Tagi

AG

Motto:
Jestem nieogarniętą blondynką do trzynastej potęgi. I tyle.

Kiedy zeszłej soboty przyjechał Lukier, aby jak byłej żonie przystało, zabrać mnie na Electroperversion – praktycznie byłam już gotowa.
Zapach pizzy roznosił się po całym mieszkaniu, w dzbanku parzyła herbata, a na komodzie leżała calutka moja garderoba, przygotowana na Wielkie Wyjście, włącznie z bielizną, siatkowymi mitenkami i biżuterią.
Kiedy jednak zaczęłyśmy się szykować, nie wiem czemu, kompletnie nie mam pojęcia z jakiego powodu – zapomniałam o ciepłych getrach (które na imprezie oczywiście zdjęłabym i założyłabym z powrotem dopiero wracając do domu, taki był plan).
Zostały w domu, równiutko złożone, opuszczone i samotne – a ja na 15-sto stopniowy mróz wylazłam w ażurowych podkolanóweczkach, cieniusieńkiej satynowej spódnicy z rozcięciem do kolan, przezroczystej jak mgiełka tiulowej bluzeczce i kurtce do pół uda, takiej jesienno-zimowej. Jasne – wzięłam cienki szaliczek i rękawiczki, ale zero swetra czy bluzy, no i praktycznie z gołą dupą.

2epportret.JPG

O zostawionych w domu getrach przypomniałam sobie w taksówce wiozącej nas na imprezę – ale ich brak odczułam boleśnie dopiero wysiadając z niej i usiłując pokonać biegiem całą długość ulicy Siennej – od wylotu ul Krzyża, dokąd wolno dojechać I-carowi – aż do Kota-Karola.
Po drodze obrzucałam przekleństwami tę zajebiście wymyślną kostką brukową spowalniającą moje kroki, brak paska w kurtce i co za tym idzie możliwość wdzierania się lodowatego wiatru – po łydkach, nagich kolanach, gołych udach, pośladkach – bez przeszkód.
Że założyłam jedynie koronkowe wiadomo-co, żadnych barchanów czy bawełny z golfem chociaż – nie wspomnę nawet, ech. 😦
O buciczkach do przebrania nie zapomniałam, kurna, ale getry zostały w domu.
Z plecaczkiem w jednej ręce, reklamówką z sandałkami w drugiej, usilnie starając się otulić goły tyłek fiufającymi na wietrze i mrozie połami kurtki dopadłam wejścia do pubu.
Miałam wrażenie, że temperatura mojego ciała spadła znacznie poniżej ustawowego 36,6… że tyłek i cała reszta zamieniły się w lodową krę.
I niestety to właśnie przemarznięcie, a także nie dające spokoju myśli na temat, w jaki sposób uda mi się wrócić do domu po imprezie – zdominowały mój pobyt w KocieKarola.
Bałam się reakcji żołądka, więc nie walnęłam sobie bani na wejściu – a szkoda, może odtajałabym… telepało mną mimo intensywnego baunsowania na dansflorze, po raz pierwszy odniosłam wrażenie, że panuje na nim przyjemny chłodek, a w pierwszej sali, gdzie miałyśmy rezerwację – po prostu zamarzałam, ja, baba, co jej zawsze za gorąco – marzłam, ech 😦
Ale sądzę – że winne tu nie tylko to moje zziębnięcie… kotara przy wejściu, mimo iż tym razem podwójna, nie stanowiła praktycznie żadnej zapory dla minus piętnastu stopni mrozu i w wielkiej sali za schodami było po prostu bardzo zimno… Poszukałyśmy więc wraz z Lukrem nieco cieplejszego miejsca.
Mimo to nie czułam się za dobrze, tak więc, jak na swoje zwyczaje dosyć wcześnie – rzuciłam hasło do odwrotu.
Nie dopełniłam tym razem rytuału pożegnań, przepraszam więc niniejszym wszystkich znajomych, bar i Panów Ochroniarzy, którym oszczędziłam zwyczajowym pożegnalnych żarcików… Wybaczcie, mój umysł wypełniała dokładnie jedna myśl i wszystkie inne spychała na plan dalszy: jakim to niby sposobem, kurna, mam dotrzeć do najbliższej taksówki tak, żeby nie umrzeć z powodu wyziębienia organizmu, a przynajmniej tej półnagiej części wystawionej na hardkorowy ziąb…
I jedyna odpowiedź, jaką wykoncypowałam to: „No jak – jak? Szybko, po prostu szybko „.
Tak więc (bardziej dla pewności, że zrobiłam wszystko, co w mojej mocy – niż dla rzeczywistego skutku), owinąwszy muślinowym szaliczkiem biodra, nie szyję (tę z kolei zabezpieczała stójka kurtki zapięta po oczy) pokonałam biegiem fragment ul. Siennej rozpaczliwie wypatrując taksówki… właśnie mijałam grupę dresów (?) wydzierających się chóralnie „Jebać Wisłę!!!” kiedy Lukier zawołał – „Ej, jedziemy takim fajnym?”, a ja radośnie przytaknęłam, zanim zdążyłam dostrzec, że oto, zawracając zgrabnym półkolem, ląduje wprost u moich zlodowaciałych stóp fiat 125p w kolorze safari czy raczej bahama yellow – o taki, kto wie, czy nawet nie ten dokładnie:

taksi.jpg

W ułamku sekundy znalazłam się w środku, w locie pytając, czy taksówka jest wolna, czy można i dobry wieczór… i prawie rozpłakałam się ze wzruszenia „Rany, jak tu ciepło!!!”. Za moment zamknęły się drzwi za Lukrem i co usłyszał Pan Taksówkarz? „OOO jak tu ciepło!!!”. 😀
Jeszcze nie zdążyłyśmy się tym ciepłem ponapawać ani nawet podać docelowego adresu, a tu – niespodzianka!!! Przednie drzwi się otwierają, na siedzeniu wpada jakiś (chyba jeden z tych jebiących Wisłę) i każe się wieźć do Wieliczki.
Obie z Lukrem zaniemówiłyśmy zgodnie – to od kierowcy intruz dowiedział się, że taksówka jest zajęta i wysiadając odwrócił się, obrzucił nas mętnym spojrzeniem i inteligentnie podsumował: „Hej – stare baby jadą starym autem!!!”.
We mnie obudził się diabeł.
I to taki w szale dzikiej furii.
To – jaki stek wyzwisk poleciał w stronę dowcipnisia – pomińmy litościwym milczeniem… szczęśliwie drzwi taksówki były zamknięte, facet nie usłyszał z tego ani słowa – bo pewnie została by z nas mokra plama… a ja próbowałam namówić Pana Taksówkarza, żeby pogonił chama autem, nic – że po chodniku – bo chcę mu pokazać faka, a na ten ziąb nie wysiądę…
Lukier wraz z kierowcą zapłakiwali się ze śmiechu, a ja perorowałam uniesiona oburzeniem: „Gdyby powiedział – że gruba… albo brzydka – mogłabym z nim dyskutować… ale STARA?”
Kasiulek tłumaczył – że ten uchlany prostak użył liczby mnogiej i wcale nie patrzył na mnie, tylko na nią – ale niewiele to pomagało… aż do Wawelu obruszona i wściekła obmyśliwałam na głos sposoby ukarania go – stanęło na złamaniu nosa przy pomocy celnego uderzenia pięścią (Lukier, dzięki za tę podpowiedź 😛 )…
Dopiero przy samym końcu Grodzkiej bulwers ustąpił i ujawnił się mój prawdziwy charakter, pełen ciepła, dobra i słodyczy, tolerancji i zrozumienia dla bliźnich wszelakiego autoramentu, a to za sprawą pewnego młodzieńca, który utknął był na metalowym płotku przy przystanku tramwajowym, zawiesiwszy się na nim nieruchomo i malowniczo, głową w dół…
Och – jakże mu współczułam, biedakowi… jak ogromnie martwiłam się o jego uniesioną mocno kurtkę i odsłonięte nerki i połowę nagich pleców, wystawionych na te 15 stopni mrozu… wyrywałam się, żeby poprawić mu ubranko i zrobić masaż przemarzniętych zapewne lędźwi… i znowu Lukier z Panem Taksówkarzem ryczeli ze śmiechu, szczególnie po moim pytaniu „Kasia, jak myślisz, on tak śpi czy rzyga?”
I potem już tylko akcja pt. „Wychodzenie z taksówki” – czyli Lukier z kluczami do bramy wysiada pierwszy, otwiera ją na oścież i woła „Już, już!!!” – mój skok i lot nad dwoma metrami chodnika i przez próg do zbawiennego ciepła… jeszcze w locie rzucone do Pana Kierowcy „Piękne ma pan autko, naprawdę super”
W domu gorący prysznic, polopiryna, rozgrzewający żel i masaż, grube skarpety, koc na kołdrę – ale i tak zizizimno, wciąż było mi zizizizimno…
Szczęśliwie rano okazało się – że żadnego zapalenia płuc, nerek czy pęcherza, nawet gardła nie, uff.
Udało mi się przeżyć.
Co nie zmienia faktu, że wrażenia z imprezy przysłonił thriller arktyczno-survivalowy, a moją relację zdominował temat zdecydowanie spoza meritum – opowieść o przemarzniętym tyłku.
Zanim spuścicie mi łomot za brak kompetencji i totalną nierzetelność – szybciutko dodam, że jak jak zwykle najskuteczniej przyciągał w okolice parkietu set Bagiego – choćby DoDami czy Dioramą, jak również innymi romantyczno-mrocznymi brzmieniami. Andy.H i jego aparat fotograficzny niezmiennie prowokowali do …ekhem, intrygujących kompozycji planów zdjęciowych, ciemne książęce było zimne jak trzeba i nie skończyło się przedwcześnie (choć „Żubr wziął i wyszedł” – jak od pewnego momentu informowała gustowna karteczka na barze) – zamki w ubikacjach naprawiono naprawdę solidnie (przy jednym, na okolicznych kafelkach, wywiązała się nawet zacięta dyskusja na temat tego, kto je niszczy, co autor myśli o gościach, co niszczą, i co z kolei myśli gość o takich – co piszą po ścianie :P)

naopis.jpg

I tak – dym i smród petowy był wszechobecny, w pierwszej sali i nawet na dansflorze pojawiło się parę osób z papierosami w rękach (aż mnie kusiło, żeby, dla rozgrzewki choćby, wdać się z nimi w polemikę, niekoniecznie wyłącznie słowną 😉 ).
Ale były też plusy dodatnie, jak mawia Scarlett (ukłony 🙂 ) – Marcela K. (po urodzeniu dziecka jeszcze śliczniejsza), Pandora zachwycająca fryzurą, makijażem i zarąbistymi wyćwiekowanymi botkami… Master C. i jego krawat… Olga, Kacha, Wojtek… rozmowy z nimi wszystkimi, nawet króciutkie, nawet w przelocie – ogromnie cieszą. Nawet – jeśli co poniektórzy zajęli się potem całowaniem płci przeciwnej, wielce nadobnej, nie, nie powiem kto z kim – ale widziałam widziałam widziałam!!! 😀

Kończąc mogę jedynie obiecać, że do następnego wyjścia przygotuję się solidniej (Lukier, pamiętaj, masz sprawdzić, co założyłam na… znaczy oddolnie :P) i moja opowieść będzie bardziej merytoryczna, raczej. 😉