Tagi

AG 24 października 2009

W ostatnią sobotę wybrałam się z dwiema zaprzyjaźnionymi tr00gothkami na Depeche-Mode-Party w klubie Underworld.
Dla każdej z nas była to absolutnie bohaterska decyzja- ponieważ żadna z nas muzyki DM nie słucha (ok – zna największe hiciory w liczbie 5 może) i w zasadzie nie lubi (ok – ja kocham „PIMPF”, ale to wyjątkowy wyjątek 🙂 )
I powody – dla których ta bohaterska decyzja została powzięta były różne dla każdej z nas i skomplikowane:
K. czuła się ogólnie niedoimprezowana… V. właśnie rozstała się z chłopakiem i potrzebowała oderwania od przygnębiających myśli…
A ja jeszcze nigdy nie byłam na DM-Party i uznałam, że czas to zmienić, doświadczyć czegoś nowego… no i w praktyce przeżyć to, co z pasją opisuje Viljar, nasz ulubiony forumowy depesz. 😉
No i doświadczyć „PIMPFA” – bo to wspólne zaleganie na podłodze knajpy wydawało mi się tak nieprawdopodobnie hardkorowe i kosmiczne – że aż pociągające 😀
I ta decyzja okazała się ze wszech miar słuszna – bo to była jedna z lepszych imprez, jakich doświadczyłam w swoim długim życiu 😀
Nie pytajcie – jakie były utwory, bo oczywiście nie mogę podać tytułów, ponieważ ich nie znam. 🙂
Ale z reakcji tłumu szalejących depeszów wnoszę – że były to TE właściwe 😀
W ogóle ludzi zeszło się/zjechało mnóstwo, z krótkich rozmów wnosiłam, że praktycznie cała południowa Polska miała tu liczną reprezentację.
Z trudem znalazłyśmy wolny stolik, zresztą wytargałyśmy go we trzy z jakiegoś kąta i dostawiłyśmy do stolika znajomych.
Ale i tak w ciągu imprezy przesiadałyśmy się wielokrotnie, dołączając do coraz to nowych znajomych…
Co w tej imprezie było jak zwykle na podobnych, stricte gotyckich czy metalowych, na których bywam regularnie?
Cudowne – niepowtarzalne – abstrakcyjne znajomości podkibelkowe ( czyli surrealistyczne rozmowy w kolejce do WC)
Poznałyśmy np studenta historii ( opowiadał o niesamowitych przygodach podczas praktyk w szkole), faceta o najbardziej obfitych i najpiękniejszych tatuażach, jakie widziałam na żywo.
Powalił mnie dwiema miniaturami obrazów Z.Beksińskiego wykonanymi niezwykle starannie i dokładnie – jedną miał na ramieniu od strony zewnętrznej, drugą nad łokciem od wewnętrznej – prawie pod pachą… miał tatuaże na piersi… plecach… jakiś wielki napis na brzuchu…
Kiedy w trakcie rozmowy dołączyła jego dziewczyna to zdarła z niego spodnie i moim oczom ukazały się piękne motywy smoczo-kwiatowe na łydkach i udach…
😀
A co było inne?
Co mnie zaskoczyło?
Wiem, że za to, co powiem oberwę na bank – ale co tam… 🙂 po sobotniej imprezie nabrałam pewności, że muzyka DM to takie disco gotyku, ale o dziwo nie przeszkadzało mi to bawić się do 4 rano, skakać i machać na parkiecie włosami, tudzież gibać się i przeginać zmysłowo (do dziś bolą mnie mięśnie wszystkiego :P:P )
Nie przeszkadzało mi również to, że pozostały na parkiecie tłum męsko-damski tańczy/rusza się/gibie całkiem inaczej niż my…
Jak inaczej?
Cóż – szokiem okazała się spora grupa facecików praktycznie wyglądających tak samo : czarne koszule z krótkim rękawem, krótkie włosy – boki bardziej niż lekko dłuższa góra; śpiewających większość tekstów( czy nawet wydzierających się aż po zagłuszenie muzyki z didżejki – to godna podziwu i rzadka umiejętność ) ale śpiewających – jak ja to nazywam – do szczotki…
Wiecie o co chodzi?
Goście śpiewali do zaciśniętej pieści, imitującej mikrofon….
W życiu nie widziałam – żeby robił to ktoś starszy od przedszkolaka – a tu – prosz… 😛
i to jeszcze stadnie i gromadnie… szok…
To potwierdziło moje przypuszczenia – że depesze to absolutni kosmici, kosmici kosmitów – ale sympatyczni 🙂
Bo nikt nam naszej odmienności nie wytykał – wręcz przeciwnie, budziłyśmy raczej przyjazne zainteresowanie.
A my starałyśmy się usilnie nie gapić z rozdziawionymi gębami na stadne i gromadne zachowania depeszów na parkiecie.
Prócz tańca synchronicznego z wirtualnymi mikrofonami, prócz jedności wygięć ciała i machania łokciami (w ogóle zauważyłam, ze łokcie są szalenie ważne w układach choreograficznych depeszów), prócz jednoczesnego tłumnego śpiewu, było jeszcze gromadne klaskanie w rytmie przypominającym nieco flamenco, równie trudnym (synkopowanym jakby….) a oni się cholera nie mylili !!!
Idealnie synchronicznie – szok !!!
W życiu nie widziałam czegoś podobnego na żadnej z imprez tr00gothyckich czy metalowych…

No i jeszcze słynny „PIMPF”, którego o mało nie przegapiłam, sącząc przy stoliku Paulanera dla ochłody…
Równo z pierwszymi dźwiękami fortepianu rozpoczynającymi utwór wybiegłam na parkiet – ale było już za późno… kto miał zalec na podłodze już był zaległ, reszta depeszów trzymając się za ręce tworzyła wielki krąg dokoła, na przemian to unosząc splecione ręce do góry, to opuszczając w dół…
Grupa zalegająca wewnątrz tego olbrzymiego koła z zamkniętymi oczami kołysała się lekko na boki…
Naprawdę niesamowite, niezapomniane przeżycie…
Przepiękny – poruszający – monumentalny utwór …
I nieprawdopodobne wrażenie wizualne – a mogło by być jeszcze większe, gdybym na czas znalazła się na parkiecie i uwaliła nań nie przejmując się ani tym – że to pierwszy raz i jakoś tak trochę głupio/wstydzę się itp… ani tym – że uświnię moje czarne ciuchy.
Następnym razem to zrobię, na pewno.
Nie zawaham się już i wepchnę miedzy leżących nawet spóźniona.
Bo to – że na następną imprezę DM wybiorę się z pewnością – jest tak oczywiste jak to, że nauczę się grać na pianinie ów porywający fortepianowy motyw z „PIMPFA”.

PS.

…stoimy sobie przed WC : ja, ten wytatuowany niedoszły hostoryk, a jego dziewczyna manipuluje przy jego spodniach…
wchodzi V. ze słowami : „no ileż można siedzieć w kiblu…. ” i zamiera…
a ja na to „spooookoooo… my tylko tatuaże sobie pokazujemy” … 😀