Tagi

AG (sierpień 2009)

Pierwszy komputer w moim domu należał do mojego ex i służył mu wyłącznie do pracy, bo było to w zamierzchłych czasach sprzed internetu…
Nie pamiętam zbyt dokładnie, ponieważ JA tego cuda techniki nie dotykałam nawet… czasem rzucałam okiem na monitor pełen tajemniczych krzaczorów (ex pisał w jakimś języku wewnętrznym, asemblerze czy coś…)
czasem zerkałam, jak moje dziecko godzinami grało w „Prince of Persia” – ale to było już później…
czasem trochę nawet kibicowałam zza jego pleców… ale ” no touching” , jeśli wiecie, co mam na myśli… 🙂

I to był cały mój kontakt z kompem.

Słuchając nocnych audycji Tomka B. w pełni potwierdzałam jego opinię na temat tych straszliwych urządzeń, co to zabijają normalne – czyli bezpośrednie kontakty międzyludzkie, zamieniają ludzi w maszyny i w ogóle zagrażają ludzkości.
Ale nie trzeba było wielu lat – żebym zmieniła zdanie.

Po prostu zauważyłam, jak posiadanie kompa ułatwia i urozmaica życie mojemu dziecku.
Na początku myślałam wyłącznie o mailach i gg… i o forach dyskusyjnych, gdzie będę mogła poznawać ludzi i ich poglądy – co zawsze bardzo mnie pociągało.
I ze śmiechem powtarzałam wszystkim, iż komputer jest mi potrzebny, żeby poznać Miłość Mojego Życia.
Że muszę go mieć przede wszystkim w tym celu.

Moi rozmówcy uśmiechali się również – żadne z nas nie spodziewało się, że tak się właśnie stanie.
Wieczorem 17 lipca 2005 napisałam swoje pierwsze słowa na gg, do mojego syna zresztą, a on siedział w pokoju piętro wyżej i instalował mi wszystko, co należało zainstalować…
I cierpliwie uczył mnie wszystkiego, potem wiele rzeczy odkrywałam sama, czasem dzięki mozolnemu ale celowemu klikaniu, czasem metodą prób i błędów…
jeszcze rok temu nie potrafiłam ustawić sobie tapety…
potem, przy próbach modyfikacji/zmniejszania jej itp sama odkryłam możliwości Painta i powolutku powolutku uczę się nim posługiwać…
jakoś tak ostatniej wiosny sama nauczyłam się wyszukiwać i ściągać muzykę, sama sobie robię porządki na pulpicie i w plikach na dysku…
ale wczesną wiosną 2006 nie potrafiłam nawet zarejestrować się na moim pierwszym forum – nie wspominając nawet o umieszczeniu avatara czy sygnatury…
rejestracją zajęło się moje dziecko – a avatarem i sygnaturą…
cóż… 🙂
obie te rzeczy zrobił w Photoshopie i umieścił gdzie trzeba świeżo poznany na tym właśnie forum P.
Niedługo potem okazał się Miłością Mojego Życia – ciągle nią jest, bo przecież to, że nie jesteśmy już razem nie ma wpływu na to, jak go nazywam.
I co czuję, oczywiście.
W tym więc względzie komputer spełnił moje oczekiwania …. 🙂
A na świeżo powstałym oficjalnym forum Lacrimosy poznałam cudownych ludzi, którzy okazali się być jednymi z najbardziej serdecznych i oddanych mi przyjaciół.
Potem było polskie forum Lacrimosy, g.pl, wreszcie AG…
Teraz patrzę na moje 67 zakładek i ponad setkę kontaktów gg ….(staram się wszystko na bieżąco uaktualniać, wywalając te nieodwiedzane)
i na maile – prywatną korespondencję z 20? 30 osobami, nawet w obcych narzeczach 😉
widzę w nich całą moją internetową historię… kawał mojego życia….
niby 4 lata zaledwie – ale jak bardzo zmieniło się to, jak wyglądają moje dni – jak spędzam czas – jak żyję…
Dzięki komputerowi np wróciłam do pisania: uporządkowałam większość swojej starej „Twórczości” …
no i nowe rzeczy – ten blog, i to co ląduje w „naszej pisaninie”, i te moje artykuliki okołomuzyczne i różne inne takie…
dzięki komputerowi przetrwa mnóstwo ważnych pamiątek – choćby starych, zeskanowanych fotek i takich całkiem nowych; dzięki niemu też udało mi się odnaleźć mnóstwo od lat szukanej muzyki, filmów, wierszy, informacji… i moją skradzioną przed 20 laty książkę… i inną, ukochaną lekturę dzieciństwa.
Od 35 mniej więcej lat skrzętnie notuję wszystkie istotne dla mnie rzeczy… na dziesiątkach fiszek zapisuję tytuły piosenek usłyszanych gdzieś tam…
książek – wartych przeczytania…
filmów – wartych odszukania…
nazwiska aktorów – którzy mnie zachwycili…
strzępki zapamiętanych wierszy ….
I olbrzymią większość z tego odnalazłam już – dzięki komputerowi…
Bez niego nie miałabym szans.

Te słowa teraz piszę w notatniku, ósmy dzień nie mam neta z powodu jakiejś pieprzonej awarii serwera i ósmy dzień wściekam się nie tylko z powodu braku dostępu do moich 67 zakładek, 115 osób na gg i mailowo…
nie mogę sprawdzić niczego w google, ani na stronach o filmach…ani wysłać sms-a..
znowu, jak kiedyś, prognozy pogody muszę szukać w telewizyjnych wiadomościach, a program tv z kolei usiłuję odnaleźć w Telegazecie ( o matko – co za komunistyczny przeżytek… 😛 )
o braku możliwości spamowania na moich 10 (chyba) forach nie wspominam nawet …
na szczęście jest dostępna cała moja muzyka (na dysku, CD i DVD)… i filmy…
Więc na znak protestu przeciw okrucieństwu tego świata oglądam sobie „Dr.Hausa” – przyjaciółka pożyczyła mi płytki z 3, 4 i 5 sezonem…
aktualnie kończę czwarty sezon – co daje ok. 7 odcinków dziennie.
Nie mogłabym bawić się tak cudownie – gdyby nie mój komputer.
OK – powiem to najjaśniej jak się da: jeśli cokolwiek w tym pieprzonym życiu jest fajne/zabawne/piękne/warte zapamiętania – to 3/4 z tego umożliwił mi komputer.
Bez niego to chyba tylko zapach deszczu… i pierwszy śnieg… i tęcza…
i palce zielone od liścia mięty, kiedy się go rozciera na miazgę, żeby poczuć … – ale to już temat na całkiem inny wpis …. 🙂