Tagi

….. wstałam 😀
Znaczy – jakieś 2 godziny temu – ale dopiero teraz mój mózg zaczyna odbierać bodźce 🙂
Impreza była zajebista, naprawdę – świetne miejsce, muzyka i towarzystwo, przyszła większość moich znajomych – zresztą, ( skromność mode on) ja znam praktycznie wszystkich „z klimatu”, nawet tych – którzy na gotyckie imprezy przyjeżdżają ze Śląska czy Podhala.
Na szczęście w podziemiach było w miarę chłodno – a wentylacja najlepiej działała na dansflorze, więc mimo upału na zewnątrz dało się poskakać i pomachać włosami.
No i mieli zimne piwo – lanego Harnasia za 5 ( tanie i pyszne) i butelkowego pszenicznego Okocimia ( ciut drożej, za 7 – ale uwielbiam go)
Dodatkowa atrakcja – całkiem zjadliwe zapiekanki, wielgachne, takie „dwuosobowe” – za jedyne 6 pln.
Szalenie miła obsługa – znajomi didżeje – a przy każdym stoliku również znajome twarze.
I bardzo fajny wystrój – nazwa „Kazamaty” sugeruje więzienne lochy – więc było mnóstwo łańcuchów, plastikowych kościotrupów, postaci-manekinów w strojach więźniów, więzienne prycze, kraty, elektryczne imitacje pochodni nad każdym przejściem, miły półmrok wśród nagich ceglanych ścian …
A nasza ekipa siedziała na jedynej w knajpie wyściełanej skórą ławie – nad nami wisiał do złudzenia przypominający prawdziwego manekin – kata-olbrzyma, w kapturze, z toporem katowskim w ręce.
Ciągle miałam wrażenie – że ta postać czai się i zaraz na nas skoczy przypuszczając atak od góry….
Tańczyłam do upadłego… znajomi już poodpadali – jedni poszli do domu – inni dogorywali przy stolikach, inni zamiast balować zużywali energię próbując rzucać tą metalową pryczą…. ech – faceci po 30tce, wszyscy z wyższym wykształceniem – wydawałoby się kultura i ogłada, a po paru(nastu?) piwach zachowują się jak kretyni….
to była grupa mniej mi znanych, praktycznie jedynie z widzenia, nawet nie wszystkie nicki/ksywki kojarzę, ale ( choć nie lubię zachowywać się jak stara ciotka i szalenie rzadko to robię)i tak podeszłam i namówiłam ich, żeby jednak postawili to łóżko z powrotem, bo ochrona zjawi się na bank i będzie obciach…
Poza tym wiedziałam od organizatorów, że jeśli impreza się uda, to właściciele miejscówki zezwolą na organizację następnej…
a trudno przypuszczać – że zdemolowane wnętrze uznają za „udaną imprezę”…
Wiecie – ja posiadam sporą tolerancję na tzw „skutki uboczne” zabawy… wiem – że parę butelek „musi” się rozbić podczas machania łapami niechcący ( tyle – żeby to piwo niekoniecznie lądowało na mojej bluzce i w glanie )
Przykładowo kiedyś kolega – prezentując mi, jak piękne dostał w prezencie japońskie katany podziurawił nimi moją spódnicę ( posiadam dowody w postaci małych na niej łatek )
ale jak widzę powyrywane ze ściany umywalki w kibelku knajpianym na przykład- to mi się scyzoryk w kieszeni otwiera.
Ja tam wolę swoją energią emanować na parkiecie – po tym emanowaniu dziś boli mnie dosłownie wszyyyystkoooo… ramiona, kark, plecy, biodra, stopy… ale to od tego emanowania – nie z przedawkowania piwa ( po 3 pszenicznych włączył mi się rozsądek i do świtu wypiłam chyba z 2 litry mineralki gazowanej)
Dzięki temu – kiedy jako ostatni opuszczaliśmy pub o pół do szóstej rano byłam w stanie wsadzić kolegę do tramwaju( już jeździły dzienne )i wypchnąć na właściwym przystanku dopytując się – czy na pewno pamięta swój adres i drogę do domu.
Pamiętał – więc pojechałam dalej bez wyrzutów sumienia 🙂
I nie uwierzycie – kiedy po dłuuugim prysznicu włączyłam kompa – żeby sprawdzić pocztę przed pójściem spać, byłam w stanie jeszcze opowiedzieć jak było, mojemu dziecku – które właśnie wstało i pakowało się na tygodniowy wyjazd z dziewczyną pod namiot.
Ależ był zaskoczony – widząc mamusię o tak nieludzkiej porze – świeżutką całkiem i przy kompie.
Dobrze – że nie oczekiwał ode mnie jakichś rad w kwestii tego pakowania, zostawiłam go przy porannej kawie w kuchni, spuściłam rolety, stopery do uszu, kołderka – i lulu.
A – najważniejsze – muzyka.
Zapomniałabym o muzyce 😀

Więc muzycznie bardzo OK.
Jak zwykle bliższa mi muza – jaką zapuszczał Bagi, ale i podczas didżejowania Frontmanowego nie opuszczałam dansflora.
Jak zwykle mnóstwo nierozpoznawalnego dla mnie elektro ( sory za ranienie uczuć miłośnikom) 🙂
ale i moje ukochane – „Love is the shield” Camouflage
„Shine on” Apotygma Berzerk (dziki szał na dansflorze)
trochę Dioramy, sporo VNV Nation (kolejny dziki szał)
Covenant i kultowy ” Like tears in Rain” ( szał i orgazm)
R+, „Cubed” Dioramy, i oczywiście Wolfsheim ze swoimi „Wróblami i słowikami”
jestem pewna – że się wydzierałam… na pewno ” SZIIII !!! SZI SZI SZI SZAJN ON !!!! „ ale chyba coś jeszcze – bo straciłam głos jakby….
ale nie budzi to mojego niepokoju – wiem że wróci.
Zawsze wraca 🙂

PS.
ciepłe pozdro dla długowłosiastego barmana 😀

A – tym razem nie było sexu w kibelku… natomiast na dansflorze mnóstwo gry wstępnej – przy pomocy wszystkich łatwo dostępnych wystajączków – rączek, języków i takich tam…. w parach, trójkątach i czworokątach we wszelkich z możliwych kombinacjach płciowych 😛
aż miło było popatrzeć – mmmmm… 🙂