Tagi

AG

cgn13s.jpg

W ramach wstępnych wyjaśnień: w poniższej relacji nie mogę uniknąć nawiązań do EP, które odbyło się w tym samym miejscu, organizowane przez tę samą ekipę miesiąc wcześniej.
Wtedy to pojawiło się parę zastrzeżeń i próśb do tejże ekipy, formułowanych przez liczne grono „stałych bywalców”, także niżej podpisaną – cała dyskusja jest do wglądu na stronie wydarzenia na EP, a także w grupie Elektroperversion.
I od razu wyjaśnię – nie chodziło, broń Szmatanie, o jakieś zarzuty wagi międzygalaktycznej, jedynie o uciążliwości, które zapewne dałoby się zniwelować, czy choćby nieco okiełznać przy niewielkim wysiłku czy nakładach finansowych.
Rzecz w rozwiązaniu sprawy wentylacji klubu, a co za tym idzie palarni.
Jak już pisałam w materiale o poprzedniej imprezie – klub nie posiada chyba żadnej wentylacji, żadnego sprawnego wyciągu, choćby najzwyklejszych wiatraków/wentylatorów – co powoduje ogromny upał w salach dalszych od wejścia (w tym na dansflorze), jedynie do sali tuż za schodami kotara zastępująca drzwi wejściowe wpuszcza nieco chłodnego powietrza – ale na tym koniec, niestety.
No i ta kumulacja dymu papierosowego ze wszechogarniającym popielniczkowym smrodkiem, błee.
Na stronie CGN organizatorzy zamieścili stanowczą prośbę o palenie jedynie w wyznaczonym miejscu , czyli w sali z dużym barem, co żartobliwie skomentowałam, że, przy braku jakichkolwiek drzwi w klubie przyniesie to skutek mniej więcej taki, jakbym poprosiła swoich licznych gości o palenie jedynie w kącie pokoju, za wersalką.
I dokładnie tak było, niestety.
W sali przy dużym barze, faktycznie licznie i radośnie okupowanej przez palaczy – smog i temperatura po prostu zwalały z nóg (przynajmniej tych, którzy nie palą, palić nie chcą, a dym papierosowy mocno im szkodzi, nie tylko na nerwy).
Jeśli dodam – że sala ta bezpośrednio przylega do parkietu, to naprawdę niewiele zmieni stwierdzenie, że i tutaj pojawiło się kilku tancerzy z petami w łapach – i bez nich zapach dymu byłby mocno wyczuwalny w tym miejscu…
W obecnej sytuacji i w takim stanie wentylacji czy raczej jej braku postulowałabym CAŁKOWITY zakaz palenia w klubie podczas imprez typu EP czy CGN (co byłoby zresztą zgodne z obecnie obowiązującą ustawą antynikotynową, polecam lekturę choćby tu: http://www.wspolczesna.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20101119/KRAJSWIAT/254643880, gdzie wyraźnie mówi się o miejscach do palenia wentylowanych porządnie i odizolowanych tak – by dym nie przedostawał się do innych pomieszczeń. Miejsce za wersalką zdecydowanie tego nie zapewnia).
Piszę te słowa bez cienia złośliwości, z całą sympatią dla imprezy i jej Organizatorów – raczej z goryczą, bo zgodnie z obowiązującym prawem (o zwykłej ludzkiej przyzwoitości nie wspominając) nie powinnam być narażona na wyżej opisane niedogodności, szczególnie na eventach, do których jestem szalenie przywiązana i nie wyobrażam sobie bez nich swojej gothyckiej egzystencji 🙂

Co jeszcze w sprawach organizacyjnych?
W KocieKarola pojawiła się szatnia, widziałam – że cieszyła się niejakim powodzeniem, jednak ani mnie ani znajomym nie przydała się specjalnie – jeszcze od czasów „Uwagowych” zwykliśmy chadzać na parkiet na zmianę, coby Ci pozostali mogli tańczących spokojnie poobgadywać 😉
A poważniej, choć tylko trochę, – każda prawdziwa gothka (a i niejeden goth) i tak nie rozstanie się z plecaczkiem w kształcie trumny czy serduszkową torebusią, w której przechowuje liczne akcesoria potrzebne do poprawiania urody zmierzwionej harcami na parkiecie, do szatni więc ich nie odda, skakał z nimi nie będzie, ergo – ktoś przy stoliku dający baczenie na ową galanterię obejmuje wzrokiem także okrycia, i git, szatnia niepotrzebna.

Kibelki – ciągle w liczbie trzech, podwójny i potrójny, lustra, papier toaletowy i ręczniki stale uzupełniane, super.
To, że zamykanie w nich nieco szwankowało, w jednym wyrwało się kółko od haczyka – to naprawdę bez znaczenia… zawsze znalazła się litościwa dusza, co popilnowała od zewnątrz, to sprzyjało nawiązywaniu kontaktów, znajomości i ogólnemu gothyckiemu brataniu 😀

Układu sal nadal nie ogarniam i chyba tak pozostanie, ale ten stan rzeczy już polubiłam i stał się on nieodłącznym elementem baletów spod znaku EP i CGN. 😀

Ale najważniejsze to klimat imprezy i zawartość muzyczna – i tu didżeje spisali się na piątkę, może nawet lepiej.
To, że na zawartość seta Lakersa mogę liczyć zawsze i wszędzie – nie zdziwiło mnie i tym razem, znamy się (jego gust muzyczny również) od początku mojego „gothowania” .
Zapewne więc przetańczyłabym cały jego czas za didżejką, jednak na początku pojawiły się trudności techniczne i w sali przy wejściu, gdzie zalegliśmy z przyjaciółmi (dzięki za rezerwację, Front 🙂 ) słychać było całkiem coś innego, chyba muzykę z baru (?), i nie wiedzieliśmy – jaką muzę Lakers zapuścił…
Kiedy wydelegowana przez przyjaciół udałam się do Frontmana, ten zapewnił, że wezwano „pana z kabelkami”, który sprawę załatwi… i tak się szczęśliwie stało, „pan z kabelkami” po paru eksperymentalnych pierdolnięciach natężeniem dźwięku owo natężenie wyregulował i odtąd wszystko działało jak trzeba, przynajmniej w „naszej” części sali.
Pod względem muzycznym było więc pięknie.
Klasycznie i nowatorsko.
Klasykę zapewniał raczej Lakers – ciekawostki Master Craftsman, ale to grube uproszczenie.
Generalnie pamiętam 13tki z nieśmiertelną „Elizabeth” ale nie tylko, Iggy Popa, Siostrzyczki w kilku odsłonach, Diary of Dreams, również w ciekawych remixach, Wolfsheim z „Wróblami i słowikami”, sporo R+.
I choć może znajdzie się malkontent co się pofoszy, że jak to co to Rammstein, gdzie tu zimno czy klimat gotycki – ale jakbyście zobaczyli te koronkowe i gorsetowe panny szalejące do „Engel” czy „Reise reise”… a to cię działo przy „Pussy” zasługuje na osobną opowieść…
Podczas utworu wcześniejszego na parkiecie pojawiła się babeczka (nie jestem pewna, czy nie pamiętam jej aby z koncertu R+ w Spodku, gdzie paradowała w tiszercie z żółtym napisem „Pussy” czy nawet „I’m Pussy” 😛 )
zaczęła się „rozgrzewać” – z butelką piwa wylazła na podwyższenie przy didżejce, usiadła po turecku, i gibała się do rytmu – w wąziusieńkiej małej czarnej mini, koronkowych pończochach, butów nie pamiętam…
Kiedy jednak rozbrzmiały pierwsze dźwięki „Pussy” wyskoczyła przed didżejkę i pokazała, na co ją stać, przy milczącym, ale widocznym aplauzie reszty tańczących… niech się schowają panny z klipu do tego utworu – dziewczyna dała pokaz tańca wypełnionego po brzegi gibkością, seksem i dziką energią, po prostu czapki z głów.
Niżej podpisana po zejściu z parkietu osobiście pogratulowała jej występu 🙂
Co do seta MC – gust muzyczny mamy kompletnie inny ale i jemu udało się mnie zatrzymać na parkiecie wiele razy.
A jeden z utworów zachwycił mnie tak bardzo, że podeszłam do didżejki i o niego zapytałam, ale hałas nieco utrudniał porozumienie, wiem że „Replikant” ale czy nazwa kapeli czy utworu pewna nie jestem, i niestety to żadne z brzmień odnalezionych na YT czy myspace, takie raczej rockowe niż gotyckie czy elektro, bliskie czeskiego LakesideX trochę…

A pogaduchy ze znajomymi – bezcenne, z tymi rzadko widywanymi szczególnie (Marcelina, bardzo zajęta młoda Mama, Wojtek – miłośnik rpg-ów, eteryczny Adrian, tajemnicza Dorota, Krzysiek z Huty 🙂

Plus poznawanie dotychczas nieznajomych, choćby sobowtóra Anji Orthodox (pozdro Magda), tu chyba też zaliczę Elizę w czarnej peruce – nie do rozpoznania, rewelka 🙂
Jak zwykle gorące dzięki dla Pana Barmana, niestrudzenie dosypującego mi lodu do piwa całkiem za free, i za samo piwo – Ciemne Książęce jest superrrrr i mniam 😀 I po 7 czy 8 zł – więc całkiem spoko.
Osobne thx dla Panów Ochroniarzy, za cierpliwość, humor – ale i skuteczność: widok wyprowadzanego nad ranem ledwo trzymającego się na nogach gostka – wyprowadzanego za kurtkę trzymaną delikatnie, z godnością i elegancko w dwóch palcach – bezcenny 😀
Jeszcze w ramach porównania z EP – może nie było aż takiego tłumu, co i lepiej, bo to zagwarantowało ciut niższą temperaturę i ciut mniej petowego dymu… natomiast stała ekipa dopisała w 100% plus mnóstwo nowych twarzy – co cieszy, bo niech się gothyckie zuo rozwija i nowych wyznawców werbuje, tak nam Szmatan dopomóż, a co 😛