AG Views: 559 – Written by: Drzoanna – listopad 05 2009 23:11:09

0.

Wpis zerowy – czyli zamiast wstępu 🙂
albo tytułem wyjaśnienia – czemu „inna”, skąd to słowo w nagłówku….
postaram się jasno i krótko: pobyt na AG, pisanie tu, ale przede wszystkim Wasze reakcje na to, co piszę, sprawiają, że zastanawiam się nad tym, co i w jaki sposób robię/mówię/myślę.
To choćby – jak ( IMO ) bardzo dostało mi się za wrodzoną, ale być może przesadną delikatność w wyrażaniu opinii, tak mocną, że wyglądającą na nieszczerą…. to mam nadzieję pomoże mojej asertywności i odważniejszemu wypowiadaniu własnego zdania czy krytyki.
(łojezu, to brzmi jak komunistyczna samokrytyka – to co teraz robię aaaaa !!!! ;))
po tym pełnym goryczy ostatnim blogowym wpisie Pinheada nabrałam z kolei odwagi w pisaniu i zamieszczaniu relacji/opowieści/felietoników o wszystkim… mam nadzieję – że jak wyskrobię coś chujowego/nawiedzonego czy pozbawionego sensu – to mnie zjedzie i odmówi zamieszczenia 😉

więc to słowo „inna” to generalnie ma znaczyć „odważniejsza/odporniejsza/z emocjami na większej wodzy”.
Oczywiście daleko mi do doskonałości.
Oczywiście pewnie jeszcze nie raz się poryczę/nawściekam czytając Wasze odpowiedzi czy komenty…
ale z całą pewnością nie oczekuję traktowania mnie „w rękawiczkach” bo jestem „taka wrażliwa” albo ze względu na wiek 😉 – szacunek i kultura należą się niezależnie od tego.
dobra = dość, bo zaraz ktoś zafunduje mi ambonę …. 😉
koniec wstępów i kazań.
do merituma 😉


1.

Od razu się przyznam – twórczość Huntera znam słabo, żadnymi tytułami nie sypnę… nic – poza ogólnym wrażeniem, brzmieniem kapeli – i, oczywiście, jedynym i niepowtarzalnym, znanym na pamięć i ukochanym
„Pomiędzy niebem i piekłem”…
utworem z gatunku tych najspecjalniejszych – które zmieniły moje życie.
Wybrałam się więc na koncert ze słabą nadzieją, że dostanę od Huntera taki prezent speszyl for mi. 😉
Nadzieja była słaba – bo kiedy jakiś czas temu znalazłam się na koncercie Grave Diggera to nie zagrali przecudnej ballady „Yesterday”, dla mnie utworu o podobnym znaczeniu…
Co prawda pochodził on z ich dawnej – bo pierwszej płyty, ale akurat ukazały się w specjalnym wydaniu płytowym 2 jego nowe wersje, w tym również orkiestrowa…
do Krakowa Grave Digger przyjechał co prawda bez orkiestry – ale na wykonanie „Yesterday” po cichu liczyłam… i kiedy zaczęły się bisy głośno skandowałam tytuł, jak się okazało – na próżno.
Niezrażona tamtym zawodem naiwnie ufając przychylności losu zawlokłam na koncert Huntera Lukierka, w podobnym stopniu jak ja obeznanego z dorobkiem kapeli…. i z wyglądem członków zespołu zresztą też. 😛
Kiedy zaczął grać support Lukierek wychylił się jedynie znad piwa i zawyrokował ” Spoko. To nie Hunter. Wokalista ma cycki”.
Po tej błyskotliwej uwadze mogłyśmy spokojnie powrócić do przerwanej dysputy o losach świata i długowłosych blondynach.
Z baru wygoniły nas donośne oklaski – cycaty support właśnie zakończył swoje granie, ludzie rześko zbierali się i podążali w kierunku sceny, więc i my zajęłyśmy strategiczne miejsca po lewej stronie barierek.
I podczas występu zespołu dawałyśmy z siebie wszystko – tańcząc i machając włosami… nie zrażając się faktem, że nie znamy żadnego z granych kawałków – no może poza kilkoma naprawdę udanymi coverami Deep Purple.
Podziwiałyśmy też głos wokalisty… to może nie Coverdale czy Gillan ale naprawdę dawał radę.
No i zaskoczyło nas niezmiernie, kiedy chłopaki po około pół godzinie grania pożegnali się grzecznie i zeszli ze sceny…
no jak to – już?
Zaczęłyśmy przepytywać stojących obok – i wtedy się okazało, ze to nie Hunter… że to jeszcze jeden przedwykonawca, nikt nie wie o jakiej nazwie, na biletach nie wydrukowano a plakatów w pobliżu niet…
Troszkę zmartwiona ( bo występ tego niby-Huntera lekko mnie zmęczył i zaczęłam się obawiać o kondycję na dalszą część koncertu) ale wciąż pełna nadziei czekałam…
Wejście tego prawdziwego Huntera poprzedziło donośne skandowanie nazwy kapeli – widać było, że zespół jest gorąco oczekiwany i naprawdę kochany 🙂
Kiedy weszli – atmosfera podkręciła się i rozgrzała jeszcze trochę – i tak było do końca.
Aż miło było patrzeć i czuć tę niesamowitą energię płynącą ze sceny w kierunku widowni – i z powrotem…
Bo Hunter gra taki fajny – momentami naprawdę łagodny – śpiewny metal… ukuto mu etykietkę soul-metal ale nie zgodziłabym się z takim uproszczeniem…

Mnie w każdym razie bosko było słuchać chóralnego i donośnego śpiewu wraz z kapelą – wszystkich, naprawdę wszystkich utworów.
I przyglądać się – jak zespół doskonale się przy tym bawi: wszyscy w zabawnych cylindrach i frakach, dzikie szaleństwo na scenie – i skrzypek…
no tak – skrzypek od razu stał się faworytem Lukierka.. nie tylko cudownie na tych skrzypcach grał ( jak walnął popisową solówkę brzmiącą poważnie i klasycznie to wszystkim glany spadły)
ale nie przerywając grania skakał/tańczył/wyginał się na scenie bardzo smakowicie aż Lukierkowi ciekła ślinka…
trzymając smyczek w ustach grał na skrzypcach jak na gitarze…
Lukierek stwierdził – że jak z nią samą ten skrzypek będzie takie rzeczy wyczyniał jak z tym smyczkiem i skrzypcami – to ona go bierze i cześć! 😛
a wokalista (Paweł „Drak” Grzegorczyk) odważnie stawał jedną stopą na scenie drugą na barierkach i siłował się na niby z najbliższymi fanami .
Bisy – i kolejne dowody euforii publiki, widać, że utwory wyczekiwane i doskonale znane…
ostatni bis – wokalista zapowiada, że na absolutny koniec zagrają… „Między niebem a piekłem”.
I mam ten swój osobisty prezent… i śpiewam wraz z całym Studiem ” oto mam moje małe niebo… oto mam moje małe piekło… oto mam moją własną Ziemię… dlaczego spadam? ”
o matko – nawet teraz, kiedy o tym piszę, nie jestem w stanie zwalczyć łez … 🙂

Totalnie zmasakrowane fizycznie i emocjonalnie postanawiamy ochłonąć w barze i tak w połowie tego stygnięcia Lukrecja dostrzega 2 stoliki dalej gitarzystów Huntera w liczbie dwóch plus osoby towarzyszące plus piwo… 😛
Niewiele myśląc po sekundzie już jestem obok z plakatem w łapach.
Ja: hej, podpiszecie mi się na plakacie?
oni: jasne 🙂
Ja: tylko chwila, skombinuję coś do pisania, może w barze będą mieli…
(…)
no niestety – mieli tylko ołówek, ale damy radę prawda?
Oni: pewnie, dawaj ołówek 🙂
Najpierw podpisuje się bosko długowłosiasty – Konrad Karchut czyli „Simon”, potem zabawny blondynek Piotr „Pit” Kędzierzawski … i pytają – jak koncert?
Ja: ech, pewnie nie widzieliście, jak szaleję, ale dla mnie to jeden z najlepszych koncertów mojego życia…
Pit: a nie, zdziwisz się, ale Cię widziałem…. 🙂 dokładnie widziałem – jak tam skaczesz przy barierkach w tej koszulce Lacrimosy … 🙂
i zaczynam się tłumaczyć – że nie pomyślałam, że nie znalazłam odpowiedniejszej – a przecież mam w domu z logo AG i z rangą BlondHunter, byłaby jak znalazł
Więc na wyrywki mnie pocieszają, że nieważne, kto w jakiej koszulce przychodzi – ważne, żeby czuł muzykę i dobrze się bawił.
Ja: wiesz – dla mnie to jeszcze jest ważne, że jako ostatni kawałek zagraliście „Między niebem a piekłem”, to dla mnie bardzo osobisty utwór i przyszłam tu przede wszystkim dla niego…
i tym razem oni się tłumaczą – że nie zabrzmiał jak trzeba… ze niestarannie zagrany… tak po łebkach, nie każdy dźwięk jak powinien…
Ja: wiesz, jak chcę usłyszeć porządną studyjną wersję, to włączam sobie CD… a jak chcę zaśpiewać razem z tłumem fanów – to idę na wasz koncert 🙂

Pytam jeszcze, gdzie ich skrzypek, gdzie Michał Jelonek – bo koleżanka strasznie się na niego napaliła… ze śmiechem wyjaśniają – że gdzieś się tu szwenda w pobliżu… 🙂
Na pożegnanie zapewniam – że z pewnością na każdym koncert w Krakowie zobaczą mnie w tym samym miejscu pod sceną.

Dla porządku podaję setlistę ściągniętą z forum zespołu :
-Misery
-Blindman
-Freedom
-KU
-Fallen/Spadany
-So
-Greed
-TELI
-Wyznawcy
-IJA IJA IJA IJA IJA IJA!!!
-Pomiędzy niebem a piekłem
-Osiem
-Strasznik
-$$
-Labirynt Fauna
-Duch Epoki
-Dura Lex Sed Lex
-Zbawienie
+ solo Jelonka (z zaproszeniem na solowy koncert w przyszłym miesiącu), oraz kołysanka na dobranoc śpiewana przez Draka. ;]
+”Krakowiaczek jeden” również skrzypeczkowo i solowo

i na koniec słowa Draka ( cytuję za forum)

„Właśnie wróciliśmy z kolejnych koncertów. Piszę, choć nadal nie wierzę 🙂 Kraków nas rozwalił doszczętnie. Ponad 700 osób i taka miazga pod scena i w ogóle całym klubie, że szczęki nam zjechały do ziemi…
Tutaj kilka fotek :

http://www.mmkrakow.pl/342331/2009/10/30/hunter-i-ich-hellwood-fotorelacja?category=photos

choć te akurat nie oddają atmosfery tego co działo się pod sceną.
Pewnie na YouTube będzie więcej 🙂 ”

I jest więcej.
Zainteresowanych gorąco zachęcam 🙂


2.

love never dies


W połowie grudnia 1999 ostatni raz udało mi się zobaczyć Tomka Beksińskiego – na tydzień przed jego śmiercią…. było to w Krakowie na koncercie Petera Hammilla.
Wpadliśmy na siebie w holu Związkowca – i gdybym nie była tak zaaferowana, nie śpieszyła się tak – zauważyłabym jego zastanawiającą reakcję na mój wybuch radości… ja zasypywałam go potokiem słów – że jakże się cieszę, że tak dawno się nie widzieliśmy i że wreszcie i że super wygląda….
a on tylko patrzył i jakoś się tak dziwnie uśmiechał…
dopiero po koncercie, już w domu udało mi się rozszyfrować ten jego wyraz twarzy – wydał mi się wzruszony i jakiś taki uroczysty….
ale stwierdziłam – że chyba źle to zapamiętałam – no bo skąd wzruszenie? nie byłam dla Tomka nikim szczególnym – ot, napalona słuchaczka – jedna z wielu 🙂
Dopiero po wieści o jego śmierci do mnie dotarło – że on już wiedział.
Wiedział , że to nasze ostatnie spotkanie i wzruszyła go moja głupia radość.
Wiedział, że nie zobaczymy się więcej, bo wszystko miał już zaplanowane.
Pożyczone od ludzi płyty/kasety opatrzone karteczkami – komu oddać …. oddaniem tych „długów” zajmował się później jego ojciec i tak niektórym udało się poznać wielkiego malarza….
a czytaliście jego ostatni artykuł w „Tylko rocku” ? Ten z jego zakamuflowanym „testamentem” – w którym niby żartobliwie żegna się ze słuchaczami i podsumowuje swoje życie ??
ciekawa jestem – ile osób zna jego pełną historię….

ja też mam ten egzemplarz „Tylko Rocka” i wszystkie inne…
w każdym razie historia tego artykułu jest niesamowita….
po tym koncercie P.Hammilla w Krakowie moi znajomi z różnych rozgłośni radiowych, wracający razem z Tomkiem do Wawy pociągiem postanowili umilić sobie tę podróż przeglądając w przedziale świeżo zakupionego „Tylko rocka”…. jakież było ich zdziwienie – gdy Tomek przerywając ich żarty na temat tego właśnie artykułu ( jak się później okazało – to była typowa reakcja ” znowu czarny humor Tomka” – nikt nie potraktował tego poważnie – aż do… ) no po prostu dostał ataku złości… wściekał się na redakcję , że obiecano mu – iż miesięcznik na pewno nie ukaże się przed Świętami….nikt nie rozumiał powodów złości Tomka – aż do feralnej Wigilii – kiedy okazało się, że ukazanie się artykułu w odpowiednim momencie było dokładnie przez Beksę zaplanowane…

I myślę – że z odejściem Tomka skończyło się radio.
Możecie mnie za ten tekst zlinczować – ale ja wiem co mówię.
Ja sama miałam świadomość, jak wiele jego śmierć zmieni w moim życiu już wtedy …. już na przełomie wieków – kiedy się zabił … a teraz to się potwierdza.
Nie tylko w moim życiu – w ogóle świat się zmienił.
I to nie tylko ja przestałam słuchać radia – to nowe pokolenie, które po Tomku dorosło również radia nie słucha.
I teraz to już naprawdę nie jestem w stanie stwierdzić – czy to źle…
bo ja też się zmieniłam…. i radzę sobie w tym nowym świecie – mam kompa i internet …. fakt – że brakuje mi w tym świecie takiego przewodnika, jakim był Tomek … nikt mi niczego nie proponuje/nie zachęca/nie daje wskazówek…
mam dostęp do ogromu muzyki (nieporównywalnie większy niż kiedyś), ale muszę się z tym uporać sama…
więc nie ma takich facetów – ani takiego radia – ani takiego świata.
Mnie udało się do niego przystosować – on się przed tym bronił…
może dlatego – ja żyję….

PS – ten tekst – miejscami pełen goryczy – napisałam jakieś 3 lata temu, przytaczam go z powodu myśli , wspomnień i skojarzeń – które pojawiły się w związku z festiwalem w Sanoku.
Ale zmieniła się jedna rzecz – na nowo słucham radia.
Ono znowu żyje – dzięki np TSK i dzięki takim ludziom jak Emilka .. no i Wy jesteście moimi przewodnikami … i AG 🙂


3.

JA.

może nie pępek świata
ale na pewno nie kropla
czy drobinka nic nie znacząca wobec jego ogromu
spokojna i pewna na Evereście swoich marzeń
na Kilimandżaro planów i zamierzeń
i na drabinie możliwości
z dwoma parami glanów
i szafą lacrimosowych tiszercików
wciąż głodna muzyki i miłości
metalowo-gotycki kosmita
wypierdek ludzkości
śmieszna starsza pani.


4.

„ODWAŻNA”

Rzadko na AG pojawiają się recenzje thrillerów – nawet takich zahaczających o dramat. Moim zdaniem jest to gatunek niesłusznie niedoceniany, a ten film na docenienie zasługuje z całą pewnością.
Na pewno na mój odbiór nakładają się osobiste doświadczenia – to one spowodowały, że film przeryczałam niemal od pierwszych scen, teraz siedzę z zapuchniętymi oczami i piszę, dlaczego więc aż tak ?
Filmów o zemście widziałam przecież mnóstwo – Wy zapewne też… kiedy główny bohater – niezadowolony z opieszałości i nieudolności działania prawa sam bierze to prawo w swoje ręce.
Co więc w tym akurat filmie jest niezwykłego?
Pewnie trochę to – że reżyserii podjął się sam Neil Jordan ( doskonałe „Gra pozorów”, „Mona Lisa”, „Chłopak rzeźnika” )… że główną rolę powierzono Jodie Foster… a partneruje jej nominowany do Oscara Terrence Howard („Miasto gniewu”, „Hustle & Flow” ) …
co jeszcze?
Spróbuję opowiedzieć.

Erika Bain jest dziennikarką jednej ze stacji radiowych w Nowym Jorku i wiedzie ustabilizowane i szczęśliwe życie.
Podczas wieczornego spaceru z psem ona i jej chłopak zostają brutalnie napadnięci, koszmarnie pobici a całe straszne zajście napastnicy uwieczniają komórką….
Na skutek odniesionych ran narzeczony Eriki umiera w szpitalu – ona sama odzyskuje przytomność dopiero po 3 tygodniach.
Jest w strasznym stanie – naturalistyczne zdjęcia doskonale to oddają, można wręcz nie rozpoznać grającej tę rolę Jodie Foster.
W końcu wraca do domu i czeka na wyniki śledztwa.
Na próżno.
Kiedy zgłasza się na posterunek, aby dowiedzieć się o postępach w sprawie zostaje uprzejmie ale jednoznacznie spławiona przez przyjmującego interesantów policjanta.
I kiedy słyszy po raz kolejny słowa „proszę czekać, zaraz ktoś się panią zajmie „- skierowane do kolejnej osoby przybyłej w swojej sprawie…
widzi kolejną osobę zajmującą miejsce na ławce oczekujących – coś się w niej przełamuje. Dokładnie wtedy – doskonale widać ten moment.
Wychodzi z posterunku, wchodzi do najbliższego sklepu z bronią i prosi o pistolet – jak o chleb.
Sprzedawca informuje ją – że musi wypełnić formularz i czekać 30 dni – ona na to, ze nie przeżyje trzydziestu dni – i wychodzi ze sklepu.
Dogania ją jakiś skośnooki z ofertą pomocy … i po chwili za 1000 dolarów kupuje broń – naboje – i przechodzi minutowe szkolenie.
Staje się inną osobą… przestaje być ofiarą – staje się katem.
Przemiana Eriki zagrana jest tak perfekcyjnie – że nie dziwię się nominacji za te rolę do Złotego Globu.
Chwile, w których zastanawia się, dlaczego nie drżą jej ręce… cudowne opanowanie – ale z widocznym wewnętrznym napięciem każdego nerwu w scenach z policyjnym detektywem,
który wpadł na jej trop.
I myślę, że postać tego właśnie detektywa, cały wątek z nim związany wraz z zaskakującym absolutnie zakończeniem stanowią tą zasadniczą różnicę między tym filmem – a wszystkimi innymi o
mścicielach wbrew prawu.
I to – że to nielegalne, bezprawne postępowanie Eriki akceptujemy w całej rozciągłości…. scena, w której spokojnie i precyzyjnie wypytuje ofiarę, jak długo jest przetrzymywana…
czy wbrew jej woli…. co jej zrobiono….
i jej zabójstwa nie mają jednak cech wyroku – jest to obrona konieczna – ja to tak widzę.
Wbrew tytułowi to nie jest film o odwadze – to film o wewnętrznej przemianie, z której główna bohaterka wcale nie jest zadowolona, która ją przeraża – ale którą w końcu akceptuje.
Ta odwaga to tak naprawdę akt poddania się – poddania się „obcemu” który się w niej pojawił i nie chce jej ciała opuścić.
Sama Erika zresztą tak o tym mówi – kilkakrotnie słychać jej głos z offu, kiedy przygaszonym tonem opowiada, jak to jest, kiedy zamieszkał jej ciało, jej ręce, nogi, tułów…
Erika opowiada o tym – jakby to nie była przemiana psychiczna – a cielesna.
Mnie ten film przekonał do tego stopnia – że nie przestaję myśleć o tym – jakby to było, gdybym to ja 15 lat temu spotkała tego obcego.
I poddała mu się tak jak Erika.
Może teraz byłabym normalniejsza.
Może wcześniej zaczęłabym wychodzić z domu – może mogłabym wyjeżdżać – nocować poza domem.
Zazdroszczę Erice.
I chciałabym mieć broń.

PS. Na ten film można oczywiście spojrzeć inaczej, potraktować go jako opowieść o chorobliwej obsesji, tak silnej – że udzielającej się również stróżowi prawa…. ale ja go odczytuję na swój sposób.


5.

„Jestem legendą”

Wreszcie udało mi się obejrzeć „Jestem legendą” z Willem Smithem.
Każdy z Was pewnie film widział, więc rozpisywać się nie będę, ale parę słów na temat wrażeń będzie 🙂
Sama opisywana historia nie jest jakoś specjalnie oryginalna…
2009 rok. Tajemniczy wirus zabija 90 proc. ludzkości, a tych, którzy przeżyli, zmienia w krwiożercze potwory.
I to one za wszelką cenę próbują zgładzić jedynego mieszkańca NY, Roberta Nevilla, genialnego naukowca, obsesyjnie poszukującego szczepionki na odwrócenie działania wirusa.
Skutki uboczne terapii – tajemnicze wirusy – potworne mutacje – wszystko to już w filmach opisywano i pokazywano…
na widoki opustoszałych metropolii napatrzyliśmy się również i chyba były pokazane równie starannie i przekonująco.
To, co IMO różni tę fabułę od innych to postać głównego bohatera – zbudowana bardzo starannie i zagrana przez Smitha tak – że udaje mu się utrzymać uwagę widzów do końca, choć przez sporą część filmu jest jedyną żywą postacią na ekranie ( prócz rzecz jasna jego wiernego psa, z którym rozmawia jak z człowiekiem… ale rozmawia też z manekinami w sklepie ..)
Wydaje mi się to niezwykłe – bo to jak teatr jednego aktora, tyle że na ekranie, ale postać Roberta granego przez Willa Smitha ma tę magnetyczną siłę potrzebną do utrzymania zainteresowania widzów fabułą.
Jest jeszcze kilka rzeczy – na które chciałabym zwrócić uwagę.
Straszne mutanty dane jest nam zobaczyć nie od razu, nastrój grozy tworzy sie powoli poprzez obraz wymarłego Nowego Yorku z dzikimi zwierzętami biegającymi po zarośniętych chaszczami, brudnych ulicach…
i poprzez kolejne samotne polowania Robeta Nevilla.
Kiedy wreszcie oglądamy mutanty „w akcji” jawią się nam jako krwiożercze i bezmyślne bestie, których jedynym celem jest dopaść Roberta i rozszarpać na strzępy.
Są w tym mniej ludzkie – niż pokazana wcześniej para lwów polująca na jelenia ( ? ): działanie zwierząt wydaje się mądre, zaplanowane i pozbawione okrucieństwa, działanie mutantów przepełnione jest szaleństwem.
I jakież potem było moje zdziwienie, jakież zaskoczenie – kiedy okazało się, ze te potwory wcale tak bezmyślne i szalone nie są, obserwują uważnie Roberta, jego metody walki i pułapki, jakie przeciw nim buduje…
i potrafią potem zastosować te metody i te pułapki.
W scenie ostatecznej z nimi walki zaczęłam zauważać, ze nie stanowią jednolitej masy, że różnią się od siebie…
Oczekiwałam wręcz, że Robert rozpozna w którejś ze zmutowanych postaci kogoś – kogo zna…. albo, że któraś przemówi.
W tej ostatniej scenie dopatrzyłam się w nich cech ludzkich.
Zaskoczeniem też okazała się konstrukcja filmu – to, w jaki sposób „stała sie legendą” osoba, mówiąca do nas z ekranu w pierwszej osobie, ze jest to opowieść niejako zza grobu.
Dla porządku powinnam dodać jeszcze, że „I am Legend” to z rozmachem zrealizowana ( doskonała pod względem efektów specjalnych i sugestywnie wykreowanej wizji zniszczonego, opustoszałego Nowego Jorku ) trzecia już ekranizacja głośnej powieści Richarda Mathesona z 1954 roku.
(dwie wcześniejsze to „Ostatni człowiek na ziemi” z 1964 i „Człowiek Omega” z 1971 roku.
Reżyser – Francis Lawrence, to twórca widowiskowego a dla mnie kultowego horroru „Constantine” z Keanu Reevesem ( o którym też niedawno na AG czytaliśmy).
Autorem zdjęć jest zdobywca Oscara Andrew Lesnie („Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia” ) ,a muzykę napisał jeden z najbardziej wziętych hollywoodzkich kompozytorów, J.N. Howard (ośmiokrotnie nominowany do Oscara, m.in. za „Ściganego”, „Osadę”i „Michaela Claytona” )
Ale głównym autorem sukcesu filmu jest – jak już wspomniałam – Will Smith.


6.

LISTY

nie chcesz już moich dłoni
moim palcom zakazałeś wędrówek
po swojej skórze
odsuwasz je z zawstydzonym uśmiechem
ale stanowczo
kiedy wciąż wyrywają się do Ciebie

nie chcesz już moich warg
ślady mojego języka na Twoim ciele dawno już wyschły
i ulotnił się zapach moich perfum

więc pisuję do Ciebie listy
próbuję dotykać Cię słowami
pieścić zaimkami
całować przymiotnikami
a spójniki
bezczelnie
buszują w Twoich włosach


7.

Koncert RAMMSTEIN w Spodku, Katowice 27 listopada 2009.

To nie jest recenzja.
Nie wiem nawet – czy to, co czytacie można nazwać relacją, bo to kojarzy się raczej z rzeczowym i chronologicznym opisem faktów, a ja nie gwarantuję żadnej rzeczowości, i nawet faktów nie jestem pewna.
Od piątku tkwię w jakiejś absolutnej nierzeczywistości, w jakimś poplątanym łańcuchu zdarzeń – co do połowy nie jestem pewna, czy rzeczywiście miały miejsce.
Pewne jest jedno – byłam na koncercie Rammstein w Spodku, mam na to świadków. 😀
Ale co do reszty… hmm…

Moje przygotowania do koncertu szalenie wzbogacił mój zaprzyjaźniony uczeń Piotrek „Uli”, również fan R+ i również wybierający się na koncert.
To on informował mnie o biletach i co gdzie jak w Spodku.
On zdradził pewne szczegóły mającego się odbyć show…
To on powiedział o serduszkowej akcji – dzięki tej informacji zarejestrowałam się na polskim forum R+ Feuerrader, ściągnęłam plik z obrazkiem ( logo ostatniej płyty) i kazałam wydrukować mojemu dziecku w ilu się da egzemplarzach.
( Dało się tylko w 10 – a jak się później okazało, chętnych znalazło by się na 10razy tyle.)
Wiedziałam – że Piotrek ma zamiar jechać autem ze swoim Tatą – nawet pytałam o możliwość zabrania się z nimi, ale niestety mieli tylko 2 miejsca jeszcze w samochodzie – a nas było 3 – Kasia, Yaga i ja 🙂
Ależ był wtedy zawiedziony, że nie może nam pomóc, bo dobre dziecko z tego Piotrka 😀
Więc Yaga z kolei natchnęła mnie, by skontaktować się z Maćkiem z MetalShopu w sprawie autokaru… Maciek o autokarze nic nie wiedział, ale natychnięty moim pytaniem sam się zabrał za organizację fanowskiego wspólnego wyjazdu z Krk.
W przeddzień wyjazdu dzwoni Piotruś, cały w emocjach – że właśnie, przed chwilą jego tatuś stracił prawko ( odwoził syna do szkoły, troszkę docisnął prędkość, kontrola, poleciały punkty i ….) więc czy ten autokar aktualny 🙂
Tak więc stanęła przede mną straszna wizja dekonspiry przed Tatą Piotrka…. wspólna podróż z żłopiącą piwo/wódkę z kartonu po soku i używającą wulgaryzmów bandą moich mniej lub bardziej znajomych ( to nie o Tobie, Yaga 😛 )
Banda po drodze zaliczyła jeszcze stację benzynową jedną czy dwie, bo skończyły się zapasy do żłopania – ale szczęśliwie byliśmy na miejscu odpowiednio wcześnie, by zająć miejsce w kolejce tuż przy wejściu.
Chwilę potem pojawiło się paru uroczych porządkowych i zaczęło ochoczo wyjaśniać oczekującym zasady przechodzenia przez bramki itp.
Wyłuszczali to tak szczegółowo – że ktoś z tłumu nie wytrzymał i przypomniał : ” …a o nożach nic nie było…” i tu panowie radośnie dodali, że nie można wnosić, przy wtórze pojedynczych głosów: ” i tasaków”… ” i pił łańcuchowych”…
A potem panowie zaczęli używać szyfru…
może wy skumacie, o co chodzi – bo wokoło wszyscy uśmiechali się głupawo na wielokrotnie powtarzane komendy: ” jedno oczko – jeden bilet…. jedno oczko – jedna osoba….”
Wreszcie 18ta, otwierają, wchodzimy – spokojnie, bez napierania – luz 🙂
Zaczynam rozdawać serduszka najbliższym osobom, wszyscy biorą chętnie niezależnie od wieku i stroju, dopytują się, więc wyjaśniam, opowiadam o inicjatywie i kiedy mają podnieść je do góry.
Po minucie serduszek już nie mam, ruszamy w stronę naszego sektora ( przypadkiem natykam się na moje dziecko, które przyjechało z dziewczyną i znajomymi, heh – taki duży Spodek – a taki świat mały 😛 )
co chwilę ktoś dobiega i pyta o serduszka – wiec odsyłam do innych „rozdawaczy”.
Siadamy – ja rozglądam się szukając znajomych a Yaga intensywnie myśli …. okazuje się – że słusznie… zajęłyśmy miejsca w sektorze G rząd 9 – ale w niebieskim, nie czerwonym 😛
Z radością wędrujemy na właściwe miejsca – znacznie bliższe sceny.
Zanim zgasną światła przyglądamy się jeszcze tłumowi ludzi wypełniającemu płytę i sektory – o matko, ileż luda !!!!
Trochę wolnych krzesełek tylko w sektorach z boku sceny – płyta zapchana szczelniutko, widać flagi, transparenty…

No i tak – Combichrist to zdecydowanie nie jest kapela do słuchania i wczuwania się w muzykę.
Do takich dźwięków się skacze oraz wykonuje różne inne zamaszyste ruchy.
Spróbujcie robić to siedząc.
Ja właśnie robiłam – skakałam siedząc i machałam włosami siedząc – i było do bani.
I wiedziałam – że jak wyjdzie Gwiazda Wieczoru – to żadna siła nie zatrzyma mnie na krzesełku w sektorze.

dla porządku – Combichrist zagrali:

01. Intro
02. All Pain Is Gone
03. Get Your Body Beat
04. I Want Your Blood
05. F**k the S**t!
06. Blut Royale
07. Send To Destroy

Były jeszcze jakieś żarciki słowne na temat Rammsteina i zrzucanie nieustanne bębna ze sceny w ramach show…
taa….
Kiedy rozbrzmiały pierwsze dźwięki „Rammlied” – przekrzykując oklaski i ogłuszający wrzask publiki powiedziałam dziewczynom, że idę szaleć pod barierkę rozdzielającą sektory.
Yaga pokiwała głową z miną ” no wiedziałam, wiedziałam, że tak się to skończy”…
no i teraz następuje moment opowiadania – w którym nie jestem w stanie być ani trochę rzeczowa, i nie ma mowy o chronologii…

więc może kolejność utworów:

01. Rammlied
02. Bückstabü
03. Waidmanns Heil
04. Keine Lust
05. Weisses Fleisch
06. Feuer Frei!
07. Wiener Blut
08. Fruhling in Paris
09. Ich Tu Dir Weh
10. Liebe Ist Fur Alle Da
11. Benzin
12. Links 2-3-4
13. Du hast
14. Pussy
(kilka minut przerwy)
15. Sonne
16. Haifisch
17. Ich Will
(kolejne kilka minut przerwy)
18. Engel

publiczność:
rzeczywiście przeróżna, sporo Niemców, całe rodziny, dzieciaki i staruszkowie pod sześćdziesiątkę… i oczywiście mnóstwo tr00Rammsteinowców – w tiszertach z logo…
zachowanie i reakcja publiczności – kilka przykładów:
przede mną w sektorze siedział facet z 3-4letnim chłopczykiem… większość koncertu trzymał go na ramionach – potem wspólnie skakali 😀 dziecko wyglądało na zachwycone nawet w trakcie wybuchów petard.
a co do starszych pań w szpileczkach i różnych dziwnych osób stojących jak kołki:
gdzieś w połowie koncertu z przodu sektora wylazła do góry pod barierkę, gdzie ochroniarze pozwolili szaleć taka paniusia pod 40tkę w eleganckim płaszczyku, w szpileczkach i z torebeczką na ramieniu…
i kiedy zaczęło się szaleństwo, skakała cała płyta i sektory i wszyscy – ona, ostrożnie przyklejona do ostatniego krzesełka w rzędzie nieśmiało podrygiwała – odrobinkę unosząc na zmianę do góry wskazujące paluszki jej upierścienionych łapek…
wiecie o co chodzi?
wszyscy wokół skaczą, łapy w górze i napier**lają pięściąmi w powietrze – a ta elegantka jakby pisała 2 paluszkami na maszynie…. wzruszające, miałam ochotę ją uściskać – bo podejrzewam, ze dla niej to było hardkorowe zachowanie 😛
finał akcji serduszkowej, udany w 100% bo ach…. mój ukochany utwór z ostatniego CD „Wiosna w Paryżu” i jeszcze te wszystkie serduszka w górze zgodnie z instrukcją – normalnie łzy w oczach – płyta i wszystkie sektory, które ogarniałam wzrokiem zrobiły się białe od tych kartek mmmm …:D po prostu piękna akcja , magiczny moment:)
ciekawostki:
fan w fartuchu mistrza masarskiego i w kucharskiej czapce – doskonale widoczny z każdego miejsca Spodka- super lans 😛
fanka w koszulce z napisem „Pussy” – ponoć najpiękniejsze cycki wieczoru 😛
no i efekty/elementy show:
na „Keine Lust” fala zimna…
na „Wiener Blut” nad sceną pojawiają się zawieszone lalki święcące zielonymi laserami, nagle zaczynają zjeżdżać w dół i wybuchać !!! a leżąc na scenie nadal świecą.
podczas „Ich tu dir weh” klawiszowiec Christian Lorenz, zwany Flakiem gania po scenie, Till go łapie, wsadza do wielkiej wanny, sam podjeżdża takim podnośnikiem do góry i z tego miejsca „strzela” w dół, do Flake’a z jakiegoś dziwnego urządzenia wyglądającego jak skrzyżowanie karabinu z odkurzaczem…
huk !!!
snop iskier!!!
po chwili Flake wyłazi z wanny – ale jego czarny dotychczas kombinezon jest calutki pokryty iskrzącymi się gwiazdkami 😀
na „Benzin” pięknie odegrana scena – na scenę wbiega gostek udający napalonego i agresywnego fana ( sporo osób z publiczności się na to nabrało, sądząc po niepewnych reakcjach 😛 )
Till markuje ciosy i kopniaki – i podpala fana miotaczem ognia …. wrażenie niesamowite… gość płonie i płonie…( zanim w końcu techniczni pianą gaszą ogień)
ja znałam ten element show wcześniej, spodziewałam się go – ale i tak zatkało 🙂
W trakcie „Ich Will” niesamowita euforia publiczności – kiedy Till w pewnym momencie mówi po polsku ” podnieście ręce do góry” i oczywiście WSZYSTKIE łapy natychmiast są w górze!
( „Jedyny w historii chyba przypadek, że Niemiec każe nam podnosić łapy do góry, a my się cieszymy : D
Taki chichot historii.” to koment ściągnięty z YT – dobre 😛 )
podczas „Du hast” Till strzela w stronę publiczności z kuszy miotającej świetliste pociski, te przelatują nad całym wnętrzem Spodka – odbijają się od ścian i wracają… niesamowite…
( jeden z pocisków przypadkiem wpada do reżyserki dźwięku w sektorze niebieskim, pojawia się dym, po sekundach strażacy – ale już jest po sprawie 🙂 )
A podczas „Pussy” Till jeździ wzdłuż sceny na pianowej armatce imitującej penis i wystrzeliwuje prosto na płytę pianowy ejakulat 😛
niestety „fiutek” szybko się psuje (czy raczej ejakulat zamiast radośnie wystrzeliwać spływa smętnie bokami )- i po paru nieudanych próbach uruchomienia go Till wraca na scenę.
Podczas „Haifisch” tradycyjne pływanie FLake’a pontonem wśród publiczności na płycie plus nieudana próba rozchwiania i wywrócenia pontonu tuż przy scenie – ochrona jednak błyskawicznie wychwytuje ponton z rozbawionym Flakiem.
a – podczas tej podróży fani wrzucają do pontonu mnóstwo maskotek i różnych różności – między innymi i sercowe kartki… jedną z nich klawiszowiec bierze do reki, ogląda i chowa wprost za spodnie ( nie posiadały kieszeni) 🙂
a na „Engel” Till pojawia się w olbrzymich metalicznych skrzydłach – które po chwili zaczynają płonąć – niesamowity i piękny widok 🙂

Po ostatnim utworze, wśród płynących już z głośników dźwięków „Ohne Dich” , zauważeni jedynie przez nielicznych , bohaterzy wieczoru schodzą ze sceny i przebiegają do wyjścia WŚRÓD PUBLICZNOŚCI !!!!
I tak niektórzy fani dostąpili zaszczytu i zmacali ( czy też tacznęli) Tilla i resztę… niektórym dana była radość przybicia z nimi piątki…. ech… 😀

Mogłabym jeszcze wspomnieć o morzu połyskującego konfetti podczas końcówki „Pussy” … i o wszystkich tych wybuchach/petardach/słupach ognia… o próbującej mnie wywrócić fali dźwięku…
ale dla mnie najistotniejsze jest przeżycie tych magicznych chwil…
i wzruszenie, kiedy wydzieram się śpiewając z tysiącami fanów tańcząc i płacząc równocześnie…słyszę ten chór głosów – śpiew tłumu – i wśród niego i mój głos.
kiedy ostatkiem sił robię kolejny wiatrak włosami… kiedy skaczę z rękami w górze i tysiącami innych rąk…
i kiedy słyszę wszystkie te ulubione utwory – te wyczekane – te ukochane…
nie wiem – co mogę jeszcze dodać, poza stwierdzeniem, że to największy koncert w moim życiu.
Największy i ze względu na wagę wydarzenia, i na ilość miejsc w Spodku – i na wybuchowe spustoszenie – jakie uczynił w mojej duszy.
Nie umiem tego nazwać inaczej – w moim sercu wybuchła atomówka, fala uderzeniowa przeszła i wypaliła mi mózg do ostatniej szarej komórki.
No i nadal nie słyszę – tak powiedzmy w 50%…. 😛
ale to nieistotne – ważne jest to – co się wydarzyło w Spodku i wciąż nie mogę uwierzyć, ze też tam byłam.


8.

DLACZEGO SIĘ CIESZĘ?
( o Madziuni i nie tylko)

Cóż, generalnie to ze mną jest tak – że powody do radości same się znajdują i nie muszę jakoś specjalnie o nie zabiegać.
Chyba ktoś tam na górze mnie lubi – powiedziałabym, gdybym była wierząca, ale skoro nie wierzę, to nie wiem, co mam powiedzieć….
może ten ktoś/coś lubi mnie mimo nieistnienia? 🙂

Spoko – nie będę rozważać tego skomplikowanego problemu filozoficzno-logicznego, chcę wam tylko napisać – dlaczego cieszę się akurat dziś – teraz.
Raz – słucham sobie grupy Gossamer ( dzięki, Pin 🙂 ) na moje oko takiego skrzyżowania DoD i FOTN i Siostrzyczek podlanego sosem elektro… ech, najważniejsze, że brzmi to pięknie: i energetycznie i romantycznie.
Niestety jest druga w nocy – nie mam słuchawek, więc nie ma mowy o puszczeniu na full, a szkoda…
Ale cieszy mnie to kolejne muzyczne odkrycie, och, bardzo bardzo.
Ciągle pojawia się nowa piękna muzyka do odkrycia i pokochania – jak tu się nie cieszyć 🙂

Dwa – spadł śnieg.
Nie jakiś tam wielki – ale wystarczający – żeby ucieszyć oko i serce.
Śnieg cieszy mnie zawsze – a ten pierwszy zimą najbardziej 🙂
Mam to jeszcze z dzieciństwa – nieustająca i nieokiełznana euforia spowodowana nagłym bieleniem krajobrazu…. i te magiczne gwiazdki w świetle nocnych latarni ulicznych – mmmm …
I mam to też z tych 2 lat z J., który uczył mnie, jak to jest cieszyć się każdą sekundą życia, każdą chwilą z nim ( mawiał – ciesz się mną, nie marudź, nie roztrząsaj, nie analizuj – po prostu ciesz się tym, że teraz jestem z Tobą.
I nie było w tym nic z zadufania, bufonady czy nieskromności, on szczerze i w pełen serdeczności sposób pomagał mi w odróżnieniu rzeczy ważnych od nieistotnych)
On też zawsze cieszył się jak dziecko pierwszymi danej zimy płatkami śniegu.
Kiedy więc widzę – jak zaczyna prószyć – staję w oknie i uśmiecham się na myśl, że on tam gdzieś-nawet-nie-wiem-gdzie też stoi i też patrzy… i pewnie też cieszy go ten pobielały krajobraz, choć zapewne nie myśli już o mnie.
Ech… ale to jest takie optymistyczne, nieco rozmarzone ech 🙂

Więc radość ze śniegu – tym większa – że udało się nam ( czyli współwłaścicielom kamienicy) znaleźć kogoś do odśnieżania.
Oznacza to – że moja skromna osoba wpadła na pomysł zagadnięcia studenta z parteru, czy nie miałby ochoty trochę dorobić – a student wyglądał sympatycznie, już kiedyś pomógł mi wytargać na 1 piętro 3 wielkie torby z prowiantem na jakąś imprezę, a wcześniej, przy okazji jego wprowadzki i akcji zapoznawczej przeszliśmy na „ty” i ustaliliśmy warunki współpracy:
lubię go tak długo, póki nie będzie hałasował przed południem i wyobraźcie sobie, że jest cicho jak mysz pod miotłą… żadnej muzyki bladym świtem, żadnych imprez .
No i zgodził się radośnie, przy okazji wspomniał coś o samozamykaczu do bramy, na który chętnie zerknie, bo nie dociąga, a zimno leci i menele czyhają….
Więc mogę spokojnie cieszyć się białym widokiem z okna – Straż Miejska może mi skoczyć, mandatu za nieodśnieżone nie będzie 😛

Trzeci powód do radości to nowe możliwości promowania muzyki Bratrstva Luny, na jakie wpadłam… nie precyzuję w czym rzecz dokładnie, bo wszystko jest w stadium dogadywania, ale jestem z siebie dumna, bo wymyśliłam to sama od początku.
Wykorzystuję swoje dawne kontakty/znajomości i strasznie fajne jest to – ze np pamięta mnie radiowiec, dla którego 15 lat temu kleiłam plakaty na mieście nt prowadzonych przez niego imprez muzycznych.
Mam nadzieję – że pozostali również 🙂

Po czwarte cieszy mnie nowa para cudownych czarnych glanów od mojego dziecka na Mikołaja. A św Mikołaj o imieniu Piotrek „Uli” sprezentował mi pudełko czekoladek (dla ciała) i nowe CD Slayera ( to dla duszy).
I jak tu go nie kochać – tego Mikołaja znaczy.

Po piąte cieszy mnie Madziunia.
Madzia to moja bardzo zaprzyjaźniona uczennica.
Przerabiałam to już wiele razy – ktoś przychodzi do mnie na korki, moja otwartość skutkuje pogaduchami, ten ktoś również się otwiera i znajomość się rozwija. Czasem kończy się na znajomości, czasem na kumplowaniu – czasem na naprawdę głębokiej bliskości i przyjaźni – jak np z Krukiem.
Heh – muszę chyba kiedyś opisać wszystkie te ciekawe przypadki… ale dziś skupię się na Madziuni.
Zaczęła do mnie przychodzić chyba w 5 klasie podstawówki i od razu uderzył mnie taki jakby nieśmiały sposób, w jaki jest dowcipna… pełen słodyczy cięty język… bystra, inteligentna i pełna uroku.
Bardzo szybko się zakumplowałyśmy, gadając swobodnie i szczerze o muzyce, rodzinie i w ogóle o życiu i facetach zupełnie zapominałam, że jest młodsza ode mnie o (liczy) 36 lat 🙂
W sposób najbardziej naturalny zaczęła mówić mi po imieniu zanim jeszcze znalazła się w LO, kiedy przerabiałam z nią funkcje trygonometryczne i swoją miłość do P.
Madziunia szczerze temu związkowi kibicowała, cieszyła się razem ze mną, kiedy było OK i podtrzymywała na duchu – kiedy się skończyło.
Zwierzała mi się też ze swoich pierwszych randkowań i z wrażenia, jakie zrobiło na niej poznanie M.
Po paru(nastu ?) spotkaniach i dziesiątkach godzin przegadanych na gg wiedziała już, że to będzie jej taki naprawdę Pierwszy Facet.
Ustaliłyśmy, że kiedy będzie wiedziała na pewno, kiedy się na TO zdecydują – to ze mną pogada, wypyta o wszystko.
Miała 17 lat, sporo wiedzy na temat seksualności/erotyki/zabezpieczeń/ itp, ale to do mnie – nie do swojej mamy czy starszej siostry chciała przyjść z najbardziej intymnymi wątpliwościami i pytaniami.
Bardzo mi to pochlebiało – ale czułam też, jaka spoczywa na mnie odpowiedzialność.
Umówiłyśmy się żartobliwie, że kiedy będzie potrzebowała rozmowy na TEN właśnie temat, to dla ochrony przed wścibskimi oczami/uszami użyje hasła „muszę zrobić pranie”….
Czas mijał, ja oczywiście zapomniałam o umowie, aż tu nagle dzwoni Madziuna, cała przejęta i zaczyna nawijać o praniu…
ja się dziwię i pytam w czym problem…
a ona, że nie ma rodziców, i że nie wie jak się to robi, że trochę się boi, bo jeszcze nigdy nie używała pralki…
ja tłumaczę jak głupiej – „no to kurna ją włącz, tylko pamiętaj – kolorowe i białe osobno !!”
A ona – dziwiąc mnie coraz większym rozbawieniem w głosie powtarzała „ale rozumiesz? mam zrobić PRANIE !!! PIERWSZY RAZ” musisz mi powiedzieć dokładnie, wszystko ! Nie tylko – ile sypać proszku!!”
Podła… 😉
Bawiła się moim kosztem … 😉
Jak już sobie przypomniałam, o co biega i załapałam i w ogóle – wyłyśmy ze śmiechu do słuchawki aż do popłakania się, ona ze swojego , ja ze swojego końca linii.
Potem odbyłyśmy dłuuugą rozmowę – chyba owocną, bo Madziunia jest z M. już prawie 2 lata. 🙂
Ale nadal przychodzi do mnie na lekcje – teraz przygotowujemy się do matury.
Oczywiście nieustannie rozmawiając w naszym własnym języku – komuś mógłby się wydawać obsceniczny czy przynajmniej sprośny, komuś – kto nie zna Madziuni i naszego bardzo prywatnego porozumienia.
My obie wiemy doskonale – że nasze żarty językowe i skojarzeniowe nie mają nic wspólnego z wulgarnością, że to jedynie nasza sekretna zabawa, że tak naprawdę obie jesteśmy romantyczkami marzącymi o wielkiej miłości i rycerzu na białym rumaku, a to – to tylko wygłupy.
Szczególnie przydatne podczas nużącej powtórki o wielomianach czy szukania rozwiązań nierówności kwadratowych.
Właśnie do tych ostatnich szalenie przydała się nasza teoria fiutków w stanie erekcji i spoczynku.
Okazało się, że zapamiętanie położenia paraboli względem osi X znacznie ułatwia jej podobieństwo kształtem do rzeczonego fiutka, a jak jeszcze zaznaczyć odciętą wierzchołka – podobieństwo staje sie uderzające 😛
Podczas zajęć z Madziunią z mojego pokoju dobiegają więc radosne okrzyki: „OOOO !!! znowu minus przed x kwadrat !!! znowu fiutek ma erekcję !!!” 😀
Ostatnio ćwiczyłyśmy zmienne pomocnicze.
Madziunia strasznie się z tym męczyła, jakoś nie mogła załapać, że w miejsce jakiegoś wzoru podstawiamy nową zmienną – a potem wracamy do starej…. ale znalazłam na to sposób.
Oto on :
„Uwaga – będziemy robić coś, co lubimy obie !!!
Będziemy wkładać i wyjmować !!!
widzisz jakiegoś kandydata do włożenia? super !!!! Oki – no to wkładamy !!!
Tylko pamiętamy, że..” tu kończyła Madziunia z udawanym smutkiem w głosie : „wiem wiem, na końcu trzeba wyjąć” (czyli wrócić do starej zmiennej)
Ech – zawsze wiedziałam, że miłość pomaga w życiu, nie sądziłam jednak, że w matematyce też 😛
A moje życie stanie się mniej kolorowe, kiedy Madziunia zda maturę i przestanie potrzebować lekcji…

Więc po piąte cieszy mnie Madziunia.
A po szóste, szóste i jeszcze raz szóste – cieszy mnie już zaklepany Sylwester w Poznaniu 😀


9.

MOJE NOWE JA 😉

Poszłam sobie dziś z przyjaciółmi pożegnać stary rok do knajpy o wdzięcznej nazwie „Sjesta”.
Ja to zapewne zawlokłabym ich do Popka, gdzie słuchalibyśmy Oczek, Rammsteina albo Cemetery of Scream, ale Yaga lubi eksperymenty miejscówkowe, poza tym w Sjeście dają przeróżne pychotki, musy truskawkowe z likierem czekoladowym albo czekoladowe z truskawkowym – no jakoś tak…
czułam się poświątecznie niedosłodzona, w Popku o tej porze roku bywa zimno, za zimno nawet jak na mnie.
Więc siedzimy w tej Sjeście, popijamy Żywcem czekoladowo-ajerkoniakowe musy i gadamy oczywiście o facetach, związkach i długowłosych blondynach…
ja po raz któryś raz z rzędu zdaję relację z wczorajszej imprezy w Uderworldzie , czyli kto się z kim rozstał, kto z kim jest na nowo no i przede wszystkim o tym słynnym już trójkącie w kibelku, błękitnych bokserkach w małpki, lateksie i wyrwanym zamku z drzwi.
Ale nie o obserwowanym przeze mnie ( i co najmniej tuzin osób poza mną) pierwszy raz w życiu seksie na żywo chcę Wam opowiedzieć, choć obiecuję, wrócę do tematu z radością 😛
Bo cały czas, podczas naszych rozmów, podczas mojej opowieści nieświadomie i poza kontrolą wyławiałam z tła muzykę, dobiegająca z baru, przebijającą się przez typowy knajpiany szum i hałas.
Muzykę inną od wszystkiego co słucham, kojarzącą się z filmami Kusturicy, folkiem, trochę jazzem.
No pomyślcie – ja i jazz albo folk.
Kupa śmiechu.
Ale było w niej coś tak hipnotycznego i urokliwego, że jej uległam.
Nawet przepytałam Marcina – naszego ulubionego speca od muzyki wszelakiej, ale tak, zna, słyszał – ale nie wie co to i kto wykonuje.
Więc kiedy tuż przed zamknięciem wychodziliśmy ze Sjesty zatrzymałam się przy barze i zapytałam, jaką to muzyką „katowano” mnie cały wieczór.
Wytłumaczyłam – że ja to generalnie metalu słucham… albo gotyku… i że nie znam praktycznie innej muzyki… a to coś, co mnie tak poruszyło to taka dziwna muzyka była jakby folkowa czy coś…
Zbierający się już do domu barmani wyjaśnili z uśmiechem – że kapela nazywa się BEIRUT przez „i” i że znani są tak w ogóle…
ja na to – że pewnie tak, ale ja to MTV nie oglądam, radia nie słucham, nie wiem co jest na szczycie list przebojów, ale spoko – wpiszę na YT – i git.
No i wpisałam.
Znalazłam kawałek = który mnie tak zachwycił.. i parę innych, o matko, ileż tego, ponagrywali tego mnóstwo – a to dzieciaki tak w ogóle i że też im się chce akurat taką muzę… szacun.
No więc siedzę sobie i słucham i przyglądam się radośnie moim poszerzonym horyzontom.
I dobrze mi z tym 🙂

10.

Stanowczo za dużo piszę… zdecydowanie za dużo – bo oto kolejna notka – fakt, długawa – nie chciała zmieścić się tu za cholerę.
Otwieram więc rozdział czwarty mojego blogowego życia – i zapraszam do czytania i komentarzy.
Do zobaczenia w „Blogu nr 4 – chyba za dużo piszę… ” 😀