czy mają komórkę, czy wezwać pogotowie.
Chłopak prosi tylko o jakieś środki opatrunkowe, kiedy pojawię się w oknie z gazą, bandażem i spirytusem w łapach widzę już obok zaprzyjaźnionego, mieszkającego w sąsiedztwie rówieśnika mojego syna.
Zaprzyjaźnienie polega na tym, iż od lat, przy każdej sposobności (a jest ich sporo, trudno nie natykać się na siebie mieszkając 3 domy dalej) gadamy sobie o życiu, muzyce, koncertach, miłości i innych takich.
Nie jestem pewna, czy wiem, jak ma na imię – ale nie mijamy się z krótkim cześć cześć, praktycznie za każdym razem przystajemy i plotkujemy sympatycznie.
I oto widzę, iż mój sąsiad pomaga przesunąć skuter nieco dalej, na chodnik, ogląda uważnie głowy dzieciaków pozbawione już kasków… kiedy schodzę na dół w malowniczym fioletowym szlafroczku, różowej nocnej koszuli i takiż kapciach widzę, że spokojnie działa z apteczką w ręce…
Nie jest źle, wygląda na to – iż kierowca i jego pasażerka mają jedynie zdartą skórę czy raczej solidne otarcia na przedramionach, udach, kolanach i łydkach, bardziej ucierpiałam spadając z huśtawki w wieku 5 lat – a tu nic, żadnych złamań czy zwichnięć, mój sąsiad wprawnie wypróbowuje ruchomość stawów i polewa co trzeba płynem odkażającym…
Opowiada, że jak usłyszał rumor i krzyk dziewczyny to od razu wskoczył na rower z apteczką, bo a nuż ktoś potrzebuje pomocy… no a jakby jakiś kierowca spieprzył z miejsca wypadku zostawiając rannych bez pomocy – to i rower w pościgu się przyda – tłumaczy prostodusznie.
Faktycznie – widzę w ciemności jego wyścigówkę.
Para dzieciaków powoli zaczyna się uspokajać, chłopak wyjaśnia, ze wpadł w poślizg na żwirze (fakt, cały syf z pobliskiej budowy plus mokra po ulewie nawierzchnia – idealne warunki, żeby się wysypać)
Wspólnie z sąsiadem ustalamy – że takie przemywanie to bez sensu – dzieciaki są strasznie ubłocone – najpierw trza to porządnie umyć wodą i mydłem, trudno że boli, mówię, będzie piekło trochę, ale sama woda nie wystarczy – i pytam, czy mają daleko do domu, bo jakby coś mogą umyć się u mnie.
Nie, nie, okazuje się, że mieszkają bliziutko.
Sąsiad proponuje pomoc przy przepychaniu skutera i oboje powtarzamy z naciskiem, że jakby co, jakby nie daj boże wymioty czy ból głowy czy brzucha – to karetkę wzywać bez zastanowienia, bo to może być wstrząs mózgu albo inna cholera. Dzieciaki obiecują – że tak zrobią, i tak, umyją rany dokładnie i mają w domu wodę utlenioną.
Zanim powoli się zbiorą i odjadą prosimy jeszcze – powoli, ostrożnie, a jakby co to 20 metrów stąd jest całodobowa pomoc lekarska.
Rozstajemy się w atmosferze ciepłych podziękowań, życzeń szerokiej drogi i kolorowych spokojnych snów – to dla mnie 🙂 Chyba przez ten szlafroczek, nocną koszulę i różowe kapciuszki. 🙂
Para na skuterze się oddala, mój zaprzyjaźniony sąsiad wsiada na rower z apteczką pod pachą, ja ostrożnie omijając kałuże klapię kapciami przez dziury asfaltowej ulicy, muszę wyglądać kretyńsko ale czuję się super 🙂
Zastanawiam się skąd to samopoczucie.
Ze dzieciakom nic się w sumie nie stało – to na pewno.
Ze mogłam pomóc, że może moje rady okażą się przydatne, że może dzięki temu, że wylazłam z domu w tym nieszczęsnym szlafroczku i kapciach mogli poczuć się bezpieczniej, że kogoś obchodzi, co się z nimi dzieje – nawet, jeśli w domowo-nocnych ciuchach ogląda sobie nocny film to ruszy dupę, spojrzy przez okno, wylezie z plastrem i jodyną, zaproponuje pomoc.
Ale najbardziej chyba uradowała mnie postawa mojego sąsiada, niepozornego chłopaka, którego imienia nie znam, ale teraz wiem o nim coś ważniejszego….
Znacznie ważniejszego 🙂