Tagi

( AG marzec 2012.)


01 – Black Room
02 – Krux
03 – Nimis
04 – Sibiria
05 – Omfalos
06 – Enigma EZB
07 – Popocatépetl
08 – Evel Rifaz
09 – Lunochod I – VII

Recenzją powyższej płyty mam nadzieję rozpocząć cykl, w zamierzeniu przeznaczony dla miłośników sceny DI, na co dzień zasłuchujących się w dark czy cold wave, electro i death rocku …którzy pytani o nazwy kapel powiedzą : „co? metal? aaa… tak tak, jasne, Metallika…. i ten no… jak mu tam – Behemoth, ale tego to nie słucham, za ostre dla mnie…”
Będzie więc to coś w rodzaju luźnej propozycji, pozbawionej muzycznego żargonu, mam nadzieję przystępnej i zabawnej.
Na pierwszy ogień – „Krux” grupy Krux, doom metal ze Szwecji.
Mam nadzieję, że thr00goci przebrną przez kilka koniecznych info :
Skład grupy w momencie nagrywania płyty tworzyli: Leif Edling, basista legendarnej szwedzkiej formacji doom metalowej Candlemass, współpracujący z nim kiedyś przy projekcie Abstrakt Algebra wokalista Mats Leven i dwaj muzycy Entombed: gitarzysta Jorgen Sandstrom i perkusista Peter Stjarnvind. Do tej czwórki w 2003 roku dołączyli Fredrik Åkesson ( gitara) i Carl Westholm (klawisze).

Chcąc krótko scharakteryzować muzykę, zawartą w 9 kompozycjach tego albumu, muszę użyć 2 określeń: doom metal i stoner rock.
Już to pierwsze mroczniakom wszelkiej maści powinno wydać się zachęcające, bo za wiki ” jest to rodzaj muzyki metalowej uznany jako podgatunek w pierwszej połowie lat 80. Charakteryzuje się ciężkim i powolnym, zazwyczaj psychodelicznym stylem wokalnym oraz ciężkim, walcowatym brzmieniem; dominują średnie i wolne tempa. Teksty utworów poruszają tematy depresyjne, melancholijne, czasem określane jako dekadenckie.”
No i?
psychodelia, wolne tempo, ciężkie brzmienie, depresja, melancholia i dekadencja – czy to nie brzmi dobrze?
A stoner rock charakteryzują „powolne tempa, psychodeliczne improwizacje, ciężkie gitarowe riffy i melodyjne wstawki..” dodatkowo słychać w nim fascynację muzyką lat 60/70, surowe, brudne brzmienie, prosty wokal.
Jeśli więc ktoś brzydzi się growlem, screamem czy innym rzyganiem do mikrofonu – spokojnie, tu go nie znajdzie.
Jeśli kogoś wkurzają te wszystkie grincore, deathcore czy inne core ( pamiętacie Eris is my Homegirl? ) nie ma obawy, album „Krux” jest od tego daleki mniej więcej tak, jak drużyna Wisły Kraków od wygrania Ligi Mistrzów.
OK – co więc w muzyce kapeli o wdzięcznej nazwie Krux może być bliskie wielbicielom Fieldsów, Lacrimosy czy Diary of Dreams?
Przygnębiający i ponury nastrój, mroczna, ciężka, wręcz duszna atmosfera generowana przez zgrzytające gitary i klawisze o niepokojącym brzmieniu – i głos wokalisty.
Już początkowe dźwięki „Black room” przywodzą na myśl pierwsze albumy Black Sabbath, ich charakterystyczny ponury, pesymistyczny klimat.
Pełni obrazu dopełnia bardzo sabbathowski sposób śpiewania Matsa Levena i ciężkie riffy gitar.
Nie wiem – jak muzycy tego dokonali, ale dźwięki generowane przez Kruxa na swej debiutanckiej płycie brzmią z jednej strony odskulowo – lecz nie archaicznie, a z drugiej nowocześnie.
W tle pojawiają się gongi czy dzwony – a nagłe zmiany tempa powodują ciary po plecach… dreszcz niepokoju.
Mats Leven brzmi czasem jak King Diamond – muzycznie zajeżdża Mercyful Fate – szczególnie w siedmiominutowym utworze tytułowym.
Klimat jest naprawdę grobowy.
Gdybym miała wymienić najlepszy utwór z krążka – byłby nim na bank utwór nr 5, „Omfalos”
Już poprzedzająca go „Sibiria”, po części szeptana i nieco wyciszona, zwiastuje nadchodzącą po niej burzę.
„Omfalos” powala riffami ciężkimi jak milion młotów pneumatycznych, wyciem syren i wichru w tle… a kiedy Mats Leven zaczyna śpiewać o oktawę wyżej i przyciska mocniej – przeczucie katastrofy staje się pewnością.
I wtedy następuje złowieszczy zaśpiew chóru z tym śmiertelnym, brzmiącym jak salwa pa- pa – ram na końcu, dżizas.
Szaleńcza solówka gitary przechodząca w powtórzenie tematu, i jeszcze raz od początku, matko. Chór kończy tym złowrogim pa- pa – ram, wyciszenie…
Nie wiem – jak Wy, ale ja oszalałam dla tego utworu.
I dla „Popocatépetl”, miażdżącego konsekwentnie każdym taktem i dźwiękiem, jak krokami potężnego doomowego golema siejącego śmierć i zagładę. Utwór kolejny, krótki instrumentalny „Evel Rifaz” ilustruje zgrzyt i rumor rujnowanych miast i ginącej Ziemi …. Po czym zagłada sięga jeszcze dalej – 12minutowy, kończący płytę „Lunochod” składa się z 7 części, których tytuły wydają się nie bez znaczenia : Sputnik II, Ural, Space Nation Mother Russia, Oceanus Procellarum, Moon/Doom (Luna 1721), Sputnik I, Bring Me the Head of Nikita Chrusjtjov. Do ponurych doomowych dźwięków dołączają tu kosmiczne odgłosy urządzeń pomiarowych i alarmowych, sygnałów radiowych, zniekształconych przekazów w języku rosyjskim, przerażające zgrzyty, trzaski i gwizdy, niepokojące dudnienia….

Muzyka zawarta na tym albumie zabija.
Jeśli chcecie pięknie umrzeć – polecam ten album z całego swojego martwego serca.