Tagi

AG

Jest niedziela, godzina 17:00, słoneczko od kilku godzin już dop… ekhem, znaczy przyświeca milutko, ale ja tego nie widzę – dopiero wstałam, rolety opuszczone i słoneczka się jedynie domyślam.
Z tym wstaniem to też lekka przesada, raczej się zwlokłam i to z wielkim trudem, bo wszystko mnie boli, można by rzec, że boli mnie cała ja. 😉
Boli mnie kark i cały kręgosłup szyjny – jak zwykle po szalonym machaniu włosami… bolą mnie stopy i kolana, mięśnie łydek i ud (to zapewne efekt przeróżnych figur, przy mojej sprawności – niemal akrobatycznych, odstawianych na parkiecie, włącznie z sexy-tańcem z Moją Klawiaturką, i nie tylko…)
Ale bolą mnie również pośladki – a tu nie przypominam sobie niczego, co mogłoby stać się tego bólu powodem, pamiętam rozmowy o jodze podczas rytualnego chłodzenia się na zewnątrz klubu, ale chyba samej prezentacji asan nie było… natomiast pojawił się pomysł, coby poćwiczyć – ale coś kompletnie innego, na masce samochodu przed klubem, taki był fajniusi i granatowy i kusił, lecz początkowe litery rejestracji zaczynały się od „SZA” co skojarzyło nam się z uciszaniem, więc pomysł padł… (choć z kolei rejestracja samochodu obok zachęcała „KWI”… tak, wiem, pomysły mało lotne, ale powstawały już nad ranem, więc wybaczcie…)
Tak więc, z racji swojego dzisiejszego stanu, wskazującego na znaczne zużycie, nie dostarczę Wam szczegółowej opowieści o „moim wyjściu na miasto”, takiej „na 20 stron forum”, co zapewne niektórych ucieszy, ale postaram się przekazać Wam to – co w takich imprezach jest najistotniejsze – jej klimat.
Zacznijmy od koniecznych formalności:
Imprezę poprowadzili TOXIK TWINZ w niezmiennym składzie: Kchild & DeV_ – i za jedyne 5 zeta za wejściówkę zgotowali nam prawdziwą ucztę dla ciała i ducha, wszystko w klimacie alternative/synth/industrial rock & metal.
Zgodnie z zapowiedziami Nasze Kochane Szafy Grające ugościły nas muzyką kapel: Nine Inch Nails, M. Manson, Rammstein, Ministry, The Prodigy, Combichrist, IAMX, Rob Zombie, KMFDM, Gary Numan, Orgy, Zeromancer, Filter, Die Krupps, The Birthday Massacre, Front Line Assembly, Apoptygma Berzerk, Pain, Mindless Self Indulgence, Celldweller, Deathstars i innych.
Ale ta wklejka ze strony eventu nie odda ani w pięciu procentach atmosfery i temperatury emocji… tego – co działo się na parkiecie, kiedy z didżejki dobiegł niesamowity cover Sepultury :

Korniczek nazwał sytuację „prawie pogo”, ja pominęłabym to „prawie”. 😀 .
Jak cudownie było się gibać do „Sweet Dreams” w niesamowicie powolnym, mrocznym i drapiącym duszę coverze w wykonaniu Ministry…
I jak cudownie zabrzmiał chóralnie odśpiewany połączonymi siłami parkietowo-didżejskimi „Sword of The Witcher” Vadera… i jakie szaleństwo opanowało dansfloor podczas „Poison” Alice’a Coopera.
I jak nieliczna, ale silna i zwarta ekipa gdzieś koło 5 rano skakała dzielnie do Korna.
Co działo się później, nie wiem, ja ewakuowałam się do domu chwilę potem (ej, kto mnie zaniesie do taksówki, pliiis, stawiam piwo…) ale reszta bawiła się jeszcze w najlepsze, ja zazdrościłam im sił, ale cóż, tak to jest w „pewnym wieku”, ech… 😛
A wieczór miał charakter szczególny ze względu na dwie połączone imprezy urodzinowe naszych wspólnych znajomych, jedna – całkowicie niespodziankowa i z zaskoczenia.
Ja dodatkowo lansiłam się z kolejną cudowną miniaturową torebusią – tym razem z różyczkami, jak również z nowymi okularami, w których wyglądałam (zdaniem Kornika) jak Pani Profesor z filmów dla dorosłych. 😉
Jeszcze były tańce z Kornikową Świnką (w moim wykonaniu bardzo, ekhem, erotyczne :p ).
I szalenie romantyczne wydarzenie, o matko, po prostu bajkowe, nawet biorąc pod uwagę, iż jej sprawca nie był najtrzeźwiejszy – ale w końcu któż byłby, o 3 nad ranem… opisać sprawy ze zrozumiałych względów nie mogę, ale muszę przyznać, iż niesamowicie mi pochlebiła. 🙂 Nawet zastanawiałam się, czy nie pomylono mnie z jakąś inną osobą, ale sytuacja rozwija się od kilku imprez, a ta wczorajsza stanowiła uwieńczenie poprzednich, więc chyba nie… w każdym razie, dziękuję Ci, Tajemniczy Nieznajomy – to było piękne. 🙂
Na zakończenie garść istotnych konkretów: obsługa fantastyczna, Pan Barman uroczy i rzetelny (na parkiecie prezentował się również wspaniale ).
Piwo taniusie, ja zdecydowałam się na lanego Kasztelana za piątkę w cudnym, grubościennym kufelku 0,4 – i nie żałuję, bo był zimniutki i pyszny, takie były zresztą „wsyskie ctery”. 😛
Kibelki wielokrotnie przeze mnie chwalone, w ilości zupełnie wystarczającej w przeliczeniu na powierzchnię lokalu, o zróżnicowanym designie – uprzejmie donoszę także , że o 5 rano było w nich całkiem czysto, nie brakowało papieru toaletowego – ba, nawet gorąca woda była obecna.
A teraz o temperaturze i wietrzeniu: nie, nie masz racji, eMCe, w porównaniu do KotaKarola, nawet na dolnym poziomie było całkiem do wytrzymania, a na wyższym panował wręcz miły chłodek. Weźmy jeszcze pod uwagę, że wczorajsza impreza odbywała się po kilku upalnych dniach, a ta sprzed tygodnia, do której porównuję – po całkiem chłodnych, więc tym bardziej można by się w Pixelu spodziewać duchoty nie do przeżycia – a tu miłe zaskoczenie. 🙂
Nie bez znaczenia jest też fakt, iż wczoraj spędziłam na parkiecie (dodajmy – niezwykle aktywnie) nieporównywalnie więcej czasu, niż zeszłej soboty, lecz mimo to nie byłam zmuszona ratować się wkładaniem głowy pod kran ani innymi drastycznymi akcjami.
W Pixelu było chłodniej, mimo wszystko – wyraźnie chłodniej, niż w Kocie, oczywiście – mam na myśli temperaturę powietrza, nie atmosfery zabawy. 😀
I jeszcze jedna rzecz, jak dla mnie warta uwagi – w Pixelu organizujący i zarazem didżejujący „umiejętnie łączyli edukowanie imprezowej publiki z zaspokajaniem jej kaprysów (a nie każdy prowadzący opanował tę sztukę ;))” – że tak zacytuję Gosię C. Poza tym, co szczególnie cenne, sami interesowali się szczerze, czy dobrze się bawimy, czy zestaw muzyczny nam odpowiada – o co pytał kilkakrotnie podczas tego szalonego wieczoru Kchild vel Karmelek, a w prywatnych rozmowach nie raz podkreślał, jak opinie bawiących się na „jego” imprezach uczestników są dla niego ważne.
Myślę, że takie podejście, szacunek dla znajomych – ale zarazem biorących udział w organizowanym przez siebie evencie, liczenie się z ich opiniami czy nawet wymaganiami – szczere, bez cienia ściemy czy spychotechniki (to nie moja sprawa a właściciela klubu) – świadczy o poważnym traktowaniu tego, co się robi, o profesjonalizmie – stanowi też podwaliny sukcesu imprezy.
Biorąc to pod uwagę – sądzę, że o sukces kolejnych edycji nie musimy się martwić. 🙂
I tego życzę duetowi TOXIK TWINZ – oby każda następna okazała się podobnie „śmiertelna” i miała podobną, piorunującą moc.
Dziękuję też obu panom gorąco – w imieniu własnym jak i pozostałych „uśmierconych”. 🙂

PS.Przypomło mi się kilka ” akcji imprezowych”: zamiast zwyczajowego „macania się po cyckach ” było porównywanie gładkości kobiecych ud, mmmmm… (brawo, S. )… i zawody w ssaniu cukierków – „kukułek” I jeszcze coś z zupełnie innej beczki – otóż kolejny raz miałam okazję przekonać się, jak bardzo przychylny ludziom i pomocny potrafi być pewien Przystojny Długowłosy Blondyn Teraz Już Bez Czapeczki 🙂 Opowiedziano mi też o kilku sytuacjach, które budzą podobną wiarę w ludzi, w ich pełne życzliwości zaangażowanie w sprawy innych. Rany, super.
PS.PS.
jeszcze w temacie „jak się chce, to się da”: wczoraj w „Carycy” parkiet był miło chłodzony przez wiatraki własnoręcznie przez organizatorów „przyniesione na plecach” i zamontowane.
Więc jednak – jak się naprawdę chce, to można się postarać – trzeba tylko chcieć a nie zasłaniać się wykrętami i ironizowaniem ” no co, mam na plecach przytargać z domu drzwi do palarni? „ …. ” z tym to do właściciela klubu się zwróćcie sami „ … taaaaa …