Tagi

AG (czerwiec 2009)

Znacie mnie – robię różne dziwne/głupie/hardkorowe rzeczy: nie opuszczę żadnej imprezy ani koncertu w klimacie, na imprezach ostatnia schodzę z parkietu a na koncertach zawsze skaczę przy barierkach …
kiedyś jeździłam stopem po Polsce…. sama… czasem i nocą. Ostatnio raczej łażę po niezbyt bezpiecznych dzielnicach wracając do domu bladym świtkiem….
zamiast zająć się haftowaniem albo oglądaniem telenowel nocami słucham muzyki, oglądam filmy albo spamuję na forach.
Kładę się spać kiedy inni wstają – a sama wstaję po południu.
Zakochuję się w długowłosiastych facetach młodszych ode mnie o 30 lat…
ale nie biorę dragów.
Ani dopalaczy czy coś.

Nie żeby nigdy w ogóle nic – nie nie.
W moim barwnym (he he) życiu zdarzały się i takie epizody.
W połowie lat 90-tych poznałam grupę byłych już raczej hippisów… byłych, czy tez raczej nielicznych i postrzeganych jako pozostałość epoki, która dawno już przeminęła.
O tym – jak wyglądała – zanim minęła, można poczytać choćby w książce Tarzana Michalewskiego „Mistycy i narkomani” opisującej środowisko hippisów krakowskich.
Samego Tarzana również poznałam – osobiście… wprowadzono mnie do meliny, w której wtedy mieszkał na jednym z krakowskich osiedli : w drzwiach, noszących ślady wielu włamań czy raczej wyłamań brak było klamki i zamka a wybite szyby w oknach zaklejono kartonem.
Wewnątrz prawie w ogóle nie było sprzętów a na oślizgłym od brudu gołym materacu leżał zarośnięty i potargany wychudzony chłopak.
Z widocznymi z daleka sino-czerwonymi śladami ukłuć na żyłach rąk i stóp….
wszędzie wokoło na podłodze wśród śmieci, papierów, resztek jedzenia itp walały się zużyte brudne strzykawki, słoiki z pozasychaną tajemniczą brązowo-mętną substancją na dnie.
Miałam wrażenie – że to nie dzieje się naprawdę – że to sen albo film…. ale we śnie nie czuje się tak wyraźnie smrodu…
Pamiętam jak Tarzan wskazując mnie brodą zapytał słabym głosem wprowadzających mnie Hermesa i M.:
„Ale ona nie jest „nasza”…?? „ co zapewne miało znaczyć, że jestem spoza środowiska…
tak – rzeczywiście, nie byłam hippiską.
Hermesa i jego ówczesną towarzyszkę życia M. poznałam paręnaście dni wcześniej na ulicy, na Grodzkiej (ścisłe Stare Miasto) gdzie sępił kasę od turystów na siebie, M. paru znajomych i klacz, która właśnie się oźrebiła, ale jako żywy dowód zaraz obok przebierała kopytami i nerwowo parskała.
Ech – muszę kiedyś dokładniej opisać to lato 94, kiedy w moim domu przez parę tygodni koczowała grupa, której część jest opisana w w/w książce ( pod zmienionymi ksywkami)
Dziwne lato – kiedy po raz pierwszy skosztowałam marihuany, jakie tam skosztowałam, chodziłam upalona non stop … ale jedynie teoretycznie, bo choć razem z całą grupą paliłam trawkę(zresztą również haszysz…. i zdaje się opium…) to zupełnie bez pozytywnych skutków…
jakichkolwiek skutków…
A jeden jedyny raz – kiedy skutek się wydarzył i to mocno się wydarzył – wcale nie było przyjemnie.
Bo czułam się strasznie.
Miałam wszechogarniające umysł i paraliżujące ciało uczucie – że wszechświat się rozszerza… że choć przebieram nogami to czynię to w zwolnionym tempie jakby – i wcale nie przybliżam się do domu.
(a właśnie usiłowałam do niego dotrzeć po imprezie Pod Przewiązką)
A tu nic…
Jakbym mieliła stopami powietrze…
I dystans do domu wcale się nie zmniejsza …
I płakałam w środku nocy z rozpaczy – że nie uda mi się wrócić… z absolutną i trzeźwą pewnością, że zostanę tu – na jakimś zadupiu, na zawsze.
Przygwożdżona niemal do bruku.
Nigdy nie dotrę do domu.
Jeszcze dziś pamiętam w każdym szczególe tę chwilę, ten strach i to uczucie.
Więc to nie widok Tarzana odrzucił mnie od narkotyków..
nie rozsądek i mądrość życiowa dojrzałej kobiety – jaką byłam….
a ta jedna przerażająca chwila ciągnąca się w nieskończoność.

I dlatego w sobotę w Kartelu powiedziałam „nie, dzięki”.
Dziewczynę – która chciała sprzedać mi dragi znam tak sobie – bywamy na tych samych imprezach i słuchamy tej samej muzyki – jak wszyscy.
Ale znam – więc wysłuchałam cierpliwie, że to legalne, dobre i tanie….
i ile to już osób na tej i innej imprezie tego nie wzięło…
i jak się super czują…
i w ogóle.
Wysłuchałam i podziękowałam – że nie.
Jasne – lubię przygody. Nawet może mocniej niż tzw przeciętna, a bardzo znacznie bardziej niż przeciętna baba w moim wieku.
I nowe doświadczenia.
I wyzwania.
I takie tam.
Ale – jak pisał kiedyś Wharton w „Niezawinionych śmierciach” – wysoko cenię sobie mój mózg.
I jestem zadowolona z tego – jak działa.
A użycie dragów to tak jakby gwoździem próbować naprawić skomplikowany delikatny mechanizm…
więc ja nie potrzebuję tego pieprzonego gwoździa do poprawiania działania mózgu… modyfikacji czy tuningu.
Nawet nie muszę wypić piwa, żeby dobrze się bawić.
I zaprzyjaźniać się z długowłosiastymi w kolejce do kibla – moi przyjaciele znają mnie z tej strony.
i nawet gdyby nie podesłali mi paru linków n/t tego superhiperfajniastego środka – który, jak z nich wynikało jest mało fajniasty…
i niebezpieczny – oczywiście.
Nawet gdyby – to i tak moja odpowiedź brzmiałaby – NIE.
NIE – bo pamiętam tamtą chwilę z 1994 roku.
NIE – bo nie lubię gwoździem grzebać w moim cennym mózgu.
Nie – bo nie.

PS – oczywiście sporo szczegółów zmieniłam – aby nikt nie poczuł się urażony/możliwy do rozpoznania.