Tagi

AG (październik 2009.)

Splot przeróżnych okoliczności sprawił. iż przypomniały mi się dziś słowa dawnej przyjaciółki opisującej jakieś ciekawie zaaranżowane mieszkanie, w którym akurat gościła…
Zachwycała się sporymi pustymi przestrzeniami i ascetycznym wystrojem, nagimi ścianami i porządkiem na biurkach… zero ozdób/przypierdaszków, żadnych bibelotów/maskotek/obrazów i obrazków. Zaakcentowała ten opis słowami : „z pewnością Tobie by się spodobało, dużo miejsca, porządek i asceza, tak jak lubisz .”
No i rzecz w tym – że się myliła.
Nie widziałyśmy się parę już lat, nie rozmawiałyśmy wiele miesięcy… I zapewne utrwalił się w niej mój stary i całkiem nieaktualny wizerunek.
Poznałyśmy się będąc świeżo upieczonymi mamusiami – z dziećmi w wózkach – w parku, szybko zaprzyjaźniłyśmy się i zaczęłyśmy wzajemnie odwiedzać. E. nie mogła się nacieszyć i nazachwycać moim mieszkaniem – dużym, przestronnym i prawie pustym… Podstawowe meble – szafy, biblioteczka i składana wersalka, w kuchni kredens, stół z taboretami i zlew, w pokoju dziecinnym nic poza łóżeczkiem i komodą. Była przekonana, ze to celowy zabieg estetyczny i chwaliła tę wielką ilość wolnego miejsca – również dla zabaw dzieci.
A ja nie miałam jakoś odwagi się przyznać, że w zasadzie wszystkie meble i sprzęty, które widziała wewnątrz – wybierał i kupował mój mąż, ja po paru nieudanych próbach negocjacji wycofałam się i z urządzania mieszkania wyłączyłam.
Podobnie było z decyzją i projektem adaptacji strychu, schodów itp – nie brałam w tym udziału zupełnie, jakby to wszystko nie tyczyło mojego domu, jakby to nie było takie prawdziwe MOJE miejsce….
Wiele lat później zrozumiałam – że tak było naprawdę, rzeczywiście brakowało mi poczucia, ze oto znalazłam swoje miejsce w życiu i na ziemi i chcę go urządzić po swojemu, od wyboru zasłon, garnków, stołu, kafelek, lamp, pościeli, szaf – po układ pomieszczeń, wygląd schodów na górę i rodzaj miejsca do spania. I żeby zacząć urządzać to swoje miejsce, mościć się w swoim gniazdku – muszę najpierw urządzić swoje życie, zmienić je tak – abym mogła je zaakceptować.
Nie zacznę kupować firanek do domu – do którego nie chce mi się wracać, który dzielę z obcym mi człowiekiem.
Gdyby E. zobaczyła teraz moje mieszkanie…. heh.
Najczęściej panuje tu bałagan…. na ławie panoszą się stare gazety, kilka książek „w czytaniu” z zakładkami z ołówka czy etui okularów ….
straszy zebrane a niezłożone pranie walnięte gdzieś na fotel… gary czasem czekają tydzień na umycie a zbuntowane łóżko nie chce samo się zasłać… ale mam pewność – że to MOJE miejsce, z tym niezaścielonym wyrem, stertą brudnych kubków i przepełnionym koszem ciuchów do prania w łazience….
z niewykończonymi po zamontowaniu plastikowymi oknami, straszącymi śladami murowania i tynkowania… z bardzo już nieświeżymi, odpadającymi tapetami, nabierającymi kolorów interesująco burych – ale w miarę skutecznie zasłoniętymi olbrzymią ilością plakatów i posterów pokoncertowych… z przecudnym wielkim logo Lacrimosy, arlekinem i całym ołtarzykiem.
Z wampirzo-smoczym kompem… i niesamowitą ilością kocich i nie tylko kocich maskotek, z wymarzoną baterią łazienkową.
Pamiętam każdy przedmiot i każdy mebel wybrany i kupiony już samodzielnie, świadomie i po wielu przemyśleniach.
Pamiętam pierwszy – pierwszy za naprawdę własne pieniądze i pierwszy, o którego kupnie i wyborze decydowałam sama. To malutki, węgierski ciśnieniowy ekspres do kawy. Ilekroć biorę go do ręki (rzadko – bo przerzuciłam się na kawę rozpuszczalną) zawsze o tym myślę i mam do niego ogromny sentyment.
Kanapa w salonie i 1 fotel ( bo na drugi nie było mnie stać) , szafa, biurko, fotel do pracy, kanapa do spania, komplety wymarzonej ciemnej pościeli, kilkadziesiąt kubków do kawy (kocham kubki) kolorowe talerze i srebrne garnki… i z małą pomocą zaprzyjaźnionego sąsiada przerobiona i przemalowana na srebrno stara szafka łazienkowa i lustra… i srebrno-czarny budzik wypatrzony gdzieś w sklepiku.
Nie mam w kuchni wody ani odpływu, gary myję w łazience – ale z całą pewnością jest to MOJE mieszkanie….
Moje miejsce.