Tagi

AG

87ee1a5c300d4826c81e6a093b518eb6.jpg

Kolejny Digital Riot (13 września 2013, klub Caryca, Dajwór 16, Kraków) potwierdził moją ogólną opinię o imprezach, o tym – co jest tak naprawdę ważne, żeby były udane, żeby przyciągały uczestników (stałych bywalców i nowych, jeszcze nieświadomych „niebezpieczeństwa” 😛 ), żeby miały szansę stać się kultowymi.
Klub wcale nie musi być wypasiony, może przypominać starą halę fabryczną, dla fasonu bardziej niż czystości pochlapaną farbą koloru błota… dekoracje całkiem z czapy, zbieranina mebli wszelkich stylów i całkiem bezstylowych – od przecudnego zabytkowego stołu po skórzane kanapiszcza, od solidnych foteli po rozpadające się krzesła, zresztą to intrygujące i niezwykle pasujące mi wnętrze opisywałam już wielokrotnie w relacjach z wcześniejszych imprez.
Przypomnę tylko, że nie przymykałam oczu na nie najlepszą jakość sprzętu grającego – ale dowodziłam, że ogólne wrażenie pozostaje i tak bardzo pozytywne, na pewno dla mnie, wielbicielki takich industrialnych klimatów, rodem z filmów post-apo.
Liczy się klimat, klimat przede wszystkim.
A ten tworzy nie tylko „materia” klubu – tu zresztą bardzo ciekawie zaaranżowana. Klimat to wypadkowa wielu elementów, na imprezach zależna mocno od tego, kto i w jaki sposób je organizuje i prowadzi. I kto na nie przychodzi, oczywiście. Ale od tego, w jaki sposób robią to Ci pierwsi – zależy ilość tych drugich, a także ich zadowolenie, lub jego brak.
Nie będzie fajnego klimatu, na bank, jeśli ci pierwsi, przykładowo, czują coś w rodzaju misji, czyli nieprzepartej chęci wychowywania tych drugich i kształtowania czy narzucania im swoich gustów – przede wszystkim i w pierwszym rzędzie.
Jeśli foszą się na wszelkie sugestie, prośby i choćby nieliczne requesty, czyli od razu „hejt, pogarda i przemysł nienawiści” (cytat z Kornika, tak uroczy, że nie mogłam się oprzeć 😀 ).
Jasne, granie na imprezach stałego zestawu utworów kompletnie mijałoby się z celem, podobnie wyłączne czy nawet zbyt chętne uleganie przynudzaniu „a puścisz mi… „ – i tu dłuuuga lista.
Chodzi jedynie o jakiś złoty środek, sensowne wyważenie.
Chodzi także o, jakby to ująć – kulturę odmowy. 🙂
Bo nawet, jeśli czegoś organizator nie może/nie potrafi/nie jest w stanie itp, to jednak elegancko byłoby przekonać uczestników, że dołożył wszelkich starań, ale się nie dało, o cokolwiek by nie chodziło.
Że próbował, podejmował wysiłki, interesował się… Stwierdzenia w rodzaju „chcesz mieć, to se sam załatw” na pewno do eleganckich nie należą.
Tym bardziej sugestie, że jeśli się nie podoba, to… cóż.
Nic podobnego na imprezach DR nie ma miejsca. 🙂
Wręcz przeciwnie, ekipa didżejsko-organizatorska dwoi się i troi, żeby dogodzić nam, uczestnikom.
Tak też było ostatniej nocy. Kiedy po dniu pracy dotarłam do Carycy około 23:00 impreza trwała w najlepsze, parkiet był pełen, a i miejsc siedzących wkrótce miało też zabraknąć.
Ale nikt nie narzekał, skaczący na dansflorze wymieniali się z łapiącymi oddech przy stolikach albo z delektującymi się dymkiem na zewnątrz, na ławeczkach, leżakach, schodkach…
Tu z dużą przyjemnością podkreślę, że zakaz palenia wewnątrz klubu jakoś nikomu nie przeszkadzał, udawało się go przestrzegać skrupulatnie i do świtu.
Miły Pan Barman bez zmrużenia oka dosypywał mi lodu do piwa za każdym razem, kiedy rozgrzana harcami na parkiecie zalegałam na chwilę przy stoliku – a rozgrzać się było czym, zdecydowanie.
Nawet zapuszczony dość wcześnie jak na charakter brzmienia remix Lady Gagi miał spore wzięcie.
A mnie samą ucieszyła spora dawka R+ w przeróżnych wersjach i mixach, Dioramy, Kombikrajstów, nieśmiertelne „Poison” Alice’a Coopera i Apoptysiowe „Until The End of the World” – które powoli stają się hymnami Toxikowych imprez. 🙂
Było jeszcze mnóstwo takich kawałków, do których cały parkiet śpiewał, klaskał i machał czym kto ma.
Do kilku z nich razem z nieocenioną w takich akcjach Miyu kicałyśmy „po króliczkowemu” drapiąc łapkami powietrze, jak nikt nie sfocił chętnie zaprezentuję.
W pewnym momencie założono mi nawet różowe uszka królisiowe Kornika, ale się zsunęły szybko po moich zajebistych jedwabistych włosach, energiczne kicanie też się do tego przyłożyło, więc tu fotki zapewne także nie będzie, ech. 😦

Odbył się również pokaz tańców elektro z Kornikową Świnką, w moim i Świnki wykonaniu bardzo erotycznych, oczywiście.
Tu dowody fotograficzne są, co prawda pośrednie, ale jednak.
Dałam się ponieść zabawie tak bardzo, że dopadłam wizytującego imprezę Pana F., który z odległości baru wnikliwym wzrokiem lustrował dansflor, i podzieliłam się z nim swoja radością… na moje entuzjastyczne „Super impreza, prawda, super, nie?” Pan F. zastygł z niewyraźną miną i butelką piwa, wzniesioną w połowie drogi… hmmm… nie jestem pewna, czy podzielał mój entuzjazm… 😛
A w temacie wydarzeń niewielkich, ale znaczących: klatka na podwyższeniu, służąca zazwyczaj popisom tanecznym z akcentem na doznania pogłębiające kontakty, z erotycznymi włącznie – tym razem stanowiła arenę sportową: pewna para płci mieszanej uczyniła ją miejscem pokazu gimnastyki artystycznej i wywołała u mnie nostalgiczną łzę w oku, przywołując wspomnienie dzieciństwa, kiedy to z zapartym tchem obserwowałam jakieś Mistrzostwa Europy i te wszystkie wymyki, zwisy, pompki i wyciskania na drążku czy poręczach, ech…
W pewnej chwili na imprezie zagościło prawdziwe zwierzątko, przesłodka bullterierka, a jej właścicielka opowiedziała smutną historię suni, która mimo młodego wieku miała już 5 właścicieli. Najpierw jako szczenię kupiona przez nieodpowiedzialną parę, która postanowiła uzupełnić swój zasób posiadania (po lansiarskim domu, nowych meblach, basenie, nowych wypasionych brykach itp.) o lansiarskiego psa i pozbyła się go natychmiast, kiedy okazało się (co za zdziwko!!!) że szczeniaczek jak to szczeniaczek, podgryza meble, siusia i robi kupkę, a to nabrudzi, a to się zrzyga na nowy dywan….
Potem bullterierka przechodziła z rąk do rąk, mieszkała na melinie, nigdy dobrze nie traktowana, natomiast z łagodnej i przytulaśnej dziewczynki próbowano uczynić ostrego psa do walk, na przekór jej charakterowi… ze schroniska dla zwierząt trafiła już w ręce obecnej właścicielki.
Patrzyłam więc z uśmiechem na wierne i mądre czarne ślepka suni, wyrywającej się do przytulania i pieszczot, a okoliczni elektro-goci przepychali się wręcz, by ją głaskać i drapać za uchem.
Agresywny pies do walk, akurat – myślałam, widząc, jak piesa wywala się na grzbiet wystawiając na pieszczoty swoje brzucho. 🙂
Muszę jeszcze wspomnieć o pewnej osobie w swetrze w pasy a’la Freddy Krueger, skutecznie udającej zombie, bo snującej się z nieprzytomnym wzrokiem po parkiecie, przenosząc ciężar ciała z jednej stopy na drugą w mocno zwolnionym tempie… potem chłopak założył kurtkę i chyba miał zamiar wyjść – ale o tym jakoś zapomniał, więc kontynuował swój zombiakowaty ruch po dansflorze w pełnym jesiennym rynsztunku. Nie mogłyśmy się z Miyu oprzeć pokusie i snułyśmy się (kompletnie niezauważone) za nim, dość udanie naśladując jego niedźwiedzie ruchy.
Na koniec chciałam zaznaczyć, że skazanie mnie na oglądanie papierków po muffinkach i wdychanie zapachu, który po nich pozostał – jest wysoce nieetyczne, świadczy o braku empatii i w ogóle FOCH. 😉
Na przyszłość poproszę o zostawianie choćby jednej dla spóźnialskich (czytaj: dla mnie) albo dokładniejsze usuwanie śladów, coby mnie nie torturowały. 😉

Podsumowując: to dzięki takim imprezom zapominam, jak bardzo jestem stara.
Czuję, że żyję. 😀

PS: Jeśli to nie Świnka tylko Krówka, to plasiam, Kornik – ona ma kopytka, różowe ponętne ciałko, słodki pyszczek, jest łaciata i przytulaśna, prawie – jak mój Panterek o imieniu Rip(p)ek i jego brat, Tygrysek, o imieniu do rymu, a ja jestę gotę, nie zoologiem. 😉

Wydarzenie na last.fm: http://www.lastfm.pl/event/3671288+DIGITAL+RIOT+vol.+6