Tagi

AG (styczeń 2011.)

Do kamienicy na O****skiej wprowadziłam się w 1978 roku jako świeżo upieczona, 22-letnia żona, razem z J., sprawcą tego małżeńskiego nieszczęścia 😉
Wiem wiem, oboje byliśmy strasznymi dzieciakami, dla nas obojga był to pierwszy związek, dla niego taki całkiem pierwszy, dla mnie pierwszy poważniejszy: pierwsze wspólne wakacje z chłopakiem, pierwszy sex, 4-letnie randkowanie.
Ale kto dziś wychodzi za mąż w takim wieku, za swojego pierwszego chłopaka?
Tym bardziej, że akurat w moim przypadku chodziło o osobę zupełnie niedorosłą, niesamodzielną, moje plany życiowe to było raczej powielanie gotowych bezpiecznych wzorców niż efekt przemyśleń i własnych odpowiedzialnych decyzji…
ale nie o tym chciałam…
Mieszkanie naprzeciw zajmowało małżeństwo ciut jedynie od nas starsze – z 2,5 letnim Patrykiem.
I o nim będzie ta opowieść 🙂
Kamienica mała – jedynie kilka mieszkań – błyskawicznie się więc zakumplowaliśmy.
Dziś może to wygląda inaczej, ludzie są mniej otwarci, ale wtedy ( pomijając osobniczy przypadek mojego wyjątkowego charakteru 🙂 ) takie były warunki, taka była życiowa konieczność.
Łączyły nas też nasze poglądy, noce gorących dyskusji przy piosenkach Kaczmarskiego, wertowania samizdatów przy jakimś niedrogim winie…
(zresztą sami też kilkakrotnie robiliśmy wino z winogron, tanich jak barszcz – a u mnie w kuchni pracowała przez parę miesięcy kompletna profesjonalna aparatura do pędzenia bimbru, ach, ten pierwszy wyszedł najlepszy i bez żalu poświęciłam nawet mały porcelanowy czajniczek, bo do „produkcji” potrzebne były okruszki tej porcelany )
Pamiętam, jak wracałam do domu po zakupach ( nie pracowałam, a później, jako kobieta w ciąży byłam obsługiwana w kolejce „dla uprawnionych”, podejrzewam, że nikt z Was nie wie osochodzi 😉 ) i śmiejąc się wieszałam na swoich drzwiach wejściowych kartkę z napisem :

„delikatesy pod czwórką (nr mieszkania ) dziś polecają :
papier toaletowy
karkówkę
mielone
kiełbasę
baleron
brać i wybierać ”

i dzieliłam się swoimi zdobyczami z sąsiadami, z rodzicami Patryka najczęściej.
Bardzo szybko też zaczęłam się nim opiekować – odwoziłam do Cioci na Salwator, kiedy jego rodzice nie zdążyli, albo wręcz zostawałam z nim w domu.
Często chorował – więc tym bardziej.
To była taka zupełnie sąsiedzka free-przysługa, dla mnie przyjemność – bo polubiłam tego mądrego i fajnego dzieciaka.
Włóczyliśmy się po Krakowie, coś mu tam rysowałam, gadaliśmy.
Bardzo długo nie potrafił wymówić poprawnie mojego imienia i ku radości wszystkich (a mojej szczególnie) nazywał mnie „Ojasią” zamiast Joasią, nigdy szczęśliwie nie wpadł na pomysł, żeby mówić „pani” czy nie daj szmatanie „ciociu”
Zawsze traktowałam go normalnie, czyli jak dorosłego, rozmawiałam jak równy z równym, czy wręcz dyskutowaliśmy – nie pamiętam żadnego dzidziusiowego świergolenia.
Ale tak go pamiętam, mały słodki chłopczyk na rowerku, z fryzurką na pazia, zadający mądre i trudne pytania.
W stanie wojennym szczególnie.
Chyba był świadkiem nawet, jak podczas jakiegoś zapowiadanego zagrożenia … a – jego ojca zatrzymano po jakiejś manifestacji rocznicowej i zgarnięto do suki, nikt nie wiedział, czym to będzie skutkowało…
więc jego Mama, ja i J. wynosiliśmy całą bibułę zgromadzoną w naszych mieszkaniach do piwnicy i zagrzebywaliśmy ją pod jakimiś gratami…
Było tego mnóstwo, całe sterty ulotek, pism,”Solidarności” „tygodnika Mazowsze”,reprintów paryskiej „Kultury”, biuletynów, itp.
Wszystko ładowaliśmy do czego kto mógł ( np do miednicy) i szybko chowaliśmy w obawie przed rewizją.
Pamiętam, jak dzień po pacyfikacji jakiegoś pochodu Patryk uparł się, żeby iść na Rynek… wróciliśmy do domu cali spłakani z powodu zalegających tam jeszcze resztek gazu łzawiącego, ale on – z miną bohatera.
Chyba bardziej traktowałam go – jak młodszego brata niż syna, trudno to jednoznacznie określić…
w każdym razie – kiedy na przykład się kapałam ( a kochałam wtedy długo odmakać w wannie )- drzwi do łazienki zostawiałam otwarte, maluch czuł się wtedy pewniej a i ja miałam go na oku.
( kiedy dorósł – ciągle mi to przypominał, podły 🙂 )
Można rzec – że dzięki Patrykowi poznałam swoją pierwszą wielką miłość – pojechałam na wakacje w miejsce zarekomendowane przez jego babcię, z moim małym wtedy synem, Patryk miał już ok 17tu lat a Moja Miłość 22, byli kumplami.
Wtedy ta różnica wieku zaczęła się definitywnie zacierać, tak to odbieram.
Można by więc powiedzieć – że nasza więź zmieniała nieco charakter – ale nie mijała.
Potem szalenie zaprzyjaźniłam się z jego żoną – ale wtedy Patryk był już w Anglii zarabiając na spłatę remontu ich mieszkania.
I teraz nastąpi niełatwy moment mojej opowieści – tak trudny, jak niezwykle trudno jest być blisko z 2 osobami – które się właśnie rozstają.
Kochasz każdego z osobna – ale razem się nie da, bo razem – to oni się nienawidzą, albo przynajmniej wciąż czują głęboki żal, zero porozumienia, zniknij z mojego życia.
O M. już pisałam na AG, to dziewczyna, która zaopiekowała się mną, kiedy okazało się, że mam problemy ze zdrowiem, że muszę być operowana, wstała o 4 rano i zawiozła mnie do szpitala, siedziała ze mną w tej upiornej poczekalni i opowiadała o wielokrotnych orgazmach.
To jej zawdzięczam – że przez to przeszłam, że krwawiąc i cierpiąc rewanżowałam się jej historyjkami o najlepszym sexie mojego życia, zanim mnie wreszcie zawieziono na oddział pół izby przyjęć wyło ze śmiechu.
I kiedy wróciłam i dochodziłam powoli do zdrowia robiła mi zakupy, gotowała itp.
Jak mogę o tym zapomnieć?
I jak mam rozerwać swoje serce na pół – część dla Niej, część dla Patryka, z którym już nie są małżeństwem?
Rozmawiałam z każdym z nich, rozumiem racje obojga i jedyne, czego jestem pewna, to to, że ich drogi się rozeszły, że oczekiwania rozminęły, więź zniknęła pod ciężarem oskarżeń i pretensji.
Moje kontakty z Patrykiem urwały się kompletnie, nie chciał tu wracać, został za granicą, tam ułożył sobie życie – tyle wiedziałam.
Ale piszę o tym wszystkim – bo właśnie, przedwczoraj, namierzyłam go na FB.
Napisałam wiadomość.
Odpisał.
Przegadaliśmy do 5 rano, kurna, w tej Anglii była dopiero czwarta, jemu jest łatwiej aaaa !!! 🙂
Dzięki tej rozmowie wiem – że mam przeczytać „Małe zbrodnie małżeńskie ” Schmitta ( tego od ” Oskara i Pani Róży” ), i wrócić do „Pod kopułą” Kinga, bo warto.
Wiem już, jakiej słucha teraz muzyki, jakie ma nowe pasje i hobby, w związku z tym ostatnim czeka go pół roku egzaminów żeglarskich.
Trochę pochichotaliśmy wspominając te „wspólne” kąpiele, ale również udało nam się ustalić zarys naszych życiowych priorytetów, tu nic się nie zmieniło, ani te priorytety ani swoboda, z jaką o nich gadamy.
I mam nadzieję, że ta długa, serdeczna nocna rozmowa pociągnie za sobą następne a połowa mojego serca odzyska gospodarza 🙂