Tagi

,

Kochane Toxiki i reszta świata 😀
Nie wiem, jak mam dziękować za sobotnią noc.
Za genialną muzykę, którą byłam w stanie docenić jedynie na siedząco – koncert zmasakrował mnie dogłębnie, upał i duchota w klubie prawie zabiły, więc do Carycy dojechał jedynie mój trup, a zwłoki, jak powszechnie wiadomo – nie tańczą 😛 (a filmy o zombie kłamią !!! 😛 )
Dziękuję zaskakująco licznej grupie znajomych, którzy jakimś cudem rozpoznali te moje bezwładnie zwisające z krzesła, umęczone szczątki i uściskali je przywitalnie, z niektórymi, zdaje się, rozmawiałam, za co z góry przepraszam.
Moja próba imitacji ruchu na parkiecie zakończyła się fiaskiem, nieboszczyk doczołgał się do stolika i potem do taksówki, przeprasza więc, że pożegnał się jedynie z nielicznymi, na których po prostu wpadł po drodze.
Na koniec nieboszczyk chciałby pochwalić udany eksperyment kulinarny, który przywrócił mu tchnienie życia na parę dobrych chwil : co prawda niektórzy marudzili, że pizza czy calzone to lepiej smakuje na ciepło, ale chyba w głowach im się kurna przewraca, malkontentom jednym 😉 Nieboszczyk pochłonął 2 kawałki, temperatury jadła nawet nie zanotował jego puściutki żołąd, a skoro jadło przyjął i strawił bez protestów, a wrażliwy jest jak rzadko, skubaniec jeden – znaczy, że jadło było super, no i tańsze od barszczu.
I ogłoszenie : jeśli jeszcze ktoś nie wie, co to jest, to świetliste kółko nad głową Deitha – to zwłoki uprzejmie objaśniają:
TO JEST, KURNA, AUREOLA.
Nasz kochany Michał systematycznie pracuje na swoje własne miejsce w niebiesiech, takich trochę metalowo-gothyckich, ale pewnie i takie Stwórca zaplanował 😉
A czym wykazał się wczoraj?
Już w klubie Kwadrat dopadł moje zwłoki, po upewnieniu się, że wiem z kim rozmawiam – zaproponował podwózkę, tak sam z siebie.
Mnie – i mojej koleżance.
Kiedy jednak zaczął tłumaczyć się i przepraszać,że pojedziemy „dopiero” w drugiej turze, zwłoki z trudem załapały, że Deith planuje wykonać taki poczwórny kurs, bo Kwadrat-Caryca-Kwadrat-Caryca – i też tak zrobił.
(Po drodze udało się odnaleźć w Michałowym autku jakąś zaginioną komórkę kogoś z pierwszej tury, tu mój trup został zmuszony do odbywania totalnie abstrakcyjnych i odjechanych rozmów, abstrakcyjnych i odjechanych, bo wtykano mu w łapę coraz to inny telefon, on powtarzał grzecznie nakazaną formułkę „komórka się znalazła” – tylko zapominał się przedstawić… )
A kiedy mój trup podjął decyzję o ewakuacji z Carycy i zaczął czołgać się w kierunku wyjścia – Deith dojrzawszy ten manewr zaofiarował się po raz kolejny z propozycją odstawienia do domu.
Ogarniacie?
On sam bawił się jeszcze w najlepsze, ledwo dochodziła druga – ale był gotów przerwać sobie imprezowanie, żeby zawieźć nas gdzie trzeba….i odpuścił dopiero po solennych zapewnieniach, że sobie damy radę, że naprawdę dziękujemy i w ogóle.
Dlatego, z tego miejsca, uroczyście wnoszę, aby wzbogacić ksywkę Deithwena jakimś dodatkiem typu „saint” czy cuś.

PS.
Acha.
Koncert.
Kilka zdań o koncercie, ale naprawdę jedynie kilka, bo więcej nie wypluje z siebie mój strupiały musk.

Wiem, że to, co teraz napiszę może wzbudzić zdziwienie – ale ja to taka dziwna jestem, więc wszystko się zgadza – ucieszył mnie niezbyt liczny tłumek przed wejściem. Nienawidzę ścisku – i potrafię doskonale się bawić w mniej licznym towarzystwie 😉 a poważnie – już parę razy w życiu do rozpaczy doprowadził mnie fakt organizowania koncertów w klubach, które nie były w stanie pomieścić wszystkich chętnych i te po prostu pękały w szwach – a ja byłam bliska zejścia śmiertelnego.
Niestety – klub Kwadrat postarał się o inny sposób uśmiercenia mnie – mianowicie w ten ciepły, niemal upalny jak na październik dzień – postanowił dodatkowo podgrzać atmosferę i potraktował to całkiem dosłownie – sprowadził do klubu klimat tropików, bo panowało w nim jakieś 27stopni Celsjusza, w cieniu.
Upał zabijał już od wejścia, w toaletach chyba jeszcze bardziej.
Nie wiem, czy był to marketingowy pomysł na wzrost sprzedaży piwa – jak się dowiedziałam później od uroczych panienek sprzedających życiodajny napój podobno poszło 6 keg, czemu nie dziwię się ani trochę, bo w tych tropikach miałeś wyjście albo włożyć łeb pod kran z zimną wodą (widziałam na własne oczy) albo próbować chłodzić się piwem.
Członkowie kapel cierpieli z powodu tych tropików także – nawet Boski Fernando, jak sądzę z racji miejsca zamieszkania do upałów nawykły – niezliczoną ilość razy polewał się wodą, wycierał ręcznikami itp – co doskonale mogłam zaobserwować z mojego strategicznego miejsca z widokiem na wejście za kulisy.
Ale zanim Fernando….
Towarzyszące mi Kobiauy statecznie zajęły miejsca dla dziadków – znaczy te na górze, z krzesełkami – a ja, jak to młódka hiehie – zabezpieczyłam sobie swoje ulubione, z lewej strony sceny, na wprost takiego wielgaśnego głośnika.
Błyskawicznie zbratałam się z dwoma uroczymi długowłosymi małolatami z prawej, którzy ochoczo przystali na moją propozycję : oni pilnują mi moich 40 centymetrów barierek i mojego piwa, które ufnie im wręczam z pozwoleniem użycia, a ja w tym czasie błyskawicznie lecę do toalety.
Powtórzyliśmy tę akcję jeszcze w przerwie między supportami, tu trochę miałam stracha, czy się powiedzie, bo tłumek lekko zgęstniał i te moje 40 cm było bardziej zagrożone, ale pomoc zaofiarowała dodatkowo grupka stojących tuż za mną, koncertowych emerytów, czyli tak na oko ode mnie z 15 lat młodszych… wcześniej troszkę się z nich w myślach nabijałam, bo podsłuchałam ich narzekania, że to supportowe granie to takie trochę bez melodii, sam łomot, w ogóle nawet zaśpiewać się nie da, co to za piosenki… ale potem sama się przed sobą za te myśli wstydziłam, bo i miejsca rzetelnie popilnowali, i potem solidnie przed naporem tłumu chronili.
Co do supportów – cóż, przyznam, że w oczekiwaniu na Fernando i jego ekipę moja uwaga je ledwo liznęła, choć wyznam szczerze, że występ Sixpounder poruszył mnie mocniej i to nie tylko na stuprocentową zawartość długowłosych blondynów w kapeli 😉
A pod sceną – i ściana śmierci i okazały młyn, no co, koncert metalowy to koncert metalowy 😀
Było więc całkiem nieźle, co zresztą udało mi się wyartykułować face to face gitarzyście kapeli, Mike’owi, kiedy po koncercie, już na parkingu przed klubem pakował graty do samochodu, jejku, z jakim boskim uśmiechem podziękował, mmmm … 😀
Dziś dopiero w necie doczytałam, że wokalistą grupy jest gostek z Voice of Poland, Filip Sałapa, no proszę, tu wydziera się znacznie przyjemniej 🙂
A Moonspell, no cóż…
ORGAZM ORGAZM ORGAZM.
Perfekcyjny kontakt z publicznością, ach, te opowieści, jaka to krakowska publika nie jest wyjątkowa, dedykacja dla śp Petera Steele, to pokoncertowe mizianie wyciągniętych łapek z uściskiem włącznie, ta widoczna i nieudawana radość z gorącego przyjęcia…
Bo my, znaczy publika – daliśmy z siebie wszystko.
Od skakania ramię w ramię (dzięki, moi towarzysze z prawej, daliśmy radę i było pięknie ) , crowdsurfingu (odnotowałam rekordową ilość dziewczyn „wrzucanych” do fosy ), diabełków i innych thr00-gestów , po synchroniczne machanie włosami (i podziękowania w tę samą stronę 😀 ) i przepiękne chóralne, wspólne śpiewanie (rany, za mną stał chłopaczek z dziewczyną, takie chucherko o wyglądzie licealisty – i wyśpiewywał WSZYSTKIE słowa, ja-nie-mogę, wstyd mi – bo ja to tylko niektóre refreny, ech …)
Co do setlisty – ku mojej radości obejmowała całokształt twórczości, co cieszy szczególnie 🙂
Zanotowałam „Night Eternal, „Avake”, „Opium”, „Nocturna”, „Finisterra”, „New Tears Eve” ( to ten utwór z dedykacją właśnie ) – a z ostatniego CD – „Love is Blasphemy”, „Axis Mundi”, „Lickanthrope” i tytułowy „Alpha Noir”. I oczywiście hiciory : „Mephisto”, „Full Moon Madness” , „Scorpion Flower”, „Vampiria”, plus super-hiper-hit wszechczasów – czyli „Alma Mater” – dla mnie to ikona i symbol, jak tatuaż na duszy 🙂
Jeśli więc chodzi o moje prywatne marzenia – zostały spełnione….. kocham „Scorpion Flower”…. i nieustająco „Alma Mater”, oczywiście. Przy pierwszym płaczę, przy drugim skaczę, przy obu się wydzieram 😉
Ale, kurna, ten upał.
Podczas pierwszego kawałka granego przez Moonspell zrobiło mi się słabo – w myślach powstała dziura, świadomość odpłynęła na sekundę, nogi się ugięły, ale wcześniej ręce automatycznie wzmocniły uścisk na barierkach – zanim mój tyłek miał szansę glebnąć – świadomość wróciła, a ja się podniosłam, dla postronnych obserwatorów wyglądało to zapewne jak jakaś metalowo-taneczna ewolucja.
Przez chwilę rozważałam opcje – usiąść z boku na chwilę, może nawet się położyć, ale sama siebie zbeształam w myślach, zwyzywałam od głupich starych rur – i postanowiłam wytrwać na stanowisku.
I wytrwałam.
Upocona jak mysz, z prawą stopą spuchniętą tak – że szczelnie wypełniła glana, ale wytrwałam.
Skacząc, tańcząc i wykonując perfekcyjne up-down, side to side z pełnym circular swingowaniem 😀
Dlatego później czołgałam się już na autopilocie, znajomych nie rozpoznawałam, głupoty wygadywałam większe, niż zwykle.

1396020_10201073083691471_2129501084_n.jpg

(fota z Arturo)

Dodam jeszcze, że czekając na Michałową podwózkę zostałyśmy razem z M. sfocone przez jakiegoś nieznanego długowłosego osobnika, usuwałyśmy się z kadru, bo sądziłyśmy, iż gościmy w nim całkiem przypadkowo, jednak posiadacz długich włosów i chwiejnej łapy (chodu także) objaśnił, że to celowe, zaproponował także usługę zupełnie innego rodzaju, za którą z godnością podziękowałam.

Tak więc, po pełnej dobie od opisywanych wydarzeń – wydobrzałam, mniej więcej…
przeglądam kalendarz…. 16 listopada – CGN…. 6 grudnia – Therion…. o matko …