Tagi

AG (kwiecień 2009)

mail nr1

Witam,
w ofercie Państwa sklepu na allegro znalazłam „Marię” Malczewskiego – wydanie książki z 1878, z rycinami Andriollego.
Bardzo podobna książka została skradziona z mojego rodzinnego domu w Tarnowie ok. 20 lat temu w dość dramatycznych okolicznościach.
Szalenie chciałabym ją odzyskać.
Jestem gotowa kupić wystawiany na aukcji przedmiot i nie odstrasza mnie cena (książka ma dla mnie ogromne znaczenie emocjonalne – to cenna pamiątka rodzinna)
Chciałabym się jednak dowiedzieć – o ile to możliwe – czy ryciny są oddzielone od części zadrukowanej takimi cieniutkimi karteczkami przypominającymi pergamin (w mojej książce tak było) i czy nie ma na niej jeszcze jakichś charakterystycznych znaków – pieczątek – ekslibrisów czy coś.
Na mojej mogły być… być może jakaś z biblioteki we Lwowie….albo Złoczowie…. albo ekslibris mojego dziadka Józefa P.
A jak wygląda ta inskrypcja cenzury – czy jest możliwy jakiś bliższy opis? zdjęcie?
Ogromnie proszę o odpowiedź.

Joanna K.

(z domu P.)


mail nr 2

Witam

Dziękuje za interesującego maila. Osobiście bardzo lubię historie dotyczące książek. Widać, że ten egzemplarz przeszedł wiele w swoim „życiu”. Okładka odchodzi, trzyma się na dwóch
końcach płóciennej siatki. Żadnej strony jednak nie brakuje. Niektóre strony są poplamione z widocznymi śladami odcisków palców.
Nie ma żadnych pieczątek bibliotecznych ani prywatnych ekslibrisów. Jedynym znakiem jest podpis na przedstroniu, który przesyłam na zdjęciu. Na zdjęciu jest również widoczne zezwolenie Carskiej
cenzury.Na górnym i dolnym grzbiecie stron przebłyskują złocenia brzegów.
Mam nadzieję, że ten opis i zdjęcia przybliżą pani wygląd „Marii”
Gdyby miała pani jeszcze jakieś pytania służę uprzejmie.

Pozdrawiam.
Zapomniałem dodać, że nie ma również cienkich karteczek oddzielających ryciny.


mail nr 3

I ja witam ponownie 🙂 To były raczej cienkie bibułki – już za czasów mojego dzieciństwa zostało ich niewiele – zachowały się jedynie przed częścią rycin… i nawet tam trzymały się wtedy na „słowo honoru”, więc ich brak mnie nie dziwi.
No i to jest z pewnością moja książka – już wcześniej rozpoznałam ten choćby niebieski papier spod grzbietu, służący do sklejenia… a teraz jeszcze ten podpis z przedstronia i numer 19…. jak również lekkie zaróżowienie strony z ryciną po str 74.
Jak po 20 latach znalazła się w Kaliszu ?

Tego nie wie chyba nawet złodziej…. jest nim najprawdopodobniej jeden z sąsiadów mojej mamy, która mieszkała w latach 80-tych sama w zabytkowej kamienicy w Tarnowie… moim rodzinnym domu.
Kiedy przez dzień czy dwa nie dawała znaku życia weszli do mieszkania i znaleźli ją nieprzytomną… mama zmarła zanim przyjechało pogotowie – później milicja…
Zawiadomiona przyjechałam natychmiast z Krakowa i od razu zauważyłam brak kilku cennych przedmiotów – cennych raczej ze względów sentymentalnych – więc dla mnie ich brak był tym bardziej dotkliwy.
Proszę sobie wyobrazić – że kiedy zapytałam o ten brak sąsiadki (która miała się mamą opiekować, była osobą zaufaną od lat, miała klucze od mieszkania itp) ta oczywiście zaprzeczyła oburzona…. tyle – że ja wychodząc przypadkiem zahaczyłam wzrokiem o leżącą na szafie w jej mieszkaniu stertę papierów i dojrzałam sporej wielkości pojedyncze przedwojenne reprodukcje Grottgera – jak również album „Polonia”… moje własne…
może nie mieściły się do szafy?
może nie zdążyła ich schować?
nie słuchając jej tłumaczeń po prostu zabrałam swoją własność… oczywiście zapytałam o „Marię” i inne drobiazgi – ale sąsiadka wyparła się jakiegokolwiek związku z ich zaginięciem.
Książka jest niewielka – ją akurat schować było łatwo, a ja nie miałam prawa przeszukiwać mieszkania tej pani… cieszyłam się bardzo z odzyskanego Grottgera i paru egzemplarzy przedwojennych gazet…
o „Marii” często potem myślałam wspominając dzieciństwo i rodzinny dom… zaginęły jeszcze wtedy m.in 2 książki z 1848 roku bodajże – jakieś podręczniki przyrodnicze (łowieckie?) pisane po niemiecku czcionką gotycką – ale to nad „Marią” właśnie wzruszałam się jako nastolatka… i z nabożeństwem oglądałam przepiękne ryciny Andriollego…
kompletny przypadek sprawił – że dziś przypominałam sobie o tej książce (gdybym opisała – jaki, mój mail byłby 2 razy dłuższy, więc daruję Panu ten opis 🙂 )
zupełnie bez nadziei na skutek wpisałam tytuł w allegro… i żeby było śmiesznie – wpisałam go nie w „Książkach i komiksach” jak miałam zamiar, ale OMYŁKOWO ma głównej stronie… tylko dlatego moje wyszukiwanie trafiło na antyki i antykwariat …
wyszukiwanie w „Książkach i komiksach” nie dałoby rezultatu i pewnie zrezygnowałabym, będąc tak blisko 🙂

teraz pozostaje mi jedynie wygrać licytację.
Ale od tego to mam swoje dziecko, więc z radością go użyję 😉
pozostaje mi ogromnie Panu podziękować – za błyskawiczną odpowiedź, fotki oraz za czas i uwagę, jakie mi Pan poświęcił.
Czekając, aż ukochana książka dzieciństwa i młodości trafi znów w moje ręce będę się zastanawiać nad niesamowitymi zbiegami okoliczności, jakie zdarzają się w moim życiu… i nad dzisiejszym szczęśliwym przypadkiem
Bardzo gorąco pozdrawiam – Joanna K.


EPILOG 1.

Kolejne maile od Pana z Allegro są tak piękne i wzruszające, że z trudem opieram się chęci zacytowania ich w całości – ale jednak byłoby to upublicznienie prywatnej korespondencji, więc…

wspomnę tylko, że zgodnie z tym co pisze – prawdziwe wydarzenia przerastają najlepsze scenariusze filmowe – historia z moją książką tego dowodzi…
i że od pierwszej chwili zwróciła jego uwagę, zastanawiał się, jakie były jej losy i ilu ludzi miało ją w rękach… i nawet – czy nie zachować jej dla siebie…. teraz jednak cieszy się, ze po latach tułaczki wróci do prawowitego właściciela. No i na koniec jeszcze „A`propos, przyjrzałem się dokładniej i zauważyłem ślady kleju po bibułce na stronach z rycinami.”
Tak więc tajemnica braku bibułek została wyjaśniona….

EPILOG 2.

mail nr 4

JEST.
Ciągle nie dowierzając trzymam książkę w rękach…. po raz sto pięćdziesiąty szósty biorę ją w dłonie i przyglądam się dokładnie – wpatrując się szczególnie mocno w te charakterystyczne miejsca – ślady,
które mnie upewniły, ze to moja książka. O matko – żeby Pan to widział… środek nocy, ja przy kompie (to akurat dla mnie typowe) ale na biurku tuż pod lampką stara malutka książka….
okno otwarte – więc nie czuć, że (jakby to powiedzieć delikatnie.. 😛 ) wydziela dość mocny zapach starzyzny – tak typowy dla antykwariatów choćby…
Tak pachniał pokój mojej babci w Tarnowie – szczególnie wnętrza jej szaf i komód pełnych książek.
Pamiętam książkę kucharską Ćwierciakiewiczowej… i masakrycznie pożółkły i rozsypujący się wprost egzemplarz „Literatury Polskiej” – z której bezpiecznie mogłam przepisywać całe fragmenty w wypracowaniach… bezpiecznie – bo nikt takiej nie miał….
pamiętniki mojego dziadka z lat 1918 – 1964.. stare albumy pełne zdjęć przyklejanych takimi śmiesznymi czarnymi narożnikami… listy miłosne mojej babci z ok 1920…
tak naprawdę to pamiętam każdy metr kwadratowy mojego rodzinnego domu – deseń, w jaki pomalowano ściany każdego z pokoi… każdy mebel i każdą plamę na parkiecie… mogłabym rozrysować to dokładnie kawałek po kawałku.. tyle – że mojego domu już nie ma.
Po śmierci mamy wprowadził się tam ktoś inny – ja zabrałam jedynie to co
ocalało – zdjęcia, całą masę zdjęć… listy i pamiętniki…
i pianino, które razem z rodziną dziadka uciekało ze Lwowa przed bolszewikami we wrześniu 1939…
Tylko tyle.
Wie pan – przyjeżdżam do mojego rodzinnego miasta każdego roku w Święto Zmarłych… tyle razy zaglądałam w okna mojego mieszkania, że ostatnio nie oparłam się pokusie… mieszkanie okazało się zamknięte i opuszczone, ale zaprosiła mnie jedna z lokatorek mieszkających obok – nie znałam jej, wprowadziła się już po moim wyjeździe, ale ona pamiętała moją mamę.
Opowiedziała mi o wielu bolesnych faktach… o sąsiadach jak hieny czatujących na cokolwiek, co można by wydrzeć starszej chorej kobiecie…
do mieszkania, w którym spędziłam pół życia nie udało mi się wejść – ale teraz uśmiecham się patrząc na jego mały fragment…
ta książka to kawałek mojego domu…
Wie Pan – czasem myślę, że mogłabym się wyprowadzić z tego miejsca – gdzie mieszkam teraz…. może nawet z Krakowa… byleby zabrać ze sobą
przedmioty, które kocham i do których się przywiązałam…. i nie tracić kontaktu z ludźmi mi bliskimi…
ale jak zabrać ze sobą miejsca – które kochamy?
Szczególnie – kiedy czas je tak zmienił?
Praktycznie zabrał.
Czas/ludzie/rozwój wypadków…
mojego domu już nie ma – to miejsce nie istnieje.
Ale patrzę na jego mały – ale ważny kawałek… mały fragment mojej przeszłości.
Dzięki Panu.