Tagi

( AG maj 2012.)

Oto kolejny odcinek serialu „Metal dla gotów”. Tym razem dotyczy płyty zespołu, który szturmem wdziera się na scenę – nie tylko krajową, a płyta – jeszcze bardziej niż poprzednie – wzbudza sporo emocji wśród fanów i krytyków.

Lista utworów:

01. Icaros
02. Legion of Chaos
03. Lilith
04. Fear no gods!
05. The Scream of The Lambs
06. Spiritual Blackout
07. Vi Veri Vniversum Vivus Vici
08. The Last Farewell
09. Solitude

Skład zespołu:
Quazarre – śpiew, gitara
Vraath – bas
Icanraz – perkusja

Jeżeli chcecie się przekonać, z jakiego rodzaju zjawiskiem mamy tu do czynienia – wpiszcie proszę nazwę grupy i tytuł płyty w okienko wyszukiwarki, choćby Googla.
Zadziwi was i z pewnością zaskoczy, ile materiałów na powyższy temat można znaleźć w necie, jak wielu recenzji doczekała się całkiem świeżutka jeszcze płyta (premiera w Polsce 21 marca) młodego polskiego zespołu, i to zarówno kilku-zdaniowych jak i solidnych, szczegółowych analiz. Można więc zadać sobie pytanie, co jest na rzeczy, że stosunkowo młoda kapela, mająca w dorobku zaledwie 3 płyty, wliczając album „Simulacra”, jeszcze przed wydaniem tej ostatniej doczekała się miana „jednego z najbardziej obiecujących zespołów i pretendenta do międzynarodowej black/death metalowej elity”?
Może odpowiedź znajdziemy w nietypowej biografii Devilish Impressions – po wydanym własnym sumptem materiale (2002), pierwsze „prawdziwe” CD „Plurima Mortis Imago” wychodzi pod szyldem brytyjskiej Conquer Records (2006) a w jednej z londyńskich fabryk powstaje teledysk do utworu „SataniChaoSymphony”.
Chwilę później zespół wraz z Aeternus wyrusza w europejską trasę koncertową, a w kwietniu 2007 roku otrzymuje propozycję występów z Marduk jako bezpośredni support na ich trasie po krajach Europy Wschodniej. Kolejna płyta wydana przez brytyjską wytwórnie, entuzjastyczne przyjęcie przez krytyków i fanów, kolejne festiwale – w tym zaproszenie na Wacken Road Show w 2008 roku, kolejne trasy – już w roli headlinera – kariera zespołu rozwija się więc błyskawicznie.
Więc może w ich graniu jest coś niezwykłego i specjalnego?
Zapewne tak, skoro nawet zaszufladkowanie brzmienia grupy nastręcza sporo trudności.
Icaros Records, wydające ich ostatnie CD, zalicza ich muzykę do modern extreme music/avant-garde blackened death metal. (łał, nieźle)
I choć można dosłuchać się w niej brzmieniowego pokrewieństwa z Dimmu Borgir, Emperor czy Vesanią, to z pewnością formacja wypracowała sobie swój własny, niepowtarzalny, rozpoznawalny styl.
A co stanowi jego esencję?
Moim zdaniem idealna równowaga między brutalnością a słodyczą, uderzeniem nawałnicy dźwięków a mocą szeptu, patosem i gitarowo-perkusyjnym łomotem, czystym śpiewem o dźwięcznej barwie – i charczącym growlem. I momentami ekstremalna szybkość przeplatana gotyckim, pełnym melancholijnej atmosfery klimatem.
I coś, co w melodyjnym, symfonicznym metalu kocham najmocniej – rozbudowane klawisze, wzniosłe chóry i wszelkie ozdobniki.
Ale samo sedno jest niełatwe do nazwania – to klimatyczne COŚ, co łapie za serce i flaki, ściska i nie puszcza… co zapiera dech uderzeniem swojej potęgi. Może więc chodzi o melodie, klimatyczne konstrukcje przepełnione wzruszającą harmonią dźwięków z pełną goryczy melorecytacją – jak w „Lilith”… Monumentalne i potężne – jak w „Icaros”…
Może o uderzający precyzyjnie perkusyjny napierdol – na zmianę z podniosłymi, nastrojowymi gitarami – jak w „Fear no gods!” czy w następnych.
A może sekret tkwi w fascynującym duecie – czystego, dźwięcznego śpiewu – z growlem, połączenie po prostu megakosmiczne! Albo scream nałożony na growl – mmmm…
Bo w „The Scream of The Lambs” wokale miażdżą system.
I powalające riffy gitarowe… ach, ta solówka Jacka Greckiego w „Vi Veri (…)” i jeszcze zapierające dech przejście do następnego utworu, ciary po plecach.
A w tym następnym – po prostu wszystko: krzyk, ból, gorycz, rozpacz i patos.
Instrumentalny utwór finałowy do tych wszystkich elementów dodaje jeszcze dramatyczny nastrój, momentami balladowy klimat – ale to smutna, posępna ballada, pełna nostalgii i mroku.

Kiedy się nad tym zastanawiam, przypomina mi się (tak odrobinę z czapy) krytyczna recenzja filmów Kieślowskiego, której autor stawia śmiałą tezę, analizując ich zagadkową i niektórych zachwycającą symbolikę, te wszystkie najazdy kamery i zbliżenia: kropel wody, źrenic oczu, tajemnicze niebieskie kryształki oglądane w powiększeniu, wszystkie te kadry, osobliwe i piękne.
Bo co – jeśli wszystko to nie posiada żadnego głębszego znaczenia, nie uosabia żadnych ukrytych treści czy wartości, nie przekazuje głębokich myśli, nie nawiązuje do niczego, jest jedynie zbiorem ładnych obrazków i ciekawych filmowych ujęć, nic ponad to.
Co – jeśli na dnie nie ma żadnego przekazu, a piękno jest puste i fałszywe?
Analizując muzykę zawartą na płycie „Simulacra” stawiałam sobie podobne pytanie.
Co – jeśli te powalające brzmienia są jedynie perfekcyjną architektoniczną konstrukcją, muzyczną budowlą z klocków, dobranych z doskonałą, matematyczną precyzją?
Co – jeśli to inżynierskie dzieło składa się z zachwycających elementów, ale nie wyłania się z tego żadna prawda?
Co – jeśli „Simulacra” to jedynie piękne oszustwo?
Nie zdradzę Wam, jak brzmi moja odpowiedź na postawione wyżej pytania, jeśli chcecie – poszukajcie własnej…

Dla porządku dodam jedynie, iż album wydany jest przepięknie: trzyskrzydłowy digipack zawiera grafiki autorstwa Michała Xaay’a Loranca (m.in. Nile, Kamelot, Necrophagist). W nagraniach sesyjny udział wzięli Flumen (Asgaard) i Lestath (METransmissionAL), gościnnie pojawili się także Orion (Behemoth, Vesania), Jacek Grecki (Lost Soul) oraz Roman Bereźnicki (Lecter).