Tagi

AG

6 stycznia, niedziela, 14:32, właśnie się obudziłam.
Powoli, ostrożnie i na chwiejnych nogach przemieszczając się między sypialnią a kuchnią, drżącymi dłońmi przygotowałam sobie śniadanie i wiadro kawy, a teraz usiłuję uporządkować w głowie wspomnienia wczorajszej, absolutnie epickiej imprezy.
Zacznijmy od miejsca – czyli od klubu Pixel.
Już od wejścia wydawał mi się znajomy (układ sal, siedzisk), ale najbardziej ta wyrąbana w kosmos męska łazienka na dolnym poziomie, ogromna, wyciemniona i pusta przestrzeń bez drzwi, cała w czarnych, błyszczących kafelkach – które ktoś nieustannie mopował, przez co miało się wrażenie, że wchodząc – po kolana zanurzymy się w czarnym jeziorze… w oddali 2 pisuary, jakaś kabinka – ale zaraz po obu stronach wejścia, pod lustrami – srebrzyste, półkuliste czasze umywalek jak wielkie misy do sałatek – wypas, odjazd i czad. 😀
Przybytek ten i wszystkie pozostałe zwiedzałam i obczajałam w towarzystwie spotkanej tuż przy wejściu Noli – ona ze zwykłym sobie sceptycznym dystansem, ja z entuzjazmem, oczywiście 😛
I to chyba właśnie Nola wyjaśniła mi to déjà vu – klub kiedyś nazywał się Kakadu i jakieś 2-3 lata temu odbywało się tu EP, a z poprzedniego wystroju sporo pozostało niezmienione (także te czadowe miskowe umywalki 😀 ).
Nie pamiętałam natomiast dwóch łazienek z górnego poziomu – szczególnie ta po prawej zarąbista, naprawdę spora, z doskonale i ciekawie oświetlonym „od spodu” lustrem na całą ścianę, idealnym do kontroli nie tylko makijażu ale całości stylówy. 🙂
OK, jeszcze próbuję pomóc Noli w dopięciu zamka w pięknym gorsecie… po chwili mocowania się z nim stwierdzam, że do tego potrzeba przynajmniej 3 rąk (a biorąc pod uwagę moje manualne upośledzenie kto wie, czy nie więcej), lekceważąc więc protesty krępującej się nieco mojej towarzyszki – odważnie zagaduję o pomoc pierwszą z brzegu pojawiającą się w kibelku dziewczynę…
Ta ochoczo przystaje na prośbę i dopiero wtedy zauważam, że jedną rękę ma w gipsie aż po łokieć, rany, szczyt mojego nieogarnięcia, ha ha…
Ale spoko, 3 ręce są 3 ręce , moje dwie przyciągają materiał do siebie a dziewczyna tą zdrową dzielnie walczy z suwakiem, uff – udało się 😀
Wobec tego, w towarzystwie Noli i świeżo przybyłych Deitha z Moniką, zaczynamy szukać stolika czy choćby połowy krzesełka na naszą czwórkę – i niestety, zero miejsca, ani ćwierć niezajętej pufy…
Znaczy, miejsce by się znalazło, pub jest przestronny, tylko z czymś do siedzenia gorzej…
Deith wpada więc na pomysł przekonania 2 rosłych ochroniarzy, żeby zezwolili na zniesienie kilku z górnego poziomu pubu, tam jest całkiem pusto, cała impreza skupiła się na dole. Niestety wraca z niczym, padła jedynie propozycja – abyśmy zasiedli przy jednym ze stolików w okolicy wejścia…
Idziemy więc teraz we dwójkę, ja wciągam brzuch i poprawiam dekolt – może pomoże?
Pomogło, oczywiście. 😉
Panowie z ochrony szybko zrozumieli, że siedzieć na górnym poziomie, gdzie nawet nie słychać muzyki, w pustej sali/holu, z dala od znajomych – to dla nas całkiem bez sensu, pozwalają więc wziąć jedną pufę, my bierzemy 2, potem jeszcze jedną, uff, mamy gdzie siedzieć.
Żeby nie było – przed wyjściem, nad ranem, grzecznie zanosimy je (rączkami Deitha) z powrotem.
Potem zresztą, w miarę rozkręcania się imprezy – wymienialiśmy się miejscami przy stoliku, bo starczyło, że z didżejki dobiegł Combichrist czy „I Stand Alone” Covenant – i wszystkich wymiatało na parkiet 🙂
Ale pierwsze pokaźne wymiecenie – to koncert duetu Bart Cathedral.
Nie miałam okazji widzieć ich na żywo, z tym większą ciekawością szykowałam się na występ.
Zanim jednak – to wypatrzyłam Michała i Barta wcześniej, przy stoliku w okolicy baru, gdzie właśnie zamawiałam piwo.
I niech spadnie litościwa zasłona milczenia a chłopaków niepamięć łaskawą mi będzie – w związku z moją „błyskotliwą” odzywką, kiedy spontanicznie podeszłam się przywitać , bo oto z moich ust beztrosko popłynęło:
„Hej, wiesz, mamy się w znajomych na fejsie…” i zanim do mnie dotarło, jaki idiotyzm walnęłam – usłyszałam szczerze uprzejme „O naprawdę? Fajnie :)”
Kiedy ćwierć sekundy później pozbierałam myśli i wyjaśniłam, że jestem Drzoanna, z Altergothic – nazwa portalu i moja ksywka, znana szczęśliwie artystom – zatarła, mam nadzieję, to koszmarne wrażenie i obciach.
Podobnie jak sympatyczna rozmowa po występie – dowiedziałam się z niej, że to ich pierwszy w Krakowie, że jeszcze nie mieli okazji…
Ojej, zmartwiłam się, to wobec tego szkoda, że tak zaraz po Sylwestrze, ludzie nie zdążyli jeszcze zaleczyć ran po szaleństwach noworocznych…
może wrażenia z pierwszego koncertu w grodzie Kraka w innym terminie byłyby lepsze, frekwencja, zabawa i szalony spontan zaprezentowały by się okazalej…
Nie, nie, pocieszyli mnie muzycy, naprawdę było super, z odbioru przez publiczność są autentycznie zadowoleni i sami bawili się świetnie.
A sam koncert?
Nie sposób oddzielić prezentowany gatunek muzyczny od oprawy wizualnej i całości designu, stylizacji, makijażu, tatuaży i wyszukanych strojów… mam wrażenie, że koronki, boa czy przedziwne kolorowe ciżemkowate sztyblety (nosiłam podobne w latach 80tych zeszłego wieku) doskonale komponują się z electro-punkiem, pobrzmiewającym czasem dyskoteką z tamtych lat… z całą pewnością brzmienia owe fantastycznie prowokują to do szalonej zabawy – mnie w każdym razie nie pozwoliły stać bez ruchu ani przez chwilę.
Sami wykonawcy zachęcali do tej zabawy ze sceny – jak również do wspólnego śpiewania tekstów utworów, tak więc po chwili wtórował im śmiało całkiem zgrabny chórek damsko-męski, a nasze kółeczko z Anią A. i kilkoma osobami płci przeróżnej skakało i wyginało się elektro-gotycko. 😀
A szaleństwo sięgnęło zenitu, kiedy podczas wykonywania utworu „Champagne” (cover Amandy Lepore) podczas refrenu szampan dosłownie popłynął ze sceny – muzycy częstowali nim bawiącą się publiczność. Dla porządku dodam, iż Bart Cathedral znany jest nie tylko z utworów własnych ale i bardzo zgrabnych coverów, choćby Peaches czy Dead or Alive.
I nie byłabym sobą – gdybym też cichutko nie zasygnalizowała, iż wśród publiczności zwróciła moją uwagę i szalenie wzruszała trójka uroczych drobnych chłopaczków, zapatrzonych w wykonawców z wniebowzięciem, jakimś takim, jakby tęczowym. 🙂
Piszę to najszczerzej i z całą sympatią, a wniebowzięciu wcale się nie dziwię, mówię to z głębi mojego genderowego serca. 🙂

A nasze kochane „szafy grające” naprawdę się potem starały: pojawił się temat z „Gry o tron” w wersji industrial-techno. 😉 „Venom” H.EXE, Oomph! i „Augen auf” , London After Midnight z nieśmiertelnym „Kiss” a Blutengel z „Reich mir die Hand”, Helium Vola, Project Pitchfork, Solitary Experiments, Tajpy, Deathstars, Prodigy, Kredki, NiN, R+, mnóstwo „profanacyjnych” remixów – dla każdego coś miłego, dla mnie – całe wielkie mnóstwo. Powiem szczerze – dawno, oj dawno, nie spędziłam na parkiecie tyyyle czasu, aż się bałam, czy moja biedna stopa to wytrzyma, ale nie sposób było zachować rozsądek bo chora-nie-chora rwała się do baunsowania.
A bauns był dziki, wszechogarniający i bez zahamowań – tak oto pewna Aga zaatakowała mnie swoją kuzynką i jej szpilkami… mnie, a raczej moją tiulową spódnicę, ale spoko, i kuzynka i spódnica ocalały. 😀

To – co się działo, na parkiecie i poza – przybliżą nieco foty (zwróćcie uwagę na mój mistrzowski circular swing, jak również czułą fotę z Deithem :P)
A właśnie – foty.
Tu kolejna pochwała dla klubu.
Że te z baunsowania naprawdę udane – to pikuś.
Bo jeszcze na początku imprezy, zanim tańce i piwo zdążyły zmierzwić nam fryzury, przemiły Pan Fotograf przechadzając się wśród stolików grzecznie zapytywał, czy ktoś życzy sobie zdjęcie.
Uprzejmie wyjaśniał – że pojawi się na stronie klubu.
Na moje dociekanie przytaknął – tak, oczywiście pokaże mi je wcześniej.
„A czy może mi Pan obiecać, że będę wyglądać pięknie, młodo, szczupło i że będzie widać moje… ekhem, że mój dekolt pięknie będzie się prezentował?” zażartowałam.
I kurna, nie uwierzycie, udało się.
Chłopak jest po prostu magikiem. 😀
Nie tylko spełnił całą moją listę wymagań, ale to wręcz najbardziej udana moja fota z ostatnich lat.
Wyglądam na niej przecudnie.
Panu Fotografowi wiszę porządne piwo, co najmniej. 😉

Muszę też pochwalić szatnię – przynajmniej wierzchnie ciuchy uniknęły przesiąknięcia popielniczkowym smrodem… i jeszcze mocny strumień nawiewu na dansflorze – chłodził i malowniczo rozwiewał fryzury, super.
I 2 bary.
Nie było niestety grubego szkła, ale bez problemu dosypywano mi lód do piwa, jak lubię; nawet wielokrotnie do tej samej szklanki.
I nawet Perła smakowała mi wyjątkowo. 🙂
Kolejna sprawa zdecydowanie zasługująca na pochwałę – przykładnie sumienna, rzetelna i gorliwa dbałość obsługi – o czystość stolików i toalet, z wielokrotnym i na bieżąco uzupełnianiem zapasów papieru toaletowego, ręczników papierowych i pucowaniem wszystkiego, co choć trochę przestało lśnić.

Na zakończenie pragnę poinformować Karola, z którym umówiłam się na opisywany tu event, iż wspaniałomyślnie wybaczam mu jego zniknięcie natychmiast po przywitaniu… To, że udało nam się jedynie 3 razy minąć w pędzie rozumiem, moje koleżanki są młodsze a jego poniósł melanż. 🙂
Dla Królika wielkie dzięki za życzenia urodzinowe.
I dla miłego pana barmana, gotowego podzielić się ze mną porcją ruskich pierożków mniam mniam, przygotowanych przez Mamę.
A dla Kornika i DeVa – wielkie brawa i gorące podziękowania za zorganizowanie tak zajebistej imprezy. Wznoszę modły do Szatańsko-gotyckiego Manitou – by stała się cykliczną.

PS: PS. Czy ktoś mi przypomni, z jakiego powodu, gdzieś w godzinach porannych, z przejęciem i żarliwie wydeklamowałam całą (niemal) inwokację z „Pana Tadeusza” ? Narodził się jakiś spontaniczny konkurs poetycko-deklamatorski, coś z Herbertem też miało być – ale skąd i dlaczego – Monika, Deith, pamiętacie, ococho ?

Tu galeria zdjęć: https://www.facebook.com/media/set/?set=a.483455511705983.123260.257357380982465&type=1

A tu link do wydarzenia na fb: https://www.facebook.com/events/406614636077626/